Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 maja 2014

W Ukryciu

Temat holocaustu w  kinematografii został już bardzo wyeksploatowany. Wyprodukowane zostały  takie perełki jak Pianista, Lektor, W Ciemności czy Lista Schindlera. Czy polskie ‘’W Ukryciu’’ można dopisać do listy sukcesów? Niestety nie.

Bazą tej historii jest oczywiście holocaust i ukrywanie Żydówki w domu polskiego fotografa i jego córki Janiny (Magdalena Boczarska). Film doprawiony lesbijskim seksem i romansem. Sceptyczna z początku Janina powoli zakochuje się w Ester (Julia Pogrebińska) i … dalej nic się nie dzieje. Owszem, napotykamy jakieś kryminalne historie, ale są one doklejone do całej historii, niż wtłoczone w jej sens. Niektóre historie żyją swoim życiem w tym filmie.

Temat produkcji wybrany jakby z braku laku. Nie wiemy o czym kręcić, to nakręcimy o holocauście, bo to się przecież sprzedaje. Całość jest chwilami do bólu NUDNA, wrażenie robić mogą jedynie nagie sceny Boczarskiej i Pogrebińskiej. Historia tamtych czasów potraktowana jest po macoszemu. Widz rzadko ma okazję wyjść poza mury domu Janiny i jej piwnicy, gdzie ukrywa się Ester. Poza kilkoma scenami nie widzimy wojennej Warszawy, łapanek, palenia getta. Chwilami Kidawa-Błoński chyba w ogóle zapomina o tym, że wojna trwa w najlepsze. Estera co chwilę wychodzi z piwnicy, lekceważąc fakt, że może przypłacić to życiem.

Filmowi bliżej jest do "Rzezi", niż do "Listy Schindlera". Akcja rozgrywa się w klaustrofobicznych  warunkach. U Polańskiego jednak nie ma mowy o nudzie, u Kidawy psychodrama odbywa się bez ‘’psycho’’ bo psychologii w tym filmie nie ma. O ile o Janinie możemy się czegoś dowiedzieć, poznać ją, o tyle Ester znamy jedynie z tego, że tęskni do swojego ukochanego. Sam wątek lesbijskiej miłości jest po prostu bezpłciowy. Nie wystarczy pokazać nagiego kobiecego ciała i liczyć na to, że ktoś okrzyknie naszą produkcję głęboką, genialną i artystyczną.


Każdy, kto umie czytać i widział plakaty liczył na thrillera, a zapowiedzi jeszcze mocniej to podkreślały. Tutaj tez kicha. Nie wgniata nas w fotel, bo jedynymi momentami ‘’zaparcia dechu’’ są te, gdy ktoś Janinę pyta o to, czy w jej mieszkaniu mieszka tylko ona z ojcem (Faktycznie... aż ciary przechodzą). Otwieramy buzie, ale nie ze zdziwienia, lecz niekontrolowanego odruchu ziewania, który pojawia się podczas tego filmu nad wyraz często. I jeszcze ta gra aktorska... trącająca amatorszczyzną.

Podsumowując: film o wojnie bez wojny, za to z seksem. Wydaje się, że był jakiś pomysł, ale Kidawa gdy tylko zbliżał się do realizacji konkretnego wątku, za chwilę się wycofywał. I tak mamy niedokończone, zaniechane elementy, jak np. prostolinijność głównej bohaterki, metamorfoza, jaką rzekomo przechodzi, wątek miłosny Ester i Dawida… i niestety tak wyliczać możemy bez końca. 

Twórcy zaostrzyli nasz apetyt zwiastunami, zapowiedziami i historią. Całość okazała się niedoprawiona i bez smaku.

5/10! Szkoda czasu!

Słabego filmu należy bronić na wszelkie sposoby.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Na śmierć i życie / Kill Your Darlings

Recenzja filmu "Kill Your Darlings"


Zapewne każdy zapalony kinomaniak ma swoje ulubione kryteria, na podstawie których przed obejrzeniem filmu potrafi oszacować, czy dany obraz przypadnie mu do gustu, czy raczej szanse na to są znikome. Dla niektórych najważniejszy jest gatunek, dla innych reżyser i scenarzysta, albo obsada, kraj produkcji, czy też poruszana tematyka. Jeżeli film wpisuje się w kilka takich kategorii, to automatycznie rosną oczekiwania, które jeśli nie zostaną spełnione, to  mogą wpływać na surową krytykę. „Kill Your Darlings” (polskie odpowiedniki tytułów chyba nigdy nie przestaną mnie irytować) to właśnie przykład filmu od którego oczekiwałam dość dużo. Połączenie gatunków: biografia/melodramat/thriller rzadko kiedy zawodzi, a do tego młodzi aktorzy i ciekawy temat stworzyły obietnicę dobrego kina. W rzeczywistości film okazał się niezły, niestety tylko niezły.


Morderstwo i wspólne przeżycia wielkich poetów pokolenia beatników – tak w skrócie można opisać fabułę „Kill Your Darlings”. To opowieść o tym, że nie tylko współczesna młodzież eksperymentuje z seksualnością, alkoholem i LSD. W 1944 roku studenci Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku swoje wizje zrodzone w trakcie licznych libacji wykorzystali do wyższych celów i postanowili uwolnić literaturę ze sztywnych, twórczych wymogów. Połączeni silnymi uczuciami, wzajemną fascynacją, podziwem, a nawet obsesją byli dla siebie zarówno emocjonalnymi partnerami, jak i ideologicznymi mentorami. David Kammerer (Michael C. Hall) inspirował Luciena Carra (Dane DeHaan), a ten z kolei Allena Ginsberga (Daniel Radcliffe), który wraz z Jackiem Kerouacem (Jack Huston) i Williamem Burroughsem (Ben Foster) doprowadzili do literackiej rewolucji. Jednak, kiedy w sierpniu 1944 r. Kammerer został znaleziony martwy, policja oskarżyła o to beatników.


Reżyserem, scenarzystą i producentem jest John Krokidas, który ni stąd ni zowąd pojawił się w świecie kina. „Kill Your Darlings” to jego pełnometrażowy debiut, na jaki zdecydował się zaskakująco późno, bo wcześniejsze krótkometrażówki zaprezentował ponad dekadę temu. Jednak, pomimo braku doświadczenia, w filmie Krokidasa trudno by było się dopatrzyć śladów amatorszczyzny.

Najgorętszym nazwiskiem „Kill Your Darlings” jest oczywiście Radcliffe. Młody Brytyjczyk, równie konsekwentnie, jak jego koleżanka z planu – Emma Watson - stara się zerwać z dawnym, przez wszystkich znanym bohaterem. Może i w granym przez niego Ginsbergu nie dostrzegałam śladów Pottera, ale nie zmienia to faktu, że potrzebuję jeszcze choć kilku jego kreacji, zanim dołączę go do listy tych naprawdę zdolnych aktorów. Nie jestem też fanką jego aparycji, o czym sobie znów przypomniałam, bo w „Kill Your Darlings” współtworzył chyba najmniej apetyczną gejowską scenę łóżkową. No niech mi ktoś powie, że nagi Radcliffe nie przypomina owłosionego pająka (sic!). Za to jestem pod wrażeniem występu Dane’a DeHaana (np. "Drugie oblicze"). To on skradł cały film i przyćmił pozostałych bohaterów. Gdy tylko pojawił się pierwszy raz na ekranie, w scenie w bibliotece, nie miałam wątpliwości, że właśnie dla niego warto ten film oglądać. Jedyną interesującą i w miarę znaczącą kobietą w filmie Krokidasa jest dziewczyna jednego z beatników (Kerouaca) – Edie Parker. Zagrała ją bardzo przeze mnie lubiana Elizabeth Olsen. Szkoda więc, że nie pojawiała się na ekranie zbyt często, za to, kiedy już się pojawiała – nie dało się jej nie zauważyć. Ta najzdolniejsza z sióstr Olsenek naprawdę potrafi przykuwać wzrok i zwracać na siebie uwagę (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu).

Górny rząd: Elizabeth Olsen, Daniel Radcliffe, Jack Huston, Dane DeHaan
Dolny rząd: Edie Parker, Allen Ginsberg, Jack Kerouac, Lucien Carr

Słaba strona „Kill Your Darlings” to to, że  jest tutaj mało thrillera w thrillerze. Ciekawy wątek morderstwa został przedstawiony w dość pobłażliwy sposób. Nie pomógł w tym również scenariusz, który nieprecyzyjnie wyjaśnia poszczególne wątki, problemy i motywy działań bohaterów. Na dodatek zabrakło jeszcze dynamizmu i wartkiej akcji.


Dobre kino biograficzne powinno zachęcać do szerszego zapoznania się z losami  bohaterów, o których mówi. Historia beatników z „Kill Your Darling” niestety mnie nie zaintrygowała do tego stopnia, żebym po seansie miała ochotę zagłębić się w ich życiorysy. W związku z tym, że film jest tylko niezły, oceniłam 6/10. 

wtorek, 25 marca 2014

Inny / El Mal Ajeno

W przerwie między oglądaniem nieudanych polskich produkcji minionego roku – tych nominowanych do Węży – dobry i mocny film miał być nagrodą za moją cierpliwość. Chcąc uniknąć nietrafionego wyboru, postanowiłam sięgnąć po sprawdzone kino hiszpańskie. Już niejednokrotnie się przekonałam, że thrillery z tego kraju cechuje ciekawa fabuła, dające do myślenia lub zaskakujące zakończenie, dobra gra aktorów i solidne wykonanie. Jak na złość, tym razem trafiłam na wyjątek od tej reguły.


Diego (Eduardo Noriega) jest lekarzem, który większość swojego czasu spędza w szpitalu. Zajmuje się badaniami nad bólem, ale mimo tego jest chłodno nastawiony wobec cierpienia chorujących. Jedną z jego pacjentek zostaje Sara (Angie Cepeda), kobieta w ciąży, chora na stwardnienie rozsiane, która trafiła do szpitala po próbie samobójczej. Sara zapada w śpiączkę o co jej partner Armand (Carlos Leal) obwinia Diega. Lekarz zostaje postrzelony i chociaż jego ciało wcale nie ucierpiało, to w życiu Diega dochodzi do diametralnych zmian (filmweb).

„Inny” to połączenie dramatu, thrillera i sci-fi. Właśnie dlatego liczyłam na mocną, może nawet nieoczywistą fabułę. Okazało się, że obejrzałam bajkę dla dorosłych o uzdrawianiu. Chociaż właściwie to nie do końca bajkę, bo umęczone miny bohaterów sprawiły, że film jest  w przeważającej części męcząco-nużący. Zabrakło mi również dobrego zakończenia, które tak bardzo cenię w hiszpańskich filmach. W „Innym” przewidywalność goni przewidywalność, a na samym końcu powiało niepotrzebnym patosem. Temat przewodni dość mocno miesza się z losami rodzinnymi Diega, czego efektem jest przesadna ckliwość i nadanie głównemu bohaterowi niemal roli mesjasza.

Eduardo Noriega
Z całej obsady „Innego” wcześniej znałam tylko Clarę Lago. Filmowa córka Diega, to jedna z najbardziej rozpoznawalnych hiszpańskich aktorek młodego pokolenia ("La Cara Oculta", „Gra w wisielca”, „Tylko ciebie chcę”). Lago nie można odmówić talentu aktorskiego oraz dużej odwagi (to udowodniła przede wszystkim we wspomnianej „Grze w wisielca”), ale rola w „Innym” niestety nie dała jej wiele możliwości do popisu. Za to bardzo mnie zainteresował Eduardo Noriega (Diego), którego wiele osób pewnie kojarzy z filmu „Otwórz oczy” (muszę koniecznie nadrobić te braki). Chłodnego, nieco gburowatego lekarza zagrał naprawdę dobrze i przekonująco, więc mam zamiar zobaczyć jeszcze niejeden film z jego udziałem.

Clara Lago
Dziwi mnie trochę, że producentem „Innego” jest Alejandro Amenabar - scenarzysta i reżyser takich obrazów, jak  „Inni”, czy wspomniany „Otwórz oczy”. Amenabar odpowiada też za scenariusz do „Vanila Sky”, więc widać, że thriller to gatunek, w którym czuje się naprawdę dobrze. Mam wrażenie, że fakt, iż podpisał się pod „Innym” to z jego strony mały wypadek przy pracy.

Oceniłam 5,5/10. To taki typowy średniak. Film jeden z wielu, który jest bo jest, ale gdyby go nie było, to kinematografia niczego wielkiego by nie straciła.

sobota, 15 lutego 2014

Jack Strong

Bardzo lubię polskie, współczesne kino i cieszę się, że nie jestem w tym odosobniona. Jak wynika z box office’ów od początku roku w naszych kinach wiodą prym rodzime produkcje. Najpierw „Pod Mocnym Aniołem”, a teraz „Jack Strong” są filmami najchętniej wybieranymi przez widzów, zostawiając daleko w tyle zagraniczne hity. Sukces jest tym większy, że trzeba konkurować z oscarowymi kandydatami, których polskie premiery (w większości) przypadają właśnie teraz.


O tym, że Ryszard Kukliński to postać co najmniej kontrowersyjna, nie trzeba nikomu przypominać. Mimo tego, Pasikowski znów postanowił się podjąć trudnego tematu i niezrażony szumem po „Pokłosiu” przedstawia historię Stronga jako bohatera, świadomie rezygnując z części negatywnie nastawionej widowni – o czym wprost opowiada w wywiadach. Jednak tylko naiwniacy mogą sądzić, że z filmu dowiedzą się prawdy, bo cytując reżysera (i scenarzystę w jednym): „Jak było naprawdę, wie kilka osób na  świecie i nie jestem to ani ja, ani nawet ci nieliczni i pewnie sumienni autorzy książek o pułkowniku”. Dlatego scenariusz powstał na podstawie dostępnych, oficjalnych dokumentów i właśnie on  jest jedną z najmocniejszych stron „Jacka Stronga”, bo nawet jeśli widz zna zakończenie tej historii, to Pasikowski tak zręcznie żongluje  fabularnymi tropami, że napięcie spada dopiero wraz z napisami końcowymi. Szkoda tylko, że takich samych emocji zabrakło w pierwszej części filmu, bo druga połowa to prawdziwie thrillerowski hit.

Zaletą „Jacka Stronga” jest też nieczęsto spotykana w polskich produkcjach międzynarodowa obsada. Oleg Maslennikow z impetem wcielił się w Wiktora Kulikowa i to od sceny z jego udziałem („W Polsce pracuje szpieg!”) zaczyna się ta lepsza część i tak dobrego filmu.  Z kolei  Patrick Wilson udowodnił, że amerykański aktor może bardzo dobrze zagrać w polskim kinie mówiąc właśnie po polsku (sprzedam Wam ciekawostkę: pewnie język szlifuje z żoną Dagmarą Dominczyk, która w „Jacku Strongu” też się pojawia w dość znaczącej roli). Również Polacy stanęli na wysokości zadania. Dobra rola Marcina Dorocińskiego, który chyba najbardziej się nadawał do zagrania Kuklińskiego - znów jest małomówny oraz poważny i znów mu z tym do twarzy. Maja Ostaszewska, czyli filmowa Kuklińska, przez większość filmu pozostaje w cieniu, ale scena awantury o kochankę naprawdę przyciąga uwagę. Można wymienić więcej polskich, znanych nazwisk: Ireneusz Czop, Zbigniew Zamachowski, Mirosław Baka, Paweł Małaszyński, czy też Krzysztof Dracz, który zagrał Jaruzelskiego (świetna charakteryzacja!).

Niektórzy mówiąc o Strongu nazywają go polskim Bondem. Chociaż skala jest zdecydowanie mniejsza -  gadżety od Amerykanów, które odmawiają posłuszeństwa, czy też samochodowy pościg, który wygląda jak w zwolnionym tempie – to Kuklińskiemu nie można odmówić zimnej krwi, determinacji oraz bystrego umysłu.

STRONG  CZY  BOND ?
Żeby jednak nie było za kolorowo, to wspomnę o dwóch przeszkadzających mi rzeczach. Po pierwsze, to strasznie irytująca, totalnie tandetna muzyka, która pasowała tak, jakby motyw z „Czterech pancernych” wstawić do „Szybkich i wściekłych”. A po drugie, to młode pokolenie aktorów. Ciężko mi uwierzyć, że nie było nikogo innego, kto mógłby się wcielić w synów Kuklińskiego. Zwróćcie uwagę na scenę w więzieniu – to zestawienie amatorszczyzny (filmowy syn)  z doświadczeniem (filmowy ojciec) aż kłuje w oczy.


Podsumowując: zachęcam do obejrzenia, daję 8/10 i czekam na jeszcze więcej tak dobrych, polskich filmów! A kto wie, może w tej chwili sami jesteśmy „nieświadomymi świadkami” przełomowych dla Polski i świata wydarzeń, które zostaną zekranizowane za 20-30 lat?


wtorek, 12 listopada 2013

Połączenie / The Call

Mogłabym napisać jedno zdanie, aby zachęcić Was do obejrzenia The Call: ''Gra w nim Halle Berry''. Postaram się jednak na tym nie kończyć.



   Wszyscy słyszeliśmy to w filmach setki razy:

- 911, what's your emergency?

jednak ja nie widziałam takiego, który przedstawiałby to, co dzieje się po drugiej stronie słuchawki. Widzimy jedynie jakąś tragedię, wypadek, coś strasznego, następnie wraz z ofiarą czekamy na policję lub ambulans. Widz nigdy nie wnika w pośrednika, a to nad nim ciąży olbrzymia odpowiedzialność. W Połączeniu bierzemy udział w pewnego rodzaju grze między ofiarą, porywaczem a telefonistką 911.

Jesteśmy świadkami jak Jordan (Berry) popełnia błąd, który kosztuje pewną dziewczynę życie. Po pół roku sytuacja się powtarza i kobieta stara się nie dopuścić do tragicznej sytuacji ponownie. Porywacz zamyka dziewczynę w bagażniku, wywozi w nieznanym kierunku, jedynym jej ratunkiem jest telefon komórkowy i trzycyfrowy numer alarmowy.

Nie pamiętam kiedy ostatni raz siedziałam na filmie jak na szpilkach, zafascynowana, oczekująca każdej następnej minuty. Richard D'Ovidio to scenarzysta - wirtuoz. Czujemy się jak na meczu najlepszych drużyn. Kibicujemy jednej ze stron, choć do końca nie jesteśmy pewni wygranej. Zamknięta w bagażniku Casey (klimat ''Pogrzebanego'') ma za sobą (a bardziej po drugiej stronie słuchawki) sztab ludzi, policję i zdesperowaną Jordan. Przeciwnik jest jednak wyrachowany, sprytny i sprawia wrażenie, że nie ma nic do stracenia. Jedynym błędem czarnego charakteru, (a bardziej scenarzysty) jest pozostawienie komórki swojej ofierze, jednak zwroty akcji skutecznie wynagradzają nam ten szczegół.

Świetnym pomysłem okazało się wnikniecie w psychikę porywacza, to w jaki sposób go poznajemy  jakie fakty wychodzą na jaw. Finał podróży jest nieznany, śmierć bohaterki niemal pewna, a miejsce, gdzie psychopata ma swą kryjówkę będzie dla Was niemałym zaskoczeniem. Podobnie jak motyw, dla którego postanawia uprowadzić blondynkę. Takich zaskoczeń film oferuje nam wiele. Jest to niesamowicie wciągający, dobry thriller. Krytykowany za zakończenie, ale są gusta i guściki, może Wam akurat przypadnie do gustu.

Mocna 8 dla The Call.

piątek, 8 listopada 2013

Apartament / Wicker Park

Chociaż całkiem często można usłyszeć stwierdzenie: „uczeń przerósł mistrza”, to w branży filmowej raczej trudno znaleźć przykłady remake’ów, które biją na głowę swoje pierwowzory. Jednak sytuacja ta może się przedstawiać zupełnie inaczej, kiedy widz nie ma pojęcia, że film, który dopiero co obejrzał, jest w rzeczywistości nowszą wersją istniejącego już obrazu. ALBO, gdy w pierwszej kolejności zobaczy remake, a dopiero później wersję oryginalną, to (zgodnie z działaniem efektu świeżości) właśnie remake może być dla niego filmem, który bardziej doceni i zapamięta. ALBO może też być tak, jak jest u mnie – wolę kino XXI wieku, więc czasami świadomie unikam pierwowzorów na rzecz bardziej nowoczesnego przedstawienia tej samej historii. No to teraz już wiecie, dlaczego nie tak dawno mój wybór padł na „Apartament” w reżyserii Paula McGuigana (2004), a nie na „Apartament” w reżyserii Gillesa Mimounie’ego (1996).


Historia tego dramatu - thrillera jest całkiem ciekawa. Matthew (Josh Hartnett) pracuje w dużej korporacji i ma ładną narzeczoną, więc ogólnie można stwierdzić, że mu się powodzi. Jednak, gdy tuż przed wyjazdem na delegację natrafia na ślad swojej dawnej, wielkiej miłości – Lisy (Diane Kruger), postanawia sprawdzić ten trop. Kobieta przerwała ich znajomość kilka lat wcześniej, znikając bez pożegnania, co nie daje spokoju głównemu bohaterowi.

W filmie znalazłam to, czego zawsze szukam w thrillerach – nagły (chociaż niestety nie niespodziewany) zwrot akcji i ukazanie tych samych wątków z punktu widzenia różnych bohaterów. Niestety, filmoholizm ma swoje złe strony. Coraz trudniej znaleźć nietypową, wyjątkową i zaskakującą fabułę. Oglądając „Apartament” i poznając kolejnych jego bohaterów, można zacząć nabierać podejrzeń, co za moment się wydarzy i jak potoczy się cały bieg wydarzeń. Mimo, że intuicja mnie nie zawiodła i za wcześnie rozgryzłam zagadkę tajemniczego zniknięcia Lisy, to film oglądało się całkiem przyjemnie. Jednak cały czas mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się na jakimś thrillerze szeroko otworzyć oczy ze zdziwienia i stwierdzić: „W życiu bym na to nie wpadła! Uwielbiam tego scenarzystę”. Ostatni raz widziałam taki właśnie film przeszło rok temu i był to hiszpański „La cara oculta”,  który jeszcze raz i szczerze polecam. Przeczytać mogliście o nim TUTAJ.

Diane Kruger i Josh Hartnett
Jeśli chodzi o obsadę, to nie mogę oczywiście nie wspomnieć o Diane Kruger. Cenię ją przede wszystkim za to, że każdą graną przez siebie postać traktuje bardzo indywidualnie, dlatego nie grozi jej zaszufladkowanie. Chociaż obejrzałam z nią kilka (kilkanaście?) filmów, to oglądając kolejne jej kreacje nigdy nie widzę oczyma wyobraźni żadnej z jej wcześniejszych bohaterek, liczy się tylko aktualnie prezentowana postać . W „Apartamencie” gra piękną, zmysłową, zakochaną dziewczynę, która oczarowuje widza, tak samo, jak oczarowała głównego bohatera. Szkoda tylko, że tym głównym bohaterem nie został jednak Paul Walker (jakieś komplikacje na planie „Szybkich i wściekłych”), bo z Diane stworzyliby bardzo ładny duet… ale ostatecznie Josh Hartnett też nie był zły.


„Apartament” zaliczam do udanych seansów i oceniam 7/10. Film na pewno nie jest nudny, bo mimo wszystko nigdy się nie ma pewności, jak będzie wyglądać ostatnia scena, czyli czy bohaterowie też odkryją prawdę, tak jak może się to udać widzowi. Gigantyczny plus za muzykę, która jest doskonałym tłem dla niektórych scen! A w najbliższą niedzielę piosenką dnia zostanie utwór „The scientist” zespołu Coldplay – moim zdaniem najlepsza i najbardziej znana z „Apartamentu”...

Zajawka "The scientist" 


piątek, 11 października 2013

Kocha… Nie kocha! / A la folie… pas du tout

Mało intrygujący tytuł i zdecydowanie niepowalający plakat. To były moje pierwsze spostrzeżenia, kiedy znalazłam „Kocha… Nie kocha!”. Pewnie bym nie zwróciła na ten film większej uwagi, gdyby nie to, że w obsadzie znalazła się jedna z moich ulubionych aktorek - Audrey Tautou. Poza tym dobra średnia ocen na filmwebie i pozytywne opinie internautów utwierdziły mnie w przekonaniu, że jeden z tych jesiennych wieczorów warto spędzić z kinem francuskim.


Historia młodej malarki (Audrey Tautou), która zakochuje się w żonatym kardiochirurgu (Samuel Le Bihan), na pierwszy rzut oka może się wydawać tak samo zniechęcająca, jak tytuł i plakat. Właściwie, to na drugi rzut oka też. Jednak siłą filmu jest sposób, w jaki ta historia została opowiedziana. Najpierw poznajemy wersję i wizję głównej bohaterki, a następnie na te same wydarzenia można spojrzeć z punktu widzenia kardiochirurga. Film doskonale oddaje przysłowiowe stwierdzenie, że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Te same wątki, taki sam bieg wydarzeń i skutki działań, ale jakby zupełnie odrębne opowieści. Naprawdę bardzo mnie to zainteresowało.

Oglądając „Kocha… Nie kocha!” zaskoczyło mnie coś jeszcze. Pierwszy raz widziałam thriller, na którym wcale się nie bałam, który został przedstawiony w tak pogodny i nostalgiczny sposób. Z pewnością miała na to wpływ między innymi spokojna muzyka, która towarzyszyła kolejnym intrygom i problemom bohaterów. Co ciekawe, nic się ze sobą nie kłóciło, w filmie została zachowana powaga tematu, ale obyło się u mnie bez nieprzyjemnej gęsiej skórki. Podkreślę jeszcze, że chociaż wątek miłosny jest tutaj kluczowy, to kategoria romans albo melodramat wcale nie jest trafiona.

Sposób reżyserii przypominał mi trochę moją ulubioną „Amelię”. A może tylko to sobie wmówiłam, bo kiedy tylko Audrey Tautou się uśmiechała (tym uśmiechem, który oznacza, że na pewno coś kombinuje), to nie mogłam wyprzeć z pamięci jednego z najbardziej charakterystycznych zdjęć właśnie z „Amelii” – tego z łyżeczką. Jak zawsze, bardzo mi się podobała jej gra i w swojej ocenie nie zamierzam być ani trochę obiektywna. Uważam, że Tautou doskonale się nadaje do odzwierciedlania postaci z bardzo bujną wyobraźnią, żyjących we własnym i ubarwionym świecie.

"Amelia"
"Kocha... Nie kocha"
Mimo wszystkich wymienionych plusów nie jest to jeden z tych filmów, o których myślę jeszcze przez kilka dni po seansie. Natomiast sposób przedstawienia historii z perspektywy dwóch głównych bohaterów sprawdza się tylko przy pierwszym oglądaniu filmu. Gdybym miała go zobaczyć po raz drugi, bez tego elementu zaskoczenia, to „Kocha… Nie kocha!” zostałby tylko filmem o nieporywającej i już tyle razy powielanej fabule. Podsumowując, film jednokrotnego użytku, o którym dzisiaj napisałam, oceniam 7/10.


piątek, 30 sierpnia 2013

Martha Marcy May Marlene

Jak dotąd, nazwisko Olsen kojarzyło mi się wyłącznie z bliźniaczkami grającymi w kinie familijnym. W filmie „Martha Marcy May Marlene” główną rolę wywalczyła sobie ich młodsza siostra, nieznana mi wcześniej, ale jak się okazało bardzo zdolna, Elizabeth Olsen. Myślę, że młoda aktorka ma duże szanse na to, by wreszcie wyjść z cienia swoich sióstr i udowodnić, że wykreowanie jednej dobrej postaci jest więcej warte, niż zagranie w dziesięciu słabych produkcjach.


Młoda dziewczyna Martha (Elizabeth Olsen), szukając idealnego miejsca na ziemi, trafia do... sekty. Początkowo życie wśród nowych przyjaciół bardzo się jej podoba, dlatego przyjmuje zasady obowiązujące w „rodzinie” i całkowicie się odcina od dotychczasowych przyzwyczajeń. Po dwóch latach postanawia uciec, a schronienie znajduje u swojej siostry Lucy (Sarah Paulson) i jej męża Teda (Hugh Dancy). Jednak powrót do normalności nie jest łatwy, tym bardziej, że Martha nie potrafi już się odnaleźć w normalnym świecie.

Historie osób, mających podobne przeżycia do tytułowej bohaterki, zawsze są dla mnie bardzo poruszające. To naprawdę zastanawiające, jak przywódcy „rodziny” potrafią wyłapać w tłumie osamotnione, borykające się z różnymi problemami osoby i nakłonić je do postępowania w jakiś określony sposób. Pranie mózgów to obowiązkowe i skuteczne działanie każdej sekty, które na zawsze zmienia psychikę człowieka. Proces ten przebiega stopniowo, np. najczęstsza odpowiedź na najróżniejsze pytania i wątpliwości Marthy to: „Nie myśl o tym”. Z kolei kiedy dziewczyna była niechętnie nastawiona do rytuału oczyszczenia, koleżanka ją skarciła słowami: „Nie bądź egoistką, musisz się sobą dzielić”. Nic więc dziwnego, że po powrocie do normalności Martha nie potrafiła zachowywać się, jak wszyscy zwyczajni ludzie. Zapomniała czym jest prywatność, intymność i szacunek dla swojego ciała.

Filmowa Martha (Elizabeth Olsen) i jej siostra Lucy (Sarah Paulson)
Początkowo, w filmie irytowało mnie to, że reżyser (Sean Durkin) skacze między poszczególnymi wątkami z przeszłości oraz teraźniejszości bohaterki. Trzeba się było mocno skupić, by odróżnić jej wspomnienia od tego, co aktualnie robi. Jak się okazało, był to całkowicie przemyślany i zamierzony zabieg, ponieważ gdy w pewnym momencie Martha spytała swoją siostrę - „Czy to przeszłość, czy teraźniejszość? Nie pamiętam, czy się obudziłam dziś rano” – zrozumiałam, że widzowie mają się poczuć tak samo zagubieni jak Martha.


Mimo świetnej gry aktorskiej (nie tylko głównej bohaterki, ale też jej siostry i szwagra) oraz ciekawego tematu, film momentami trochę się dłużył. Było to spowodowane znienawidzonymi przeze mnie scenami typu: „teraz nic się w sumie nie będzie działo, ale kontempluj widzu głębię przekazu”. Na szczęście nie zepsuło mi to tak bardzo seansu, dlatego ostatecznie film oceniłam 7/10.


wtorek, 30 lipca 2013

Koliber / Hummingbird / Redemption

Niedawno się przekonałam, że kino akcji to nie tylko mięśnie Sylvestra Stallone, czy pościgi samochodowe na miarę Szybkich i wściekłych. Koliber jest przykładem filmu akcji z całkiem sensownie przemyślaną i rozbudowaną fabułą.



Głównym bohaterem jest Joey Jones (Jason Statham), były komandos wojskowy oraz weteran wojny w Afganistanie. Jednak poznajemy go w zupełnie innym miejscu i okolicznościach. Jones, po trudnych przeżyciach na froncie, wskutek których musi uciekać przed sądem wojskowym, staje się bezdomnym żyjącym na ulicach Londynu. Pewnego dnia, uciekając przed agresywnymi awanturnikami, udaje mu się schować w mieszkaniu, którego właściciel na dłuższy czas wyjechał z miasta. To sprawia, że Jones postanawia zmienić swoją tożsamość i próbuje wrócić do normalnego życia. Losy głównego bohatera cały czas przeplatają się z postacią siostry zakonnej Cristiny (Agata Buzek).

Interesująca obsada to jeden z głównych czynników, który mnie zachęca do obejrzenia filmu. Poza tym, zawsze z dużym zainteresowaniem śledzę karierę Polaków zagranicą. Kiedy więc znalazłam Kolibra,  w którym Agata Buzek gra jedną z głównych ról i w dodatku partneruje Jasonowi Stathamowi, to liczyłam na naprawdę ciekawe kino.  


Agata Buzek & Jason Statham
Muszę przyznać, że rola Stathama w Kolibrze jest zadziwiająco złożona i szeroko rozbudowana. Aktor, w większości filmów gra groźnych mięśniaków, którzy najczęściej skupiają się na argumentach siły, a nie na sile argumentów. Natomiast grany przez niego Jones jest bardzo emocjonalną, skomplikowaną postacią. Z jednej strony nie potrafi zerwać z przestępczą przeszłością, a z drugiej odczuwa wyrzuty sumienia. Staham w końcu udowodnił, że nie warto go szufladkować. Z kolei Agata Buzek to godna reprezentantka polskiego kina. Chociaż mnóstwo internautów (zapewnie nieskazitelnych i idealnych…) nieustannie wytyka jej brak urody – to braku talentu zdecydowanie nie można jej odmówić. Buzek gra siostrę zakonną, ale jej postać wcale nie jest płytka i jednoznaczna. Targana różnymi emocjami i wątpliwościami pokazuje, że człowieka nie można oceniać „po okładce”, a habit nie zawsze oznacza bezgraniczne szczęście. Raził mnie tylko na siłę wpleciony wątek miłosny, którego nietrudno było się domyślić.


Koliber może mieć pewną wadę – dla fanów typowego kina akcji będzie zbyt łagodny, a może nawet nostalgiczny. Z kolei miłośnicy tradycyjnych dramatów mogą uznać, że fabuła (zwłaszcza przez wspomniany wątek miłosny) jest powtarzalna i przewidywalna. Mimo wszystko warto zobaczyć film, w którym Statham pokazuje, że jest aktorem (nie bokserem), a Buzek tworzy interesującą, rozbudowaną postać (a nie gra przez 30 sekund, bo resztę reżyser postanowił wyciąć). Podsumowując – szału nie ma, ale z ciekawości warto obejrzeć.

Ciekawostka - w tytule nie ma pomyłki, film w Polsce ma tytuł Koliber, w Anglii - Hummingbird, w Stanach - Redemption. Tytułów używanych w pozostałych państwach na świecie już mi się nie chciało sprawdzać :)




wtorek, 23 lipca 2013

Iluzja / Now You See Me

Chociaż Iluzja została zaklasyfikowana do kategorii: kryminał i thriller, to jak najbardziej spełnia oczekiwania postawione filmom rozrywkowym. Wybierając się na Iluzję chciałam zobaczyć niezłe widowisko, którego obietnicą były dynamiczne zwiastuny – i na szczęście się nie rozczarowałam.



W skrócie: czwórka magików – iluzjonistów dostaje możliwość wstąpienia do tajemniczej organizacji. Jednak, by im się to udało, muszą oczywiście wykonać kilka spektakularnych zadań.  Jednym z nich jest obrabowanie francuskiego banku na oczach jego właściciela oraz tysięcy widzów.

Jak pisałam we wstępie – Iluzję lepiej potraktować wyłącznie jako film rozrywkowy. Nie warto za bardzo się zagłębiać w fabułę, ponieważ mogą w niej razić pewne niedociągnięcia, a nawet brak logiki. Można też odnieść wrażenie, że te błędy w scenariuszu zostały świadomie zastąpione świetną reżyserią (Louis Leterrier), więc podczas seansu lepiej się skupić na formie, niż na treści.

Główną siłą Iluzji była dla mnie naprawdę wartka akcja, przez co od pierwszych do ostatnich minut oglądałam film z dużym zainteresowaniem. A warto wspomnieć, że nieczęsto mi się to zdarza – przydługawe wstępy i czas „rozkręcania się” fabuły to nagminny problem kina. Natomiast w Iluzji  uwagę przykuwają nie tylko kolejne tricki iluzjonistów, ale także sceny pościgów samochodowych, przesłuchań magików przez funkcjonariuszy FBI, czy gonitwy na ulicach Nowego Orleanu.  Zaletą jest też dosyć ciekawe i lekko zaskakujące zakończenie.

Chociaż głównymi bohaterami są teoretycznie czterej magicy, to widać wyraźny podział na tych bardziej i mniej głównych. Na pierwszy plan wysuwa się postać Daniela Atlasa (Jesse Eisenberg) – gadatliwego chłopaka, prowadzącego każde show. Obszernie został też przedstawiony najstarszy, bardzo pewny siebie mentalista i hipnotyzer – Merritt McKinney (Woody Harrelson). Natomiast młody Jack Wilder (Dave Franco) oraz jedyna kobieta wśród czwórki magików – Henley Reeves (Isla Fisher) są raczej statystami i pomocnikami, a ich postaciom poświęcono najmniej uwagi.

Jesse Eisenberg 
Woody Harrelson 
Dave Franco 
Isla Fisher

Idąc za radą mojego (naszego!) ulubionego krytyka filmowego –Tomasza Raczka – oceniając film starałam się zwrócić uwagę na reakcje pozostałych widzów w kinie. Już sam fakt, że na Iluzję się wybrałam przed południem, w środku tygodnia, gdy film jest na ekranach kin już od kilku tygodni, a na sali znajdowało się kilkadziesiąt osób, jest dowodem niesłabnącego zainteresowania tą produkcją. Widzowie zdawali się bawić równie dobrze jak ja – między chrupaniem popcornu i nachosów a popijaniem tego colą, mieli czas kilkakrotnie wybuchnąć śmiechem. Wychodząc z sali ktoś nawet wyraził głośno nadzieję, na kolejną część filmu (co wydało mi się akurat dziwne, bez przesady z tymi zachwytami). W związku z tym, jeśli nie macie pomysłu na spędzenie upalnego przedpołudnia/popołudnia/wieczoru, to zachęcam Was na wycieczkę do kina, póki Iluzja nie zniknęła z repertuaru. 

A na koniec trochę iluzji przed Iluzją:

Czaszka, czy kobieta w lustrze?



wtorek, 16 lipca 2013

Księga Diny / I am Dina


Już nie jeden raz wspominałyśmy, że mamy słabość do kina skandynawskiego. Czasami się nawet zastanawiam, czy Skandynawowie potrafią robić złe filmy. Na szczęście jeszcze nie znalazłam argumentów, które by to potwierdziły.

Nie inaczej jest z Księgą Diny, film wyreżyserowany przez Ole’a Bornedal’a (m. in. Kronika Opętania, LBD pisała o niej tutaj), który mimo, że światową premierę miał 11 lat temu, to polskiej nie doczekał się do dziś. Ja na film trafiłam zupełnie przypadkowo: tylko dlatego, że zainteresował mnie tytuł i plakat.

„Jestem Dina, zabijam tych, których kocham” – tymi słowami głównej bohaterki można najkrócej przedstawić fabułę filmu. Dina w dzieciństwie spowodowała śmierć swojej mamy, naprawdę bolesną śmierć (co ciekawe: ta mocna scena miała miejsce już w czwartej minucie filmu, więc problem długiego rozkręcania się akcji tutaj nie występuje). Chociaż był to wypadek, to to zdarzenie wpłynęło na całe jej życie.  Historia rozgrywa się w latach 60. XIX wieku, w Północnej Norwegii, ale zdecydowanie czas i miejsce nie są w tym filmie najważniejsze.

Tytułową Dinę włączyłam do grupy najciekawszych filmowych głównych bohaterek. Jest ciekawa, bo: totalnie dziwna, twarda, potrafi dominować nad dosłownie wszystkimi, z jednej strony ma pecha, a z drugiej zawsze stawia na swoim, niezrównoważona emocjonalnie, napiętnowana traumatycznym wydarzeniem z dzieciństwa, jak kogoś kocha, to aż do bólu (swojego i tej drugiej osoby), a do tego wszystkiego jest bardzo kobieca. Chyba nie można być bardziej skomplikowanym. Jestem pewna, że Dina nie byłaby TAKĄ Diną, gdyby nie grające ją aktorki. Maria Bonnevie wcieliła się w postać dorosłej bohaterki i bardzo wiarygodnie grała kobietę na zmianę: obłąkaną – surową – zmysłową. Natomiast Amanda Jean Kvakland wcieliła się w małą Dinę, która po śmierci mamy przeżyła tak wielki szok, że stała się dzikim pustelnikiem żyjącym w tłumie ludzi.

Amanda Jean Kvakland (mała Dina)
Maria Bonnevie (Dina) i Gerard Depardieu (Jacob, mąż Diny)
Obsadę zasili także znani aktorzy: Gerarda Depardieu – jako mąż Diny oraz coraz bardziej popularny w Polsce Mads Mikkelsen  (Polowanie, Hannibal) – jako Niels, mężczyzna marzący o wyjeździe do Ameryki. Mikkelsen jest po prostu stworzony do kreowania bohaterów delikatnie stwierdzając – nie wzbudzających sympatii. Chociaż grany przez niego Niels jest postacią co najwyżej trzecioplanową, to aktor sprawił, że wątek jego bohatera nie wypada z pamięci zaraz po obejrzeniu filmu.

Mads Mikkelsen (Niels)
Film polecam osobom, które lubią na ekranie lekki dreszczyk emocji i niepokoju, są fanami thrillerów, ale dla których horrory są raczej nie do zniesienia. Być może właśnie dlatego, że należę do tej grupy, Księga Diny trafiła w mój gust. 


wtorek, 11 czerwca 2013

Słodkich snów / Mientras duermes

      Cześć! Jesteśmy InLoveWithMovie i prowadzimy bloga filmowego! Nie było nas tu tak dawno, że należało się przedstawić. Serdecznie przepraszamy wszystkich czytelników. Ale ostatnia sesja, pisanie magisterki i nasilający się wstręt do komputera, przez te wszystkie prace, które trzeba było napisać na wczoraj - nie motywują!

W ramach przeprosin będziemy mieć dla Was w tym tygodniu recenzję najnowszego Kac Vegas, na którego premierę czekałyśmy z niecierpliwością! A na dzisiaj mam coś mniej znanego, ale na pewno wartego zobaczenia.

     Słodkich snów to hiszpański thriller z 2011 roku. O to, żeby można było nazwać ten film ''dobrym thrillerem'' zatroszczyło się kilka osób. Przede wszystkim sam przymiotnik ''hiszpański thriller'' jest sam w sobie recenzją. Hiszpanie według mnie tworzą doskonały, dramatyczny nastrój filmu. Dozują nam chwile grozy w takich dawkach, abyśmy mogli cały seans przesiedzieć w oczekiwaniu na kolejne sceny.



    Historia, którą opowiada ten film jest w moim mniemaniu niezwykle ciekawa. Mianowicie: dozorca pewnej hiszpańskiej kamienicy fascynuje się mieszkanką budynku. Na pozór strasznie przeciętny facet, witający każdego z mieszkańców miłym buenos dias. Chora fascynacja budzi się w nim w nocy. Interesuje się lokatorką w chory i przerażający sposób. Co noc chowa się pod jej łóżkiem, usypia i wykorzystuje jej bezsilność w różnoraki sposób. Kilka scen na pewno zapadnie Wam w pamięć.

Na uwielbienie zasługuje przede wszystkim Luis Tosar, odtwórca głównej roli. To on tworzy schizofreniczny klimat w filmie. Sprawia, że łakniemy każdej sceny. Gra subtelnie, niewypowiedzianie. Widz nie jest w stanie dojść do tego, co tak naprawdę drzemie w jego chorej, poskręcanej psychice.

Luis Tosar - Cesar

    Podczas, gdy chory psychicznie Cesar chowa się pod łóżkiem ofiary, za całą produkcją chowa się widmo plagiatu. Film jest niesamowicie podobny do amerykańskiego Rezydenta, z tego samego roku. Jednak tak jak napisałam - widmo plagiatu. Oba filmy dzieli zaledwie siedmiomiesięczna różnica w premierach. Wątpię żeby w siedem miesięcy udało się Hiszpanom podpatrzeć i zrealizować całą produkcję. Jednak nie da się ukryć, ze filmy mówią o tym samym. Jest jednak między nimi różnica - hiszpański film jest o wiele lepszy.

   Hiszpański Cesar działa z niesamowitą precyzją, wywołuje u nas niesamowite emocje, cudem udaje mu się umknąć niezauważenie w poszczególnych scenach. Amerykański Max (Jeffrey Dean Morgan) natomiast jest nieuważny, trochę zagubiony, nie do końca wiarygodny. Przez cały film naliczamy momenty, w których dawno powinien być przyłapany  Dużo brakuje mu do hiszpańskiego ideału. Amerykanie oczywiście film stworzyli z pompą. I to jest kolejna różnica. Nie zabrakło laureatki Oscara odgrywającą główną, kobiecą rolę - Hilary Swank. Nie zabrakło product placement w postaci wszędobylskich Ipadów i wielkich MACów Apple. Nie zabrakło silenia się na dobry, psychologiczny thriller. Stany zafundowały nam historyjkę bez głębi, bez dramatyzmu i bez" ''Kurde, kurde! Co teraz się stanie?''. Zakończenia mamy również dwa. Hiszpańskie i Amerykańskie. Dobre i złe. To złe widzieliśmy już miliony razy, bo co drugi film z USA kończy się w podobny sposób. Hiszpańska puenta podkreśla natomiast cały niepokój, który gromadziliśmy w sobie przez czas seansu. Niewymuszona i dramatyczna. Tragiczna jak życie pięknej Clary, po spotkaniu pozornie normalnego dozorcy.


środa, 10 kwietnia 2013

Układ Zamknięty

   Dzięki portalowi @Kocham Kino SzutkiPlochi wygrała darmowe wejściówki do kina. Wybierałyśmy pomiędzy Spring Breakers a Układem Zamkniętym. Pełne optymizmu i zmobilizowane dobrymi recenzjami wybrałyśmy się na to drugie. Po dwóch godzinach wyszłyśmy z kina roześmiane, z rozmytym makijażem. Dawno się tak nie uśmiałam, a przecież obejrzany przez nas film to nie komedia. O tym dlaczego nie warto wybierać się na Układ Zamknięty słów kilka.



Może najpierw o zaletach:

- Gajos

- Scena poronienia i pobicia w więzieniu, które uznałam za ciekawe. Mało oryginalne, ale na tle całej produkcji - wybijające.

Koniec zalet.

   Historia, na której motywach opiera się ten film jest rzeczywiście ciekawa. Prokuratura przy zakrapianym, sowitym obiedzie wymyśla na bieżąco dowody w sprawie. Oskarża całą korporację i jej trzech właścicieli m.in. o korupcje. Potencjał tkwił w historii. Wydaje mi się, że tylko ze względu na nią film ma takie dobre recenzje. Film wywołał małą burzę, zbiera ostre cęgi od prasy lewicowej. My jednak odcinamy się od polityki oraz historii z potencjałem i oceniamy sam film.

   Już abstrahując od tego, że już dawno nie prosiłam w duchu, żeby film się jak najszybciej skończył. Większość scen była nudna, przeciągnięta i dosłownie: z dupy. Tylko w polskim kinie 5 minutowa scena bazuje na wejściu do samochodu. Ten film, gdyby wyciąć ciszę, przechodzenie z miejsca w miejsce trwałby godzinę krócej. Sam scenariusz nie trzymał się kupy.

   Poziom dialogów oscylował na poziomie inteligencji neandertalczyka. I nieścisłości, wykluczanie się. Co to jest żeby właściciel firmy mówił na wstępie filmu, że działają od kilku miesięcy  podczas gdy w środku produkcji dowiadujemy się, że prokuratura dowody zbierała od kilku lat. I nawet nie wiadomo co było gorsze: dialogi czy sztywna gra aktorska, pewne jest, że spieprzyli ten film od początku do końca. Mieć podany na widelcu fajny pomysł na film, napisać do niego uwłaczający inteligencji widza scenariusz - nic dodać nic ująć: idiotyzm.

   Muzyka. Jedno słyszymy, a co innego dzieje się na ekranie. Przytula się dwóch facetów, a dźwiękowiec puszcza nam soundtrack ze Spartacusa. Twórcom muzyki uderzyło do głowy pojęcie: hollywoodzki tryumfalizm.

   Zastanawiacie się pewnie teraz skąd u nas ten rozmazany ze śmiechu makijaż? Wynika on z bzdurnych scen i dialogów. Tak głupich, że mając do wyboru: śmiać się, czy płakać - wybrałyśmy to pierwsze. Teksty w stylu:

A: Pani maż został oskarżony o korupcję...
B: Ale on się zawsze interesował matematyką...

albo wyśmiana przez nas ''najlepiej'' zakumulowana kamera na świecie  w długopisie wiszącym na szyi niczym wisiorek. Jaki kraj, taki tajniak. Ameryka ma mikro kamery w okularach,  my w rzucającym się w oczy, wiszącym na szyi niczym głaz niewiadomo czym. Brawo. Istny kameleon. Słyszałam, że do twórców Układ Zamkniętego zgłosili się już ludzie od sprzętu do nowego Bonda.

   Tak wielu bzdur w tak krótkim odcinku czasu nie słyszałam od dawna. Apeluję do polskich scenarzystów: Polska to nie kraj dla kretynów!

Ocena: 4.5 / 10! Nie dajcie się zwieść dobrym recenzjom!