Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film polityczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film polityczny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 września 2014

Miasto 44

Bunt w rytmach Skrillexa czyli recenzja polskiego Miasta 44.



   Głęboko zakorzeniony uraz do wojny i naszej przeszłości raz na jakiś czas pcha filmowców do tworzenia mniej, lub bardziej udanych (jak w tym przypadku) filmów, upamiętniających te ciężkie czasy. 

    Rożnica 70 lat jest bez znaczenia. Młodzież (bo to film o młodych dla młodych) jest taka sama teraz, jak była 1 sierpnia 1944. Beztroska, lubiąca zabawę, alkohol i dymek. Priorytetem nie było państwo, ale wakacyjna miłość, wakacje i pocałunki. Komasa dobitnie pokazuje wagę czasów i piekło, w jakim znaleźli się na własne życzenie, lecz nie do końca świadomie, uczestnicy powstania. Uwydatnia nasze nieprzygotowanie, oszałamiającą przewagę wroga, a przede wszystkim to, że na powstanie szli głównie młodzi ludzie, którzy nie mieli pojęcia z czym przyjdzie im się zmierzyć. Jak to określiła współautorka tego bloga ''traktowali to powstanie jako taki spontan''. I tak było. ''Przetrwamy trzy dni i idziemy do domów''. Jednak po wszystkim nie było już gdzie wracać, bo większości domów fizycznie nie było. I żal było naszej pięknej Warszawy, naszego Paryża Wschodu, ah jaki żal.

   Ogromne brawa należą się przede wszystkim za realizm, którego pozazdrościć nam mogą zagraniczni twórcy. Ile razy w amerykańskich produkcjach widzimy, jak bohaterowie tracą całe swoje rodziny i przyjaciół, chwilę się krzywią, po czym jakby nigdy nic chwytają broń i idą zwyciężać w rytmach jakiejś podniosłej piosenki. Reżyser nie tylko w sposób bardzo naturalny pokazuje wybuchy, morderstwa na warszawskich ulicach, ale też emocje bohaterów. Gwarantuję, że chociaż raz, nawet największemu twardzielowi zakręci się łezka w oku.

   Aktorzy postawili wysoko poprzeczkę dla równolatków z branży. Zarówno Józef Pawłowski, jak i Zofia Wichłacz nie tylko świetnie prezentują się na ekranie, co i radzą sobie z aktorskim wyzwaniem. Chylę czoła zwłaszcza dlatego, że nie były to postaci usadzone w komedii romantycznej, w której trzeba dobrze wyglądać i sprawnie prowadzić dialogi, ale w filmie o ciężkiej tematyce, która jest nie lada próbą. Pawłowski był nawet tak dobry, że pomimo, iż jego postać milknie na pół filmu, to on w  samym tym milczeniu również jest bardzo dobry.



  Muzyka, coś co w filmach Komasy uwielbiam najbardziej. Doskonale dobrane ścieżki dźwiękowe zachwycały mnie i tym razem. Usłyszymy Chryzantemy Złociste, Dziwny Jest Ten Świat, ale i Skrillexa.

   Technicznie film również wypada bardzo dobrze. W pierwszej scenie informowani jesteśmy o tym, że same efekty specjalne pochłonęły 30 tysięcy godzin pracy, a na plan zwieziono kilka tysięcy ton gruzu. Ośmioletnie przygotowania dały nam amerykański polski film, w dobrym tego słowa znaczeniu. A scena, gdy po wybuchu bomby z nieba spadają szczątki ciał i krew, chyba na zawsze kojarzyć mi się będzie, gdy tylko ktoś wspomni o tym filmie.

Jedyne, do czego muszę się przyczepić, to dziwny powrót Komasy do Sali Samobójców w Mieście 44. Na pewno pamiętacie sceny z gier w tym pierwszym filmie. Dobra muzyka, graficzne szaleństwo, wirtualne walki postaci. Reżyser chyba na chwilę się zapomniał i dopuścił do realizacji dwóch przedziwnych scen, które bardzo przypominały te z Sali. Akurat były to wątki miłosne, ale może znajda one swoich amatorów. Jak dla mnie było odrobinę kiczowato.

   Na film redakcja ILWM wybrała się w doskonałych humorach, na zwiastunach nie mogłyśmy opanować śmiechu. Z każdą sceną nasz nastrój zmieniał się na coraz poważniejszy. Po kilkunastu minutach opanowałyśmy się całkowicie, nie było nam wcale do śmiechu. Obie zdałyśmy sobie sprawę, że w porównaniu ze wszystkimi filmami, na jakie ciągnięto nas na silę w szkołach, w ramach zapoznawania się z historią, ten jest wyjątkowy. Doceniłyśmy go wspólną oceną 8/10.

Ja natomiast wychodząc z kina myślałam o tym, że gdyby powstańcy znali twórczość Lady Pank, mogliby zaśpiewać fragment ''Stacji Warszawa'':

Zniknie Warszawa
Tak jawa, jak sen
Życie to nie zabawa
Dobrze to wiem

I jeszcze kilka zdjęć pięknej Warszawy z przed 1 sierpnia 1944 i po:




sobota, 15 lutego 2014

Jack Strong

Bardzo lubię polskie, współczesne kino i cieszę się, że nie jestem w tym odosobniona. Jak wynika z box office’ów od początku roku w naszych kinach wiodą prym rodzime produkcje. Najpierw „Pod Mocnym Aniołem”, a teraz „Jack Strong” są filmami najchętniej wybieranymi przez widzów, zostawiając daleko w tyle zagraniczne hity. Sukces jest tym większy, że trzeba konkurować z oscarowymi kandydatami, których polskie premiery (w większości) przypadają właśnie teraz.


O tym, że Ryszard Kukliński to postać co najmniej kontrowersyjna, nie trzeba nikomu przypominać. Mimo tego, Pasikowski znów postanowił się podjąć trudnego tematu i niezrażony szumem po „Pokłosiu” przedstawia historię Stronga jako bohatera, świadomie rezygnując z części negatywnie nastawionej widowni – o czym wprost opowiada w wywiadach. Jednak tylko naiwniacy mogą sądzić, że z filmu dowiedzą się prawdy, bo cytując reżysera (i scenarzystę w jednym): „Jak było naprawdę, wie kilka osób na  świecie i nie jestem to ani ja, ani nawet ci nieliczni i pewnie sumienni autorzy książek o pułkowniku”. Dlatego scenariusz powstał na podstawie dostępnych, oficjalnych dokumentów i właśnie on  jest jedną z najmocniejszych stron „Jacka Stronga”, bo nawet jeśli widz zna zakończenie tej historii, to Pasikowski tak zręcznie żongluje  fabularnymi tropami, że napięcie spada dopiero wraz z napisami końcowymi. Szkoda tylko, że takich samych emocji zabrakło w pierwszej części filmu, bo druga połowa to prawdziwie thrillerowski hit.

Zaletą „Jacka Stronga” jest też nieczęsto spotykana w polskich produkcjach międzynarodowa obsada. Oleg Maslennikow z impetem wcielił się w Wiktora Kulikowa i to od sceny z jego udziałem („W Polsce pracuje szpieg!”) zaczyna się ta lepsza część i tak dobrego filmu.  Z kolei  Patrick Wilson udowodnił, że amerykański aktor może bardzo dobrze zagrać w polskim kinie mówiąc właśnie po polsku (sprzedam Wam ciekawostkę: pewnie język szlifuje z żoną Dagmarą Dominczyk, która w „Jacku Strongu” też się pojawia w dość znaczącej roli). Również Polacy stanęli na wysokości zadania. Dobra rola Marcina Dorocińskiego, który chyba najbardziej się nadawał do zagrania Kuklińskiego - znów jest małomówny oraz poważny i znów mu z tym do twarzy. Maja Ostaszewska, czyli filmowa Kuklińska, przez większość filmu pozostaje w cieniu, ale scena awantury o kochankę naprawdę przyciąga uwagę. Można wymienić więcej polskich, znanych nazwisk: Ireneusz Czop, Zbigniew Zamachowski, Mirosław Baka, Paweł Małaszyński, czy też Krzysztof Dracz, który zagrał Jaruzelskiego (świetna charakteryzacja!).

Niektórzy mówiąc o Strongu nazywają go polskim Bondem. Chociaż skala jest zdecydowanie mniejsza -  gadżety od Amerykanów, które odmawiają posłuszeństwa, czy też samochodowy pościg, który wygląda jak w zwolnionym tempie – to Kuklińskiemu nie można odmówić zimnej krwi, determinacji oraz bystrego umysłu.

STRONG  CZY  BOND ?
Żeby jednak nie było za kolorowo, to wspomnę o dwóch przeszkadzających mi rzeczach. Po pierwsze, to strasznie irytująca, totalnie tandetna muzyka, która pasowała tak, jakby motyw z „Czterech pancernych” wstawić do „Szybkich i wściekłych”. A po drugie, to młode pokolenie aktorów. Ciężko mi uwierzyć, że nie było nikogo innego, kto mógłby się wcielić w synów Kuklińskiego. Zwróćcie uwagę na scenę w więzieniu – to zestawienie amatorszczyzny (filmowy syn)  z doświadczeniem (filmowy ojciec) aż kłuje w oczy.


Podsumowując: zachęcam do obejrzenia, daję 8/10 i czekam na jeszcze więcej tak dobrych, polskich filmów! A kto wie, może w tej chwili sami jesteśmy „nieświadomymi świadkami” przełomowych dla Polski i świata wydarzeń, które zostaną zekranizowane za 20-30 lat?


sobota, 12 stycznia 2013

Lincoln


12 nominacji do Oscara, 12 letnie zbieranie informacji do tego filmu przez Spielberga. Film głośny, zbierający najlepsze recenzje. A mnie rozczarował i sądzę, że nominacje są niesłuszne. Dlaczego?
Już wyjaśniam.

Może moja krytyka spowodowana jest tym, że zaczęłam maraton filmów od Django, jednak przez wciąż wyskakujący limit nie mogłam go dokończyć. Film zapowiada się wyśmienicie, bardzo wciągający, dlatego jak tylko pokonam limit, spodziewajcie się recenzji. Z chęci obejrzenia wszystkim filmów Oscarowych i z ciekawości włączyłam Lincolna, z wygórowanymi oczekiwaniami, które w krótkim czasie poleciały na łeb, na szyję. Film na ekrany polskich kin wchodzi 1 lutego, jestem przekonana, że nie zgarnie on najlepszych recenzji od ''przeciętnego widza''.


Nie jestem fanką ostatnich dzieł Stevena S. Czas Wojny też mnie nie zachwycił, podobnie jak Lincoln.

Jak się pewnie doskonale orientujecie film opowiada historię jednego z prezydentów USA. Głównie mówi o jego walce ze zniesieniem 13 poprawki traktującej o niewolnictwie w Stanach. Z drugiej strony mamy również pokazane życie prywatne Lincolna.

Film trwa 2 godziny i 29 minut. Mógłby on spokojnie zostać skrócony o całą godzinę, nam oszczędziłoby to czasu. Chociaż może ta godzina nakręcona została po to, by dać nam czas na krótkie drzemki. Uwierzcie mi, że rzadko zasypiam w trakcie filmu. Tutaj niestety to nastąpiło. Po przebudzeniu, po 20 minutach błogiego snu zorientowałam się, że nic nie przegapiłam. Akcja była tam gdzie ją pozostawiłam.

Dużo gadania, mało akcji - tak po krótce mogłabym skrócić ten film. Masa powtarzających się dysput polityków, ciągłego gadania. Film jest mdły, nic się w nim nie dzieje, nic godnego zapamiętania. W jednej z recenzji przeczytałam: ''Poznamy burzliwą historię Abrahama Lincolna...'' - jaką burzliwą? Zarówno w sferze polityki, jak i w życiu prywatnym nie dzieje się nic burzliwego. Chociaż, nie - dzieje się, ale twórcy nie umieli tego pokazać. Film jest składową przeciągniętych, powtarzających się scen..

Jest to amerykańska produkcja, o amerykańskim prezydencie,  myślałam, że będzie robiona z amerykańskim rozmachem. Doskonali aktorzy, świetna muzyka, Lincoln pokazany jako największy bohater i patetyczne zakończenie. Nic z tych rzeczy. Jeżeli więc chcecie zobaczyć ''kawał dobrego, amerykańskiego kina'' to nie idźcie do sali kinowej, w której grają Lincolna. Chyba, że jesteście zafascynowani szeroko pojętą polityką. Wtedy jest to film dla Was.

Po obejrzeniu tej produkcji Abraham Lincoln nie wydaje mi się być wybitnym, a już na pewno nie ciekawym politykiem. W mojej pamięci po Lincolnie główna postać zapamiętana będzie jako schorowany, wysoki staruszek, z mało śmiesznymi anegdotami.  Jeżeli chodzi o poczucie humoru to mógłby on stanąć w rywalizacji z naszym prowadzącym Familiadę. A szkoda, bo doskonale zdajemy sobie sprawę, że Lincoln powiedział w swoim życiu parę mądrych rzeczy, cytowanych do dziś. Miałam nadzieję, że zachwyci chociaż scenografia, czy kostiumy, ale tu też rozczarowanie.

Osobiście nie rozumiem nominacji do Oscara dla roli pierwszoplanowej, dla Daniela Day-Lewisa. Nie wyróżniał się zupełnie niczym, na tle pozostałej ekipy aktorów. Jak już wcześniej napisałam - nieciekawie pokazał graną przez siebie historyczną postać  i przy wcześniejszym oglądanym przeze mnie filmie Django i roli Christopha Waltza... no cóż, moim zdaniem Day-Lewis, może sznurować buty doskonałemu Waltzowi, ale na pewno nie stać z nim w jednej kolejce po Oscara. Sam fakt, że oboje zostali nominowani do tej samej nagrody (mimo, że Waltz w kategorii: aktor drugoplanowy) to dla mnie jakieś nieporozumienie.

Podsumowując: film oceniam na 6/10. Myślę, że zgarnie nie jedną nagrodę i będzie podobnie jak z Artystą, doceniany przez Akademię, ale krytykowany przez zwykłych widzów, w tym i przeze mnie.