Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1.WARTO ZOBACZYĆ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1.WARTO ZOBACZYĆ. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lipca 2017

Dunkierka / Dunkirk

Oczekiwania miałam nieśmiało siódemkowe, a tutaj takie zaskoczenie! Muszę stwierdzić, że jedyne niespodzianki, jakie lubię, to właśnie te, które od czasu do czasu serwuje mi kino.



Po pierwszej scenie pomyślałam sobie: "tej, to jest całkiem dobre". Kilka minut później: "tej, to jest NAPRAWDĘ DOBRE". A przez całą resztę seansu nie miałam już czasu szacować, czy to jest dobre, czy rewelacyjne. Pochłonięta fabułą skupiałam się jedynie na tym, by ograniczyć do minimum mruganie i czerpać wszystkimi zmysłami z tego, czego stałam się naocznym świadkiem. 

IMAX, moi drodzy! IMAX koniecznie!! Każdy dźwięk jest tutaj tak przejmujący, że niejednokrotnie nabawiłam się gęsiej skórki. I chociaż nie cierpię tego uczucia, to zawsze, gdy się ono pojawia, mam gwarancję, że doświadczam czegoś naprawdę ponadprzeciętnego. 

Dunkierka jest dla mnie filmem - fenomenem. Niektóre zarzuty kierowane pod jej adresem, w moim odczuciu są bardzo dużymi plusami. Jak chociażby brak jednej, głównej, centralnej postaci. Toż to doskonałe i niesamowicie pomysłowe rozwiązanie. Wszyscy ci mężczyźni, których widzimy na ekranie, to nie jest jakiś tam tłum. Ich życie nie jest kalkulowane na zasadzie: "jeden w tą, czy kilku w tamtą, bo i tak są ich tysiące". Każdy z nich miał swój własny mały świat, do którego chciał wrócić. Każdy z nich marzył po prostu o tym, żeby przeżyć. Obserwując ich na ekranie nie da się tego nie poczuć. Wiemy, że temat nie dotyczył jednego bohatera, a całej rzeszy ludzi. A jednocześnie nie śledzimy anonimowego zbiorowiska, a widzimy ogromną liczbę pojedynczych dusz. Niesamowite w tym wszystkim jest to, że cel taki został osiągnięty bez sztucznego patosu i kiczowatości. Niespotykane, godne podziwu i zapamiętania.

Jako osoba nieznosząca nadmiernego bełkotu i gadania dla samej idei gadania - jak to odbywa się np. u "mędrca" Allena - po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że nie trzeba wyrzucać z siebie tysiąca słów na pół sekundy, by przekazać ogromną ilość ważnych informacji. Nie pamiętam kiedy ostatnio oglądałam film, w którym jest tak mało dialogów. A mimo wszystko, albo właśnie dzięki temu nowe dzieło Nolana jest naprawdę wymowne, zrozumiałe i przejmujące. Zbędne słowa są zastąpione nerwowymi dźwiękami (tykający zegar słyszę do teraz), wzruszającymi gestami (piloci), bogatą mimiką (Komandor Bolton - ten na molo, no i oczywiście Tom Hardy). A jedno, krótkie "TAK" wyraziło więcej, niż tysiąc słów i zapewne zdziałało więcej, niż długie godziny spędzone na kozetce u psychologa.

I jasne, że nie mogłam nie poświęcić chociaż jednego, króciutkiego akapitu wyłącznie dla Hardy'ego. Nie mam pojęcia, jak ten człowiek to robi, że niby robi niewiele, a tak naprawdę odwala rewelacyjną robotę. Za każdym razem wierzę, ale tak totalnie wierzę w jego bohatera. I pilot Farrier na pewno nie jest wyjątkiem od tej reguły.

Gdyby Wam było jeszcze mało zachęt, to na zakończenie dodam, że jednym z bohaterów Dunkierki jest pewien starszy pan, który na swoim niewielkim jachcie wyczynia prawdziwe cuda. I zrobiło mi się tak jakoś optymistyczniej i pogodniej, gdy zobaczyłam przykład starszawego człowieka, którego życiowe doświadczenie zaowocowało niesamowitą mądrością, a nie frustracją, egoizmem, niskim ego i starczą demencją. I troszeczkę wróciła mi wiara w to, że można być umęczonym życiem człowiekiem w podeszłym wieku, podejmującym racjonalne decyzje, które nie krzywdzą drugiej osoby, a wręcz przeciwnie - owocują czymś pięknym. 

Mimo, że Dunkierka nie jest idealną propozycja na leniwą, wakacyjną niedzielę (czy też inny dzień tygodnia), to i tak będę gorąco namawiać do wybrania się do kina na ten właśnie film. 


Ocena za seans w IMAXie: 9/10 (moja druga dziewiąteczka w tym roku!).


czwartek, 15 stycznia 2015

Nie Jesteś Sobą / You're Not You

  W 2013 roku świat obiegła informacja, o pewnym Wietnamczyku, który przez 40 lat ukrywał się z synem w lesie w obawie, ze wojna w Wietnamie wciąż trwa. Myślę, że gdyby podobna sytuacja miała miejsce i w poprzednim roku, to nawet odizolowana od świata osoba słyszałaby o Ice Bucket Chalenge. Moim zdaniem - genialna zbiórka, przyniosła mierzalne efekty finansowe. W Polsce przez kilka tygodni zebrano takie środki, jakich wcześniej nie skumulowano przez rok. Problemem natomiast była nieświadomość entuzjastycznie oglądających filmiki IBC widzów.

Gorliwość co poniektórych osłabła, gdy tylko okazało się, że nie chodzi o oblewanie się samo w sobie i nie ma to na celu jedynie bawienia obserwatorów, ale i walkę z nieznaną chorobą - ALS. Zwaną inaczej schorzeniem Lou Gehriga, od nazwiska sławnego amerykańskiego bejsbolisty, który zmarł na ALS w 1941 roku.

  We wrześniu 2014 roku miała miejsce światowa premiera filmu Nie jesteś sobą. W śmiertelnie chorą na stwardnienie zanikowe boczne wcieliła się Hilary Swank. W niedoświadczoną, ekscentryczną opiekunkę nieznana mi wcześniej Emmy Rossum.


  Film mnie zachwycił. Pod koniec, choć nie wydarzyło się nic czego bym się nie spodziewała byłam autentycznie wzruszona. Murem stanę za pierwszoplanową aktorką, która tak doskonale radzi sobie z trudnymi rolami. Podziwiałam ją w Za wszelką cenę i w Nie czas na łzy. Tutaj, w ukazanej końcowej fazie choroby nie mogłam nadziwić się, jak ona to robi. Nie dość, że wchodzi w rolę osoby chorej, sparaliżowanej, cierpiącej, to jeszcze nie wychodzi z roli normalnej kobiety. Takiej, która w pewien sposób była perfekcyjna i której zazdrościły inne. Film odsłania też najprostszą prawdę, że nasze życie mocno weryfikuje się w przyjaźnie, gdy nie tryskamy wolą życia i gdy sami stajemy się problemem.

  Mocnym atutem historii jest jej prawdziwość i nie uciekanie od trudnych pytań. Podobnie, jak w Nietykalnych Omar Sy nie umiał sobie początkowo poradzić z pracodawcą na wózku, tak i postać Emmy Rossum dziwi się, że musi pomóc młodej kobiecie skorzystać z toalety. Upuszcza ją, co bawi tylko jedną stronę w tym zakręconym duecie.

  Film porusza kolejną kwestię, rzadko pokazywaną. Czy będąc w związku druga osoba ma obowiązek zająć się chorą? 99.9 % filmów odpowiada ''Jeżeli ją kocha - to bezsprzecznie tak''. Osoba taka ma wieść ascetyczne życie, nie myśleć o sobie i być na każde zawołanie. Jednak nikt nie myśli, jakie to może być po prostu... upierdliwe. Więc chociażby niebanalnym podejściem i nie do końca romantycznym podejściem film góruje nad innymi. Poza tym, seans  dosłownie wymusza na nas myślenie. O życiu, eutanazji, trudnych wyborach, wartościach.


  Przyjemnością dla mnie było patrzenie na Emmy, takiej nietypowo ładnej, pełnej ''tego czegoś''.A po seansie zrobiłam coś, czego nie robię nigdy - cofnęłam się do początku filmu, aby utrwalić sobie metamorfozę, którą musiała udźwignąć Hilary. 

Serdecznie polecam Wam tą kobiecą wersję ''Nietykalnych'', której daje 8.5 na 10.

środa, 29 października 2014

Bogowie

  Film opowiada o trzech najważniejszych i najcięższych dla Zbigniewa Religi latach - od 1983 do 86 roku. Jeżeli więc ktoś liczył na pełniejszą biografię, to może czuć się rozczarowany. Kardiochirurg podjudzony stażem w USA postanowił jako pionier rozpocząć prace nad transplantacją w Polsce.


  Przed seansem, na pytanie ''kim był Religa?'', śmiało odpowiedziałabym, że to on, jako pierwszy, wykonał udany przeszczep serca w naszym kraju. Biorąc pod uwagę film moja odpowiedź brzmiałaby: ''Jest to człowiek, któremu kilka razy transplantacja nie wychodziła''. Nie wiem skąd u Polaków ten kompleks, by bardziej niż na sukcesach skupiać się na porażkach. Zgadzam się z wieloma krytykami, że film jest jak najbardziej hollywoodzki, jednak podobnie jak np. w Jobs'ie, czegoś tu dla mnie zabrakło.

  Najbardziej wyczekiwanym przez widzów w kinie (a sala pękała w szwach! Dokładnie pamiętam, kiedy ostatnio siedziałam w pierwszym rzędzie. Na Harrym Potterze) elementem był Kot jako Religa, czy tez Religa jako Kot, dobry był! Aktor, który podobno swoją rolę przypłacił garbem, oddał postać bezbłędnie. Dziwny, czasem nawet nieprzewidywalny, uparty kardiochirurg, z przyklejonym papierosem i alko-kawą to z całą pewnością życiówka Kota. Podobnie, jak Religa maniakalnie dążył do sukcesu, tak Kot fanatycznie dążył do Religii. Obojgu się powiodło.

  Bogowie to film o pokonywaniu trudności, biurokracji i walce z ludzkimi słabościami. Niezłe zdjęcia i  niecodzienny humor na pewno usatysfakcjonowały sporą część sali. Jednak film, jak niektóre kobiety - niby piękne, niby błyskotliwe, ale brakuje tego ''czegoś'' by się zakochać. Gdy na koniec pojawiły się napisy końcowe, zostałam z jedną jedyną myślą ''Jak ja to opiszę, skoro to było takie bez wyrazu''. Zostańmy więc przy Kocie, wyrażonym w obrazie sukcesie Religi, przepisie na wzmacniania kawkę i tyle. Siódemka!

P.S Warto, naprawdę warto po filmach biograficznych, w trakcie napisów pokazywać podobieństwo między aktorem, a postacią, poprzez zdjęcia, jak np. po Jobsie. Jednak dobrze by było i na pewno docenilibyśmy pracę charakteryzatorów bardziej, gdyby te zdjęcia dotyczyły tego samego lub podobnego wieku odgrywanej postaci. Tak na przyszłość. Lekki facepalm. Dziękuję.



niedziela, 19 października 2014

Ida

Chociaż od polskiej premiery filmu minął już prawie rok, to ani Monika, ani ja nie miałyśmy dotąd okazji zobaczyć sławnej już na całym świecie „Idy” – wstyd i hańba! Jak to dobrze, że na łódzkim Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja w repertuarze znalazł się ten zacny tytuł i jak dobrze, że w natłoku atrakcji go nie przegapiłyśmy. Obejrzenie „Idy” na dużym ekranie powinno stać się obowiązkowe dla każdego, kto choć w minimalnym stopniu interesuje się kinem.


Fabuła jest prosta, bez zbędnych pobocznych wątków. Przed złożeniem ślubów zakonnych Anna (debiutująca Agata Trzebuchowska) zgodnie z zaleceniami matki przełożonej odwiedza swoją ciotkę (Agata Kulesza). Razem ruszają w podróż, która pomoże im obu odkryć, kim są (opis:Filmweb).

Pierwsze słowo, które przychodzi do głowy, kiedy myślę o „Idzie” to: minimalizm. Czarno – białe zdjęcia, długie ujęcia, spokojne tempo i dużo ciszy to elementy charakterystyczne dla kina artystycznego, którego (delikatnie ujmując) nie jestem fanką. Wszystkie wymienione cechy pojawiły się w filmie Pawlikowskiego, więc byłam konkretnie zaskoczona, że tak bardzo mi się one spodobały. „Ida” nie przynudza ani przez sekundę, o dziwo nie ma w niej dłużyzn, seans mija błyskawicznie, nie ma czasu na spoglądanie na zegarek, kończy się w idealnym momencie. Ciężko wytłumaczyć, dlaczego film, który teoretycznie jest totalnie nie w moim typie – w praktyce wyrył w mojej głowie trwały ślad i chwycił za serce. Po prostu magia kina J

Wspomniany minimalizm dotyczy również liczby bohaterów, których poznajemy w „Idzie”. Film skradła oczywiście Agata Kulesza – najzdolniejsza, najbardziej świadoma aktorka w kraju. Granie przychodzi jej z taką łatwością, że gdyby nie to, iż wykreowała już dziesiątki przeróżnych bohaterek – można by pomyśleć: „Ona w tym filmie wcale nie udaje, ona po prostu taka jest”. Nic więc dziwnego, że w ostatnim czasie jej nazwisko jest jednym z najgorętszych przy wspominaniu o przyszłorocznych nominacjach do Oscarów, w głównej aktorskiej kategorii (aktorka drugoplanowa). Nominacja byłaby gigantycznym sukcesem, a wygrana sprawiłaby, że Kulesza zostałaby nową bohaterką narodową (btw.już widzę ilu scenarzystów zaczęłoby się brać za tworzenie jej biografii). Trzymam kciuki już teraz!

Agata Kulesza

Agata Trzebuchowska

Po wyjściu z sali kinowej zastanawiałyśmy się z Moniką, jak to właściwie jest z Agatą Trzebuchowską. W związku z tym, że Ida jest jedyną postacią, w którą się wcieliła – nie jest łatwo stwierdzić, czy Trzebuchowska wykonała przed kamerą ciężką pracę, czy po prostu zachowywała się tak jak zwykle, bo prywatnie ma naturę Idy. Właśnie dlatego bardzo chciałabym ją zobaczyć w jeszcze wielu filmach. Piękne, zdolne tło „Idy” zagwarantowali: Joanna Kulig i Dawid Ogrodnik – członkowie klimatycznej kapeli, której aranżacje znanych utworów na długo zostają w pamięci.

Joanna Kulig (solistka), Dawid Ogrodnik (saksofonista) - nie pogardziłabym ich koncertem
Btw - wiecie, że Kulig i Ogrodnik razem nagrali piosenkę pt."Dość"?

„Ida” zrobiła furorę na całym świecie. Zachwycają się nią i polecają  najbardziej wpływowi recenzenci, ale co ważniejsze doceniają też „normalni” widzowie. Pawlikowski stworzył film, który jest naprawdę silnym kandydatem w wyścigu po Oscara za film nieanglojęzyczny. Nawet jeśli statuetka nie wpadnie w ręce Polaków, to nie wyobrażam sobie, by „Ida” nie otrzymała nominacji.

Na koniec apel - ogłaszam zakaz marudzenia na polskie kino! Po co skupiać się i mówić wyłącznie o gniotach? Przecież powstają one nie tylko w naszym kraju. Polacy mają prawdziwy talent do filmowania dramatów i kina obyczajowego. Zapominamy więc o komediach – pamiętamy o  ambitnych tytułach, które doceniają ludzie na całym świecie.


8/10

Za możliwość obejrzenia filmu serdeczne podziękowania dla organizatorów tegorocznego Festiwalu Kamera Akcja w Łodzi


piątek, 3 października 2014

Mama / Mommy


Rodzina – temat do chwalenia się, temat do narzekań, temat tabu i jednocześnie temat rzeka. Nawet ten, kto nie posiada rodziny może mieć o niej wiele do powiedzenia i nawet mówiąc o rodzinie codziennie, nie ma obaw, że staniemy się monotematyczni. Być może właśnie dlatego mistrz obrazowania skomplikowanych relacji międzyludzkich – Xavier Dolan – filmem „Mommy” udowodnił, że ten sam twórca może wielokrotnie i bez skrępowania dotykać w swoich dziełach tych samych tematów. Najważniejszy jest jednak fakt, że Dolan jest w tym coraz lepszy.



Historia Die (Anne Dorval) rozpoczyna się w momencie, gdy po kilku latach pobytu w zakładzie resocjalizacyjnym powraca do niej jedyny syn – Steve (Antoine-Oliver Pilon). Wspólnie wchodzą w kolejny etap życia i razem zamieszkują w nowym miejscu. Z czasem, owdowiałej kobiecie udaje się zaprzyjaźnić z niepewną siebie, samotną (mimo, że żoną i matką) Kylą (Suzanne Clement).

Xavier Dolan kolejny raz przedstawia zawiłe, dwuznaczne relacje występujące między trójką głównych bohaterów. W moich ulubionych „Wyśnionych miłościach” płynnie przeskakiwał między zachowaniami hetero- i homoseksualnymi, w „Na zawsze Laurence” zacierał granice między byciem mężczyzną a kobietą, w „Mommy” powraca do wątku rodzinnego, poruszonego w swoim debiutanckim filmie „Zabiłem moją matkę”. Śledząc zachowania Steve’a, młodego chłopaka chorującego na ADHD, trudno jest krytykować niektóre słowa, decyzje i działania jego matki. Nagłe wybuchy gniewu, ostre kłótnie i rękoczyny przeplatają się w ich domu z beztroskimi zabawami, śmiechem do bólu brzucha, wspólnym gotowaniem i tańcami. Można by nawet dojść do wniosku, że ADHD syna wywołało schizofrenię u mamy. Die jest czasami dla Steva najlepszą kumpelą, czasami najgroźniejszym wrogiem, a czasami mamusią małego chłopczyka, która mówi o sobie w trzeciej osobie („Mama Cię kocha”). Relacje między tą dwójką dopełnia pojawienie się jąkającej, zestresowanej Kyli, która wśród nowych przyjaciół zaczyna czuć się doceniana, potrzebna, a nawet szczęśliwa.




Tym razem Dolan zrezygnował z ostrych barw, a jaskrawe obrazy zastąpił bardziej stonowanymi. Na szczęście nie umniejsza to wartości estetycznej filmu, zwłaszcza że teraz reżyser wykorzystał zupełnie inny, bardzo ciekawy zabieg. „Mommy” nie będziemy oglądać na całym ekranie - obraz znajduje się pośrodku, w dość ograniczonym kwadracie. Jest on tak samo ściśnięty, jak tłumione są obawy i lęki głównych bohaterów. Jedynie w dwóch momentach następuje eksplozja pozytywnych emocji – poczucie całkowitej wolności oraz marzenia o spokojnej, normalnej przyszłości. Piękne sceny, jedne z najbardziej poruszających w całym filmie! Z pewnością bez problemu je zauważycie, bo wprost wypływają z ekranu i rażą w oczy optymistycznym światłem.

Z kolei, niezmienne pozostaje u Dolana zamiłowanie do urozmaiconej ścieżki dźwiękowej. Za sprawą powszechnie znanych numerów, w szczególności hitów lat 90-tych i tych z początków XXI wieku, Dolan stworzył bardzo teledyskowe (raczej popkulturowe, a nie kiczowate) sceny. W większości przypadków nadają one dynamiczności i lekkości opowiadanej fabule.


Duży sukces na Festiwalu w Cannes. Jak będzie na Oscarach?
"Mommy" to silny rywal dla polskiej "Idy"

Są w kinie wielcy twórcy, których stylu nie da się pomylić z żadnym innym, a mimo tego każdy z ich kolejnych filmów całkowicie różni się od wszystkich poprzednich. Zazwyczaj takich właśnie artystów albo darzy się całkowitym uwielbieniem, albo zupełnie nie toleruje. Xavier Dolan swoim piątym filmem udowadnia, że od dawna należy mu się miejsce wśród elity współczesnych kreatorów kina. Zaskakujące jest jednak to, że ten 25-latek dokonał rzeczy niezwykle trudnej – po obejrzeniu „Mommy” nawet niechętnie nastawieni do niego widzowie przyznają, że Dolan stworzył poruszający obraz, od którego nie można oderwać wzroku.

Polska premiera 17 października br - nie przegapcie!

Za możliwość przedpremierowego i prywatnego (bo w domowym zaciszu) seansu –  podziękowania dla dystrybutora filmu - SOLOPAN.

Na marginesie: Jestem ciekawa, czy również zwrócicie uwagę (w dwóch momentach) na wyraźne nawiązanie do filmu „Kevin sam w domu” :) Przypadek? :D



sobota, 27 września 2014

Miasto 44

Bunt w rytmach Skrillexa czyli recenzja polskiego Miasta 44.



   Głęboko zakorzeniony uraz do wojny i naszej przeszłości raz na jakiś czas pcha filmowców do tworzenia mniej, lub bardziej udanych (jak w tym przypadku) filmów, upamiętniających te ciężkie czasy. 

    Rożnica 70 lat jest bez znaczenia. Młodzież (bo to film o młodych dla młodych) jest taka sama teraz, jak była 1 sierpnia 1944. Beztroska, lubiąca zabawę, alkohol i dymek. Priorytetem nie było państwo, ale wakacyjna miłość, wakacje i pocałunki. Komasa dobitnie pokazuje wagę czasów i piekło, w jakim znaleźli się na własne życzenie, lecz nie do końca świadomie, uczestnicy powstania. Uwydatnia nasze nieprzygotowanie, oszałamiającą przewagę wroga, a przede wszystkim to, że na powstanie szli głównie młodzi ludzie, którzy nie mieli pojęcia z czym przyjdzie im się zmierzyć. Jak to określiła współautorka tego bloga ''traktowali to powstanie jako taki spontan''. I tak było. ''Przetrwamy trzy dni i idziemy do domów''. Jednak po wszystkim nie było już gdzie wracać, bo większości domów fizycznie nie było. I żal było naszej pięknej Warszawy, naszego Paryża Wschodu, ah jaki żal.

   Ogromne brawa należą się przede wszystkim za realizm, którego pozazdrościć nam mogą zagraniczni twórcy. Ile razy w amerykańskich produkcjach widzimy, jak bohaterowie tracą całe swoje rodziny i przyjaciół, chwilę się krzywią, po czym jakby nigdy nic chwytają broń i idą zwyciężać w rytmach jakiejś podniosłej piosenki. Reżyser nie tylko w sposób bardzo naturalny pokazuje wybuchy, morderstwa na warszawskich ulicach, ale też emocje bohaterów. Gwarantuję, że chociaż raz, nawet największemu twardzielowi zakręci się łezka w oku.

   Aktorzy postawili wysoko poprzeczkę dla równolatków z branży. Zarówno Józef Pawłowski, jak i Zofia Wichłacz nie tylko świetnie prezentują się na ekranie, co i radzą sobie z aktorskim wyzwaniem. Chylę czoła zwłaszcza dlatego, że nie były to postaci usadzone w komedii romantycznej, w której trzeba dobrze wyglądać i sprawnie prowadzić dialogi, ale w filmie o ciężkiej tematyce, która jest nie lada próbą. Pawłowski był nawet tak dobry, że pomimo, iż jego postać milknie na pół filmu, to on w  samym tym milczeniu również jest bardzo dobry.



  Muzyka, coś co w filmach Komasy uwielbiam najbardziej. Doskonale dobrane ścieżki dźwiękowe zachwycały mnie i tym razem. Usłyszymy Chryzantemy Złociste, Dziwny Jest Ten Świat, ale i Skrillexa.

   Technicznie film również wypada bardzo dobrze. W pierwszej scenie informowani jesteśmy o tym, że same efekty specjalne pochłonęły 30 tysięcy godzin pracy, a na plan zwieziono kilka tysięcy ton gruzu. Ośmioletnie przygotowania dały nam amerykański polski film, w dobrym tego słowa znaczeniu. A scena, gdy po wybuchu bomby z nieba spadają szczątki ciał i krew, chyba na zawsze kojarzyć mi się będzie, gdy tylko ktoś wspomni o tym filmie.

Jedyne, do czego muszę się przyczepić, to dziwny powrót Komasy do Sali Samobójców w Mieście 44. Na pewno pamiętacie sceny z gier w tym pierwszym filmie. Dobra muzyka, graficzne szaleństwo, wirtualne walki postaci. Reżyser chyba na chwilę się zapomniał i dopuścił do realizacji dwóch przedziwnych scen, które bardzo przypominały te z Sali. Akurat były to wątki miłosne, ale może znajda one swoich amatorów. Jak dla mnie było odrobinę kiczowato.

   Na film redakcja ILWM wybrała się w doskonałych humorach, na zwiastunach nie mogłyśmy opanować śmiechu. Z każdą sceną nasz nastrój zmieniał się na coraz poważniejszy. Po kilkunastu minutach opanowałyśmy się całkowicie, nie było nam wcale do śmiechu. Obie zdałyśmy sobie sprawę, że w porównaniu ze wszystkimi filmami, na jakie ciągnięto nas na silę w szkołach, w ramach zapoznawania się z historią, ten jest wyjątkowy. Doceniłyśmy go wspólną oceną 8/10.

Ja natomiast wychodząc z kina myślałam o tym, że gdyby powstańcy znali twórczość Lady Pank, mogliby zaśpiewać fragment ''Stacji Warszawa'':

Zniknie Warszawa
Tak jawa, jak sen
Życie to nie zabawa
Dobrze to wiem

I jeszcze kilka zdjęć pięknej Warszawy z przed 1 sierpnia 1944 i po:




piątek, 8 sierpnia 2014

Niczego nie żałuję - Edith Piaf / La Môme

Wspominałam kiedyś, że biografie zajmują czołowe miejsce wśród moich ulubionych kategorii, zarówno w filmie, jak i literaturze? Tak, wiem… za każdym razem, gdy piszę właśnie o kinie biograficznym ;) Nie jest to na szczęście spowodowane pospolitym wścibstwem z mojej strony (:P), a raczej podziwem dla tych wszystkich bohaterów, których życie obfitowało w rozmaite i wręcz nieprawdopodobne wydarzenia. Niestety, wiarygodność biografii jest zazwyczaj trudna do zweryfikowania, więc ja najbardziej cenię te, za sprawą których zaczynam patrzeć na daną postać w zupełnie nowym świetle i mam ochotę dowiedzieć się o niej jak najwięcej.



Życia Edith Giovanni Gassion (bo tak naprawdę nazywała się Edith Piaf) nie da się streścić w kilku zdaniach, czy nawet kilkudziesięciu minutach filmu. Trudne dzieciństwo, zaburzone relacje z matką i ojcem, problemy zdrowotne i emocjonalne, mieszkanie w domu publicznym i śpiewanie na ulicy – to tylko niewielki ułamek wszystkich doświadczeń Piaf.  Nic więc dziwnego, że reżyser – Olivier Dahan – postanowił skupić się jedynie na kilku punktach z życiorysu piosenkarki.

Oglądając „Niczego nie żałuję” nie można spodziewać się chronologicznego przedstawienia kolejnych faktów, bo reżyser skacze między różnymi etapami i konkretnymi sytuacjami. Lubię tego typu zabiegi, zwłaszcza w biografiach i filmach opartych na faktach. Zapewniają one dynamiczną akcję i chronią przed wrażeniem oglądania edukacyjnego dokumentu na lekcji historii w szkole.

Wcielenie się w tak skomplikowaną, niepowtarzalną i charakterystyczną postać, jaką była Piaf, jest pewnie marzeniem wielu aktorów. Marion Cotillard odegrała rolę Edith fenomenalnie. Była wiarygodna i gdy występowała na wielkiej scenie i śpiewając na ulicy, bawiąc się na zatłoczonym przyjęciu i wsłuchując w samotności w dźwięki muzyki, kłócąc w młodości z matką i walcząc z niedogodnościami schorowanego ciała. Jednak największe wrażenie wywołała na mnie scena (SPOJLER) rozpaczy Edith po śmierci ukochanego (KONIEC SPOJLERA) – widok zdruzgotanej bohaterki na długo zapada w pamięć.



Po obejrzeniu „Niczego nie żałuję” prawdziwa Edith Piaf stała się dla mnie jedną z najbardziej tajemniczych i intrygujących kobiet na świecie. Wcześniej, słysząc jej piosenki, nawet nie byłam pewna, czy rozpoznałabym jej twarz na pierwszym lepszym zdjęciu. Wyobrażałam ją sobie jako elegancką, schludną, piękną i wiecznie młodą Francuzkę. Portret, który zobaczyłam na ekranie zupełnie zburzył moje wymysły, przez co już od pierwszych minut filmu wiedziałam, że mam przed sobą przeszło 2 h ciekawego seansu.


Mistrzowska gra Marion Cottilard (Oscar), mistrzowska charakteryzacja (Oscar) i TA MUZYKA stanowią fundament filmu, bez którego z pewnością nie byłabym nim oczarowana, aż do stopnia: 8/10 
Chętnie wracam do tego filmu i wszystkim, którzy wahają się, czy go obejrzeć  - gorąco polecam!

niedziela, 13 lipca 2014

Zacznijmy Od Nowa / Begin Again

Pokaż mi swoją playlistę, a powiem Ci kim jesteś .. czyli recenzja najnowszego filmu z Keirą Knightley i Markiem Ruffalo.


   Pisałyśmy niedawno o filmie ''Frank'', a ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, jak bardzo podobny jest on do najnowszego dzieła Johna Carneya. Obie produkcje są stonowane, błyskotliwe, w obu na pierwszym planie odnajdziemy muzykę, oba dla mnie były pozytywnym zaskoczeniem.

  W ''Zacznijmy od nowa'' oboje bohaterów poznaje się na przysłowiowym zakręcie. On zostaje zwolniony z firmy, którą założył (przybij piątkę Jobs!), ją zdradził chłopak, i to nie byle kto, bo facet grany przez wokalistę Maroon 5, Adama Levine. On jest producentem muzycznym, ona piosenkarką-amatorką. Brzmi jak zapowiedź ckliwej komedii romantycznej, ale uwierzcie mi, że nie jest to typowy romans z happy endem.

BrbTBa7CAAAMTqJ.jpg-large

Co mi się w tym filmie podoba?

* niebanalność, odejście od startego schematu komedii romantycznej. Bohaterowie nie są piękni. Greta od wysokich szpilek woli przemierzać ulice Nowego Jorku w trampkach. Jej wybranek nie jest przystojniakiem w garniturze, z wielkim mieszkaniem na Park Avenue, a lekko zaniedbanym mieszkańcem małej klitki, w dodatku z problemem alkoholowym. Oboje pechowi, nie do końca szczęśliwi, uwielbiający muzykę. W dodatku film udowadnia nam, ze każdy w swoim życiu ma do realizacji jakiś projekt, każdy jest w czymś dobry, wystarczy zaczekać na swoje pięć minut. Bez ''projektu'' nie mamy motywacji, nie jesteśmy szczęśliwi, a nasze życie wypełnia pustka. Tym projektem w filmie wcale nie okazuje się wielkie uczucie.

* muzyka! Pieszczota dla uszu dla wszystkich fanów Maroon 5 i głosu Levine (btw. nawet przyzwoitego aktora). Każdy, kto przemierza część swojego życia w słuchawkach w/na uszach odnajdzie w tym filmie coś dla siebie. Ścieżka muzyczna to najmocniejszy argument przemawiający za tym filmem, w dodatku jest to doskonała okazja na zapoznanie się z niebanalnym talentem Keiry Knightley, która, jak się okazuje głos ma niczego sobie! (Choć nienawidzi śpiewać - ja odwrotnie, lubię a nie umiem)

* humor! Dlatego własnie film tak bardzo przypomina mi Franka. Film, który zapowiada się jedynie na ''niezły'' wyskakuje niczym na trampolinie, dzięki błyskotliwemu, nienachalnemu poczuciu humoru.

* trudność ludzkich relacji. Na pewno też macie dość tych filmów, w których wszystko jest dosłowne i takie proste. Para się poznaje, zakochują się w sobie, pomimo  że oboje maja wieloletnich partnerów. Zrywają z nimi bez mrugnięcia oka i cieszą się bajecznym, niczym niezmąconym uczuciem o sile meteorytu. Inna historia: córka kłóci się z ojcem od 20 lat, ale wystarczy, że on napisze jej list, ona odczyta go ze łzami w oczach, w tle zagra ktoś na skrzypcach i bach! Relacje naprawione. Nie tutaj. Inteligentny, szanujący widza scenariusz ukazuje zawiłość emocji, z jakimi borykają się bohaterowie. I to nie tylko w układzie partner - partnerka, a właśnie ojciec - córka, ex mąż - ex żona.

  Pomimo, że trudno doszukiwać się jakiś wielkich zrywów akcji, to jednak doskonale bawimy się nagrywając płytę z główną bohaterka, na ulicach Nowego Jorku, zanurzeni po uszy w tych wszystkich cudownych dźwiękach. Ocena: 7.5/10.

photo-14

   Dodam jeszcze tylko, że moim zdaniem tytuł produkcji jest jak setki innych. Początkowo brany był pod uwagę ''Can a song save your life?'' i choć długi, to moim zdaniem mniej anonimowy, a po obejrzeniu filmu, wiem, ze byłby idealny.

A na koniec playlista, idealna na słoneczną niedzielę: 
https://www.youtube.com/watch?v=0sTyhogCeog&index=7&list=RDGyiQtznyCGU



niedziela, 15 czerwca 2014

Czarownica / Maleficent

Recenzja filmu "Czarownica" 2014r.

Seans najbardziej wyczekiwanej przeze mnie premiery roku mam już za sobą. Plus jest taki, że „Czarownica” okazała się rewelacyjna! Minus - trudno mi sobie teraz  wyobrazić, by jakakolwiek tegoroczna produkcja zbliżyła się pod względem oceny do filmu Stromberga.


Film jest wariacją na temat losów znanej wszystkim małym dziewczynkom Śpiącej Królewny. A właściwie, to nie tyle Aurory (Elle Fanning), co sprawczyni ciążącej na niej klątwy, czyli Diaboliny (Angelina Jolie). To opowieść o zdradzie, która potrafi doprowadzić do szaleństwa, o zmianie anielskiej natury w diabelski temperament oraz o odwiecznej walce dobra ze złem.  

Angelina - Diabolina

Bezapelacyjnie najsilniejszą stroną „Czarownicy” jest gra fenomenalnej Angeliny Jolie. Wcielając się w postać Diaboliny znalazła się w mojej czołówce filmowych, wiedźmowych bohaterów. Doskonała gra, genialnie ukazane emocje (100% rozpaczy w rozpaczy, wściekłości we wściekłości i miłości w miłości!) oraz charakteryzacja na najwyższym poziomie sprawiły, że miano głównej bohaterki nie należy do niej tylko ze względu odtworzenie roli tytułowej.


Tej pani nie trzeba przedstawiać ;) Po wyjściu z kina bardzo nas ciekawiło, jak wyglądał proces charakteryzowania takich kości policzkowych. Efekt niesamowity :)

Oglądając ten trwający 1,5 h film nawet przez pół minuty nie poczułam się znużona fabułą, zniecierpliwiona, czy podirytowana lukami w scenariuszu. Chociaż w „Czarownicy” nie wystąpił żaden znaczący element zaskoczenia, to i tak nie można tego uznać za sprawę minusową. Pomysł na przedstawienie alternatywnej wersji wydarzeń do powszechnie znanych losów małej księżniczki spodobał mi się jeszcze bardziej, niż pamiętana z dzieciństwa tradycyjna baśń Charlesa Perraulta.




To, że „Czarownica” okazała się tak rewelacyjna można by nawet uznać za ewenement. Film jest bowiem reżyserskim debiutem Roberta Stromberga, który pomimo zaskakująco skromnej filmografii (autor scenografii wyłącznie do trzech hitów kinowych, w jednym z nich zagrał też niewielką rolę)  ma już  na swoim koncie dwa Oscary (!!!) – za „Alicję w krainie czarów” i „Avatara”, a trzeci film to „Oz wielki i potężny”. Również autorki scenariusza, Lindy Woolverton, nie można zaliczyć do najbardziej zapracowanych kobiet Hollywood. Jak dotąd, napisała scenariusz do sześciu filmów, ale za to naprawdę wartościowych i wysoko ocenianych, np.: „Piękna i bestia”, „Król Lew”, „Alicja w krainie czarów”. Jak widać, dwójkę wspomnianych artystów łączy talent do współtworzenia wartościowego kina, nieprzeciętna wyobraźnia i zamiłowanie do uniwersalnych historii przeznaczonych dla młodych i dorosłych widzów.

Piękne, żywe i kolorowe zdjęcia, umiejętne połączenie animacji z naturalnymi obrazami, sposób przedstawienia baśniowego świata w taki sposób, że chciałoby się stać jego częścią oraz wyżej wspomniane „ochy” i „achy” sprawiły, że „Czarownica” to jak na razie mój kinowy numer jeden 2014 roku.


Elle Fanning jako Aurora

Drobne minusy za: produkcję w 3D, do której chyba nigdy się nie przekonam oraz dla filmowej Aurory, czyli Elle Fanning, za jej przyklejony do twarzy uśmiech, który niestety mnie nie oczarował, tylko strasznie irytował. Jednak, taki natłok pozytywnych wrażeń spowodował, że te dwie drobne niedogodności nie były w stanie zniszczyć ogólnego pozytywnego wrażenia i dla „Czarownicy” powędrowała ocena: 9/10 – zdecydowanie i bez zmrużenia oka! 

czwartek, 29 maja 2014

Frank

Recenzja filmu Frank

Prasa dopiero dziś zobaczy najnowszy film Leonarda Abrahamsona z Michaelem Fassbenderem w  tytułowej roli, Polska premiera została zaplanowana na 11 lipca br., a blogerzy filmowi już mieli okazję zapoznać się z tym obrazem. W związku z tym recenzja na naszym blogu jest z pewnością jedną z pierwszych w naszym kraju J



Film to komedio-dramat opowiadający o dość oryginalnej, raczej ekscentrycznej kapeli, która próbuje stworzyć płytę z samymi hitami. Zadanie to wcale nie jest łatwe, zwłaszcza, gdy w skład zespołu wchodzą wyłącznie niebanalne osobowości – w większości z problemami egzystencjonalnymi.  Gdy do zespołu trafia młody, ambitny muzyk z marzeniami i planami, Jon (Domhnall Gleeson), wydaje się, że cała grupa w końcu stworzy wyjątkowy numer, który stanie się dla nich przepustką do sławy. Nowy klawiszowiec, nieświadomy nadchodzących ogromnych zmian w życiu, z entuzjazmem oddaje się swojej pasji. Przy okazji próbuje zrozumieć lidera zespołu, Franka (Michael Fassbender), mężczyznę z tajemnicami, który nigdy (dosłownie nigdy!) nie zdejmuje ogromnej sztucznej głowy. Z czasem Jon dowiaduje się o smutnym losie poprzedników na swoim stanowisku i zaczyna rozumieć, że nie zawsze zapał i pomysłowość są gwarancją szybkiego powodzenia.


Film ma naprawdę mnóstwo zalet. Jedną z najważniejszych jest bardzo dobre poczucie humoru. Jeśli lubicie niewymuszone i nieco karykaturalne żarty sytuacyjne, a drażnią Was oklepane dowcipy z fekaliami w roli głównej – koniecznie dołączcie „Franka” do listy filmów do obejrzenia. Uwielbiam, gdy w kinie słychać chóralny, zgodny śmiech, a tutaj słychać go było bardzo często!

Kolejna mocna strona obrazu Abrahamsona to doskonale dobrana obsada. Michael Fassbender udowodnił swój kunszt aktorski, mimo że jako Frank nosi ogromną sztuczną głowę. Dzięki niemu zrozumiałam, że brak mimiki twarzy wcale nie musi być dla aktora jakimś ograniczeniem (apel do Kristen Stewart – bierz przykład ze starszego kolegi!). Filmowy Frank tańczący i skaczący z zupełnie obcą kobietą, albo śpiewający na scenie piosenki z absurdalnym tekstem, czy też komponujący nowy hit o parówkach, jest czymś, co na długo pozostawia pozytywne wspomnienia ;)

Michael Fassbender i Domhnall Gleeson
Z kolei postać wykreowana przez Domhnalla Gleesona to bohater, który przypadnie do gustu każdemu maniakowi social-mediów. Przez blogerów filmowych został on nieoficjalnie okrzyknięty mistrzem hashtagów, a jego filmiki publikowane na YT można nazwać marketingowym majstersztykiem. To dzięki niemu mania hashtagowania zdobyła co najmniej kilkunastu nowych zwolenników (#szynszyla!).

Dopełnieniem, a może raczej podstawą „Franka” jest momentami drażniąca ucho, ale w zadziwiający sposób magnetyzująca muzyka. Oglądając film, niejeden raz można się przyłapać na rytmicznym przytupywaniu nogą, czy kiwaniu głową. Czuję, że ścieżka dźwiękowa zrobi furorę. Jeśli nie cała, to przynajmniej utwór „I love You all” wykonany przez Michaela Fassbendera.





Za możliwość obejrzenia przedprzedprzedpremiery „Franka” serdeczne podziękowania dla Kina Muranów oraz Gutek Film.

niedziela, 18 maja 2014

Powstanie warszawskie

Recenzja filmu z 2014r.

Pierwszy taki film historii kina. Nie tylko w historii kina polskiego, ale kina w ogóle. Sześć miesięcy pracy nad sześcioma godzinami oryginalnych nagrań kronik z Powstania warszawskiego zaowocowały stworzeniem pierwszego na świecie dramatu wojennego non-fiction.


Narratorami filmu są dwaj bracia - Witek i Karol - operatorzy Biura Informacji i Propagandy, których zadaniem jest  udokumentowanie Powstania. Traktując swoją rolę bardzo poważnie, młodzi mężczyźni (chłopcy?) postanawiają przyłączyć się do jednego z powstańczych oddziałów i zrobić wszystko, by nakręcić prawdziwą wojnę. Misja okazuje się raczej trudna do spełnienia, ponieważ walczący żołnierze są niechętnie nastawieni do ludzi z kamerami. W związku z tym, bracia najpierw dokumentują życie cywilów: prace w kuchni, proces pieczenia chleba, wygląd ulic i mieszkańców miasta, a nawet ślub. Dopiero po jakimś czasie udaje im się dołączyć do jednego z oddziałów i iść na prawdziwą akcję.

Pomysłodawca filmu, Jan Komasa, z pewnością wiedział jak żmudnym i czasochłonnym procesem będzie stworzenie sfabularyzowanego filmu, który ma się składać wyłącznie z autentycznych kronik filmowych wykonanych w sierpniu 1944 roku. Pod względem technicznym „Powstanie warszawskie” robi naprawdę ogromne wrażenie. Wszyscy doskonale znamy czarno-białe zdjęcia przedstawiające Warszawę z tamtego okresu, ale oglądanie tych samych obrazów w kolorze oraz ruchu, gwarantuje zupełnie nowe, silniejsze przeżycia. Patrząc na nieśmiało lub wstydliwie zerkających w kamerę powstańców, trudno wyjść z podziwu, że potrafili znaleźć w sobie siłę na odgruzowywanie miasta w poszukiwaniu ciał poległych, często znajomych i bliskich im osób. Widok walących się budynków, rannych i konających ludzi oraz martwych dzieci i dorosłych na długo zostaje w pamięci. Świadomość autentyczności wymienionych obrazów działa na wyobraźnię o wiele bardziej, niż nawet najdrastyczniejsze (ale wykonane przy pomocy kaskaderów i statystów), stworzone w doskonałej jakości filmowe zdjęcia.

W filmie nie brakuje poruszających scen. Tutaj jedna z nich - powstańcy zatrzymują grupę Niemców. Jestem pewna, że każda osoba w kinie zastanawiała się wtedy, jak by ich potraktowała.

Chociaż sam pomysł wplecenia do filmu fabuły początkowo bardzo mi się podobał, to jego realizacja już mnie nie zachwyciła. Dialogi momentami irytują i przeszkadzają, a głosy brzmią denerwująco nienaturalnie i aktorsko. Jedynie fragmenty czytania listów od kamerzystów–narratorów do matki (i odwrotnie) wpasowywały się w ton filmu, więc może warto by było się ograniczyć jedynie do takiej formuły. Zwłaszcza, że wówczas można by się jeszcze bardziej skupić na świetnej muzyce Bartosza Chajdeckiego.

Film jest ważny z jeszcze jednego powodu. Dzięki akcji „Rozpoznaj”, którą w lipcu 2013 roku rozpoczęło Muzeum Powstania Warszawskiego, jak dotąd (maj 2014) udało się zidentyfikować ponad 130 osób pojawiających się w filmie (!!!).




„Powstanie warszawskie” warto obejrzeć w kinie, zwłaszcza, że 1% dochodu ze sprzedaży biletu zostaje przeznaczone na rzecz powstańców.

poniedziałek, 3 marca 2014

86. GORĄCZKA ZŁOTA

Zwycięzców już wszyscy znają, więc zamieszczam tylko główne kategorie:

Film: "Zniewolony"
Reżyser: Alfonso Cuaron ("Grawitacja")
Aktorka pierwszoplanowa: Cate Blanchett ("Blue Jasmine")
Aktorka drugoplanowa: Lupita Nyong'o ("Zniewolony")
Aktor pierwszoplanowy: Matthew McConaughey ("Witaj w klubie")
Aktor drugoplanowy: Jared Leto ("Witaj w klubie")
Scenariusz oryginalny: "Ona"
Scenariusz adaptowany: "Zniewolony"
Film nieanglojęzyczny: "Wielkie piękno"

Najwięcej statuetek: "Grawitacja" (10 nominacji i 7 wygranych)- bezkonkurencyjna w kategoriach technicznych

Największa porażka: "American Hustle" (10 nominacji i 0 wygranych)

ULUBIONE MOMENTY:

Ellen DeGeneres znakomicie poprowadziła Galę. To chyba pierwsze Oscary w historii, które potoczyły się w tak rodzinnej i swobodnej atmosferze. Sławy kina zachowywały się jak paczka znajomych, którzy po prostu dotarli na luźną imprezę. Bez skutków można by szukać śladów patetyczności, czy wielkich uniesień. Zamiast musicalowych wstawek wystarczyło poczucie humoru i cięte żarty prowadzącej.

Oni się świetnie bawią, a Twitter zablokowany! (rekordowa liczba pobierania zdjęcia)

Ellen rozdawała pizzę, Brad papierowe talerzyki...

.... a jak rozdawali, to trzeba było zjeść :P

:)

Lupita Nyong'o tańczyła "Happy" chociaż jeszcze nie wiedziała, że Oscar jest jej

Ellen, jak przystało na każdą szanującą się prowadzącą, nie zapomniała o zmianie ubrań

Benedict Cumberbatch tak sobie skakał za U2

a Steve McQueen tak sobie skakał przed ekipą ze "Zniewolonego"

Jedyne, oryginalne podziękowania - bo śpiewające - autorzy najlepszego filmu dokumentalnego

No i na koniec smutne, ale godne podziwiania zdjęcie. Tak się z godnością przegrywa!
Leo jest najlepszy :) :) :) 

SUKIENKI :) 


 Lupita Nyong'o i Cate Blanchett 

Meryl Streep (klasa sama w sobie) i Anne Hathaway (jest lepiej, niż w zeszłym roku)

Amy Adams i Sandra Bullock postawiły na granat 

Julia Roberts i Emma Watson w klasycznej czerni (Emma, troszkę babcinie...)

Naomi Watts, Jennifer Lawrence, Angelina Jolie
Z fb wynika, że wielu z Was również postanowiło zarwać noc i obejrzeć Oscary na żywo, dzięki czemu mogliśmy się na bieżąco wymieniać opiniami o kolejnych werdyktach. Cieszę się, że wielu osobom (pomimo tej całej przewidywalności) Gala podobała się równie bardzo jak mnie :)


niedziela, 2 marca 2014

Dallas Buyers Club / Witaj w klubie



   Historia prostego, butnego cwaniaczka w kowbojkach, Rona Woodrofa, to mocny akcent na tegorocznych Oscarach oraz czarny koń wyścigów, w postaci Matthew McConaugheya nominowanego za najlepszego aktora pierwszoplanowego oraz Jareda Leto za postać drugoplanową. Ponoć Leto od pierwszego dnia zdjęć nie był sobą, a swoją postacią Rayonem. W rolę wczuwał się tak bardzo, że przez całe dnie chodził w szmince i szpilkach (również poza planem), kilka razy flirtował nawet z reżyserem Jean-Marci'em Vallee.  Nominowany do sześciu statuetek film opowiada historię faceta, który zachorowawszy na AIDS zaczyna poszukiwać alternatywnych leków i rozwiązań, niekoniecznie legalnych. Zagorzały teksański homofob przechodzi przemianę, gdy sam staje się nosicielem tzw. ''pedalskiej krwi''. W tym momencie musi skonfrontować się ze swoimi przyjaciółmi, którzy są mało przyjaźni gejom (a przecież na AIDS chorują tylko i wyłącznie geje) i odwracają się od swojego kumpla. Kolejna ściana z jaką zderza się bohater to służba zdrowia, nieprzyjazna i zbiurokratyzowana. Na szczęście dla fabuły i innych chorych największą zaletą Woodroofa jest omijanie prawa i kombinowanie. Tworzy on alternatywną służbę zdrowia i z egoisty staje się społecznikiem

Jared Leto
   Epidemia AIDS jest jedynie tłem dla całego filmu (opartego przecież na faktach), reżyser skupia się bardziej na przemianie, jaka dotknęła bohatera. Tym, jak walczy sam ze sobą, gdy zaczyna przyjaźnić się z Reyonem (transwestyta i wspólnik w interesach) i wychodzi z radykalnych, troglodyckich poglądów. 


   Matthew McConaughey (jestem pewna, że ile osób, tyle sposobów czytania tego nazwiska :D) pozbywa się przyrostu mięśni, zamienia obcisłe koszulki na flanelową koszulę, sportowe buty na ostrogi, zapuszcza wąsy i włosy, na których nie doszukamy się już żelu. Patrząc na jego kreację w Witaj w klubie trudno sobie wyobrazić, że jeszcze nie tak dawno ten wychudzony narkoman był playboyem i beachboyem. Przyćmiewa cały film, całą fabułę i gdybym nie zaciskała kciuków do bólu za Oscara DiCaprio, to na pewno kibicowałabym Matthew. Muszę przyznać, że trudno mi ocenić, który z nich w swojej kreacji był lepszy, ponieważ DiCaprio od lat gra po prostu wybitnie, a objawienie McConaugheya w świetnego aktora widać dopiero w Witaj w Klubie (choć Wilk z Wall Street był już pierwszą oznaką).

  Bardzo blado przy kolegach wypada Jennifer Garner, i choć osobiście lubię ją jako aktorkę, to nie można nie zauważyć, że jest ona słabym punktem tego filmu. Przez swoją delikatność i nijakość. Wcielając się w postać lekarki z jajami Garner wypada po prostu niewiarygodnie, a wypowiadane z jej ust ''fuck'' brzmi ciut żałośnie. Wysłałabym ją na lekcję do jednego Wilka z Wall Street, który fucka niesamowicie umiejętnie.

   Na korzyść filmu nie gra również jego długość - czyli niespełna dwie godziny. Obraz jest dobry, dwie postacie doskonałe, ale całość pozbawiona jest zrywów akcji, które mogłyby widza wpędzić w jakąś fascynację. Innymi słowy: chwilami przynudza. Jednak, tak jak napisałam wcześniej, nie zwracamy na to uwagi mając przed oczami McConaugeya i jego transformację, nie tylko w filmie.


Ocena: 7.5/10.