Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3.NIE OGLĄDAJ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3.NIE OGLĄDAJ. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 października 2014

Małe Stłuczki

Jeden z filmów, który mogłyśmy obejrzeć na Festiwalu Kamera Akcja w Łodzi. Pomimo, że ten tytuł nie przypadł nam do gustu, to nie umiecie sobie nawet wyobrazić ile przyjemności dał nam ten całkowicie filmowy weekend.

Przejdźmy do recenzji, czyli o tym, jak festiwalowy zachwyt najczęściej mija się z moimi upodobaniami.


Idź na Małe Stłuczki - mówili
Będzie fajnie - mówili.

Czy potraficie sobie wyobrazić, że są na świecie ludzie, którzy wolą hollywoodzkie produkcje od ambitnych dzieł światowej kinematografii? Osobniki takie męczą się na Bergmanie, a Mechanicznej Pomarańczy kosztowali zaledwie przez 10 minut. Męczą mnie ultraartystyczne produkcje, w których nic się nie dzieje, a widzowie emocjonują się odjeżdżającym przez 15 minut samochodem. I tak Małe Stłuczki idealnie wpasowały się w kategorię przyznawaną tylko przez ILWM ''Złoty Gołąb''.

Jeden z niewielu filmów, których fabułę trudno określić, bo każdy opis będzie w tym wypadku lepszy od tego, co zobaczymy na ekranie. Prawda jest taka, że obie wyszłyśmy z kina i nie umiałyśmy sklecić jednego zdania, które byłoby odpowiednią na pytanie ''O czym to w ogóle było''. A zwykle takich problemów nie mamy (po Idzie żadna z nas nie chciała się zamknąć, ale o tym następnym razem).

Poniekąd chodzi o to, że dwie dziewczyny likwidują stare domy, wynoszą z nich przedmioty, jedne lądują od razu w koszu, inne na pchlim targu. Drugi wątek historii odnosi się do zapoznanego przez bohaterki chłopaka, który w 10 sekund zgadza się na ich propozycję współpracy. Potem, czyli od połowy filmu nie dzieję się absolutnie NIC! Poza rozterkami bohaterów nad tym, czy się kochają wszyscy, czy tylko z osobna, czy jednak wolą żyć w samotności... Wszystko jednak jest przesiąknięte tym artyzmem, o którym pisałam na początku. Przykład? Bohaterka, która od pierwszych scen drażniła mnie niezmiernie wchodzi na huśtawkę. Skręca ciałem w prawo, w lewo, mówi: "Jestem Rybą". A ja w tym momencie myślę ''Zlitujcie się''.

Umówmy się, że film, w którym jedną ze scen jest jedzenie kanapki, mógł stworzyć praktycznie każdy. Wystarczyłby smartphone. Instagram byłby w takim razie galerią sztuki lepszą od Luwru, Agata zasłyszała gdzieś, że jest to polska odpowiedź na "Wyśnione Miłości" Dolana. Mam więc coś do przekazania polskim twórcom, zabierającym się za kolejną ''odpowiedź'' - odpuśćcie sobie. Nie wyszedł "Dżej Dżej", czyli polska "Ona", i nie wyszły "Wyśnione Miłości". Nie ta estetyka, za wysoka poprzeczka.

Aktorzy Pawelkiewicz i Czacki pokazali poprzez bohaterów jakąś osobowość, muszę przyznać, że byli całkiem nieźli. Za to, jak już wcześniej wspomniałam, gdy tylko pojawiała się ta pani:

H. Sujecka

.. to czułam się jakby nagle mój fotel stał się bardzo niewygodny. Nie wiem czy to kwestia amatorskiej gry aktorskiej, ekscentrycznych dialogów czy abstrakcyjnego humoru, który był daleki od moich upodobań. Nie zrozumcie mnie źle, nie każdy film musi mieć w sobie tyle akcji co Transformersy, lubię spokojną narrację w filmach, o ile za tym coś idzie: konsekwentnie pociągnięta fabuła, dramat psychologiczny bohatera, błyskotliwość scenariusza.. "Stłuczki" były dla mnie nijakie.

Musicie wybaczyć długość recenzji, ale czuję, że całkowicie wyczerpałam temat. Film dostaje 5 punktów na 10 możliwych.

P.S Pocieszę Was, że jeżeli chodzi o filmy festiwalowe, to teraz będzie tylko lepiej :)

P.S Łódź się stara, naprawdę nie można by pokazać tego miasta ładniej w tym filmie?


środa, 4 czerwca 2014

Wilgotne Miejsca / Feuchtgebiete

     
Na I Ogólnopolskim Spotkaniu Blogerów Filmowych mieliśmy okazję zobaczyć dwa przedpremierowe filmy, pierwszy z nich to oczywiście opisany wczesnej ''Frank'', którego polecamy, drugi natomiast wywołał wśród towarzystwa dyskusje i skrajne opinie (ale przecież gdyby wszyscy się ze sobą zgadzali, to byłoby nudno i to całe pisanie nie miałoby sensu!:)). U redaktorek InLoveWithMovie taką radykalną reakcją na film było obrzydzenie i pożałowanie wcześniej zjedzonej pizzy (a warto nadmienić, że uwielbiamy zarówno jeść, jak i jeść pizzę).


   Przed seansem usłyszeliśmy, że jest to ''niemieckie kino kontrowersyjne'', co sprawiło, że od razu pomyślałam, że nie przejdzie się wobec tego filmu obojętnie. Miałam rację, jednakże liczyłam na coś w stylu Dziennika Nimfomanki, a dostałam ''tylko'' Nimfomankę w połączeniu z Sado, czyli 120 dni Sodomy. Spodziewamy się brzydkiego obrazka, ale pod tym względem film zaskakuje.

Choć przyznacie, że jak w dzisiejszych czasach, gdy słyszy się,  że coś wywoła ''kontrowersje'', to nasza pierwsza reakcja wygląda tak:


   Jednak już po pierwszych scenach i zapoznaniu się z nietypowymi nazwijmy to ''zwyczajami'' głównej bohaterki, gwarantuję Wam, że nasza mina wygląda tak:


   Mam swoją tezę co do tego, jak powstał ten film. Jestem przekonana, że reżyser siedział w toalecie (na muszli klozetowej), załatwiając potrzeby fizjologiczne i myślał o najbardziej kontrowersyjnych filmach, jakie powstały. Założył sobie, że poprzeczka postawiona jest wysoko, a historia Helen wydawała się mocnym argumentem, inspiracją natomiast niech stanie się sytuacja, w której on aktualnie się znajduje...

I tak widzowie lądują w brzydkiej, śmierdzącej kabinie toaletowej i cała jej otoczka stanowi główny motyw filmu. Mamy oddawanie kału, zbliżenia na odbyt, wymioty, jeszcze więcej odbytu (bo przecież to takie artystyczne!)... aż w końcu upewniamy się, że jeżeli film trwałby choć dwadzieścia minut dłużej, to i my bieglibyśmy w poszukiwaniu WC, aby znaleźć ujście dla ''emocji'' po Wilgotnych Miejscach. Jednak na jednym z portali o filmach historia filmu prezentuje się tak: ''Helen nie może się pogodzić z rozwodem rodziców. By zagłuszyć ból po ich rozstaniu, eksperymentuje w sferze intymnej.'' - jest to wyjątkowo nieudolny opis fabuły, (podobnie jak zwiastun), ponieważ ani jedno ani drugie nie przestrzega nas, przed tym co ukaże się naszym oczom. 


Fabuła filmu... jaka fabuła? Na pierwszym planie mamy sceny takie jak: wymienianie się zużytymi tamponami, albo wyławianie kału z toalety. Rzeczy, które absolutnie zagłuszają może i ciekawe tło, jakim jest rozwód rodziców oraz choroba psychiczna matki Helen. 



Siedzę i myślę. Niestety Helen, w palcu wyciągniętym z dupy nie ma
  nic artystycznego, wiem o tym ja, nie wiesz Ty ani reżyser David Wnendt.


   Absolutnie nie rozumiem, i nie pomogły temu kilkudniowe przemyślenia, co autor chciał wskórać pokazując sceny tak naturalistyczne i obrzydliwe. Czy naprawdę celem twórców filmowych jest to, aby widz zasłaniał sobie oczy podczas seansu i zadawał sobie nieustannie pytanie ''DLACZEGO?''. Ominęło mnie chyba naprawdę wiele metafor, których nie byłam w stanie zrozumieć. Dla mnie było to kino niziutkich lotów, gdzie motywu przewodniego nie było wcale, utonął chyba w morzu włosów łonowych. Jest to z całą pewnością jeden z najbardziej obrzydliwych filmów jakie widziałam, a główna bohaterka była irytująca. Wątek miłosny był naciągany, jak skóra Donatelli Versace, a wszelkie granice dobrego smaku przekroczone w pierwszej scenie filmu. Dla mnie absolutne NIE, nie o to w filmach chodzi.

Czy coś ratuje ten twór? Całkiem dobry podkład muzyczny i sceny, zliczone na palcach jednej ręki, na których możemy się uśmiechnąć.


Ocena: 3/10.

wtorek, 13 maja 2014

W Ukryciu

Temat holocaustu w  kinematografii został już bardzo wyeksploatowany. Wyprodukowane zostały  takie perełki jak Pianista, Lektor, W Ciemności czy Lista Schindlera. Czy polskie ‘’W Ukryciu’’ można dopisać do listy sukcesów? Niestety nie.

Bazą tej historii jest oczywiście holocaust i ukrywanie Żydówki w domu polskiego fotografa i jego córki Janiny (Magdalena Boczarska). Film doprawiony lesbijskim seksem i romansem. Sceptyczna z początku Janina powoli zakochuje się w Ester (Julia Pogrebińska) i … dalej nic się nie dzieje. Owszem, napotykamy jakieś kryminalne historie, ale są one doklejone do całej historii, niż wtłoczone w jej sens. Niektóre historie żyją swoim życiem w tym filmie.

Temat produkcji wybrany jakby z braku laku. Nie wiemy o czym kręcić, to nakręcimy o holocauście, bo to się przecież sprzedaje. Całość jest chwilami do bólu NUDNA, wrażenie robić mogą jedynie nagie sceny Boczarskiej i Pogrebińskiej. Historia tamtych czasów potraktowana jest po macoszemu. Widz rzadko ma okazję wyjść poza mury domu Janiny i jej piwnicy, gdzie ukrywa się Ester. Poza kilkoma scenami nie widzimy wojennej Warszawy, łapanek, palenia getta. Chwilami Kidawa-Błoński chyba w ogóle zapomina o tym, że wojna trwa w najlepsze. Estera co chwilę wychodzi z piwnicy, lekceważąc fakt, że może przypłacić to życiem.

Filmowi bliżej jest do "Rzezi", niż do "Listy Schindlera". Akcja rozgrywa się w klaustrofobicznych  warunkach. U Polańskiego jednak nie ma mowy o nudzie, u Kidawy psychodrama odbywa się bez ‘’psycho’’ bo psychologii w tym filmie nie ma. O ile o Janinie możemy się czegoś dowiedzieć, poznać ją, o tyle Ester znamy jedynie z tego, że tęskni do swojego ukochanego. Sam wątek lesbijskiej miłości jest po prostu bezpłciowy. Nie wystarczy pokazać nagiego kobiecego ciała i liczyć na to, że ktoś okrzyknie naszą produkcję głęboką, genialną i artystyczną.


Każdy, kto umie czytać i widział plakaty liczył na thrillera, a zapowiedzi jeszcze mocniej to podkreślały. Tutaj tez kicha. Nie wgniata nas w fotel, bo jedynymi momentami ‘’zaparcia dechu’’ są te, gdy ktoś Janinę pyta o to, czy w jej mieszkaniu mieszka tylko ona z ojcem (Faktycznie... aż ciary przechodzą). Otwieramy buzie, ale nie ze zdziwienia, lecz niekontrolowanego odruchu ziewania, który pojawia się podczas tego filmu nad wyraz często. I jeszcze ta gra aktorska... trącająca amatorszczyzną.

Podsumowując: film o wojnie bez wojny, za to z seksem. Wydaje się, że był jakiś pomysł, ale Kidawa gdy tylko zbliżał się do realizacji konkretnego wątku, za chwilę się wycofywał. I tak mamy niedokończone, zaniechane elementy, jak np. prostolinijność głównej bohaterki, metamorfoza, jaką rzekomo przechodzi, wątek miłosny Ester i Dawida… i niestety tak wyliczać możemy bez końca. 

Twórcy zaostrzyli nasz apetyt zwiastunami, zapowiedziami i historią. Całość okazała się niedoprawiona i bez smaku.

5/10! Szkoda czasu!

Słabego filmu należy bronić na wszelkie sposoby.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Wybuchowa Para / Knight and Day

   O ile w okresie Świąt Bożego Narodzenia może nam zabraknąć czasu na obejrzenie wszystkich, powiązanych tematycznie z tym okresem filmów, o tyle Święta Wielkanocne rządzą się własnymi prawami. Ja w tym okresie stawiam na sprawdzone, uwielbiane dramaty oraz komedie. I właśnie tymi drugimi postanowiłam zaspokoić swój głód filmowy. Po obejrzeniu Wybuchowej Pary mój apetyt na dobre kino wyostrzył się, bo film okazał się niestrawnym daniem.


   Z czym do ludzi, czyli o czym jest ta historia? No więc mamy śliczną June (Diaz), która na lotnisku poznaje agenta Roya (Criuse). Wpadają na siebie, małe small talk, po czym June zostaje powiadomiona, że nie ma dla niej miejsca w samolocie, ponieważ jest pełny. Koniec tej historii był bliski, jednak jak się zapewne domyślacie, miejsce się znajduje, i jest to świetna okazja do tego, by z widza zrobić idiotę, ponieważ, w tym przeładowanym samolocie, w następnej scenie siedzą tylko dwie osoby.Ten przygłupawy wstęp jest zapowiedzią jeszcze gorszych intryg. Suma summarum okazuje się, że ''źli ludzie'' próbują wrobić Roya, a on sam wciąga blondynkę w całą serię wymuszonych, nieprzypadkowych sytuacji.

Jest film akcji, jest i pościg na motorze. OCZYWIŚCIE.

   Są takie filmy do bólu przerysowane. Sceny w nich są tak oczywiste i tak skomponowane, by wprost wrzeszczały o gatunku filmowym, jaki reprezentują. Produkcja jest filmem akcji, więc OCZYWIŚCIE gra w niej Tom Cruise, na którego ja osobiście jestem uczulona. We wszystkich filmach gra tak samo, próbując udowodnić, że męskością przewyższa Chucka Norisa. W Wybuchowej parze OCZYWIŚCIE gra samego siebie, czyli zabija dziesięciu ludzi na raz, ratuje piękną blondynkę, jest tajemniczy, steruje sam samolotem i utrzymuje równowagę stojąc na dachu pędzącego auta. OCZYWIŚCIE. Dodatkowo sypie złotymi myślami częściej niż Paolo Coehlo na swoim facebooku i są to frazesy w stylu ''Częściej znaczy niby''. Cruise wprowadza do filmu jedynie swoje nazwisko, którym podpisuje tę nachalną akcję całej produkcji.

   Pościgi samochodowe widzieliśmy już wcześniej setki razy, dlatego bardziej od nich fascynować nas może gra Pou i kolejna runda Sky Jump (tak, nudziło mi się). Jeżeli chodzi o Cameron Diaz, to pomimo sympatii, nie mogę powiedzieć, by była ona zaletą tego filmu. Grała OCZYWIŚCIE podległą, zdominowana, zauroczoną blondynkę, niezdziwioną niczym, której nie przeszkadza, że świeżo napotkany facet cały czas odurza ją lekami i wprowadza w stan głębokiego uśpienia. Nie przeszkadzają latające przy uchu groźby, kule i to, że facet jest po prostu wkurzający. OCZYWIŚCIE happy end wliczony w cenę. James Bond dla ubogich.

   Pomimo tego, że film wypchany jest, niczym nasze świąteczne brzuchy, scenami pościgów, egzotycznymi krajobrazami i goniącymi zbirami, to ciężko doszukać się w tym wszystkim wiarygodności. Wystarczy spojrzeć na scenę, w której jeden z terrorystów trzyma się kiełbasy, aby nie wypaść z pociągu. Śmieszne, jednak nie mam pewności, czy takie było zamierzenie twórców. No i OCZYWIŚCIE nie mogło zabraknąć naciąganego wątku, w którym Cameron Diaz pokaże się w bikini.

  Podsumowując - jeżeli marzycie o relaksie w te Święta, to znacznie bardziej polecam 500 Dni Miłości, do którego zabrałam się po Wybuchowej Parze.  W tym drugim wybuchy owszem były, ale nudy. 5/10.


wtorek, 18 marca 2014

Ostra randka

1 kwietnia br. odbędzie się wręczenie Węży – nagród przyznawanych najgorszym polskim filmom, ich twórcom oraz aktorom. „Ostra randka” Macieja Odolińskiego jest w tym roku jednym z silniejszych kandydatów do otrzymania statuetek, bo nominacje w ośmiu kategoriach zdecydowanie nie są przypadkowe.


Współczesny Poznań. Gosia (Sylwia Boroń) jest na nieudanej randce w klubie. Przy barze poznaje groźnego faceta (Paweł Wilczak), czego jeszcze nie jest świadoma. Wypija wino z tabletką gwałtu (czy czymś takim), zostaje porwana i przewieziona do hotelu. Budzi się z wielką dziurą w brzuchu, bo ktoś się rzucił na jej nerkę (to nic, że nerki raczej się wycina z tyłu…). Brzmi schematycznie i znajomo? A to dopiero początek :D


Paweł Wilczak, Sylwia Boroń, Poznań w tle

Dawno nie widziałam filmu, w którym aż tak roi się od absurdów. Podziurawiony scenariusz wywołuje jeszcze większą grozę, niż całkiem realistycznie pokazany dziurawy brzuch głównej bohaterki. Scenariusza nie dało się zszyć, za to brzuch i owszem – to po prosu TRZEBA zobaczyć! Zaradna Gosia, w pewnym momencie nie martwi się już bólem i potrafi się nawet teleportować spod łóżka do szafy. Gdy już ma kolejną okazję, by spokojnie sobie pójść na recepcję i poprosić o pomoc (bo kto by tam telefonował, chociaż mógł to zrobić pół godziny wcześniej – lepiej zrezygnować po pierwszej nieudanej próbie), to znów wpada w ręce porywacza. O jejku, jaki splot niefortunnych wydarzeń.



"Ostra randka" to film gangsterski, z bohaterami, których cechuje głupota charakterystyczna dla bohaterów amerykańskich horrorów. Spośród wszystkich dostępnych opcji zawsze wybierają te najgorsze. Kulminacją tej zasady jest pościg samochodowy ulicami miasta. Sam pomysł nakręcenia filmu w Poznaniu bardzo mi się spodobał. Warszawa - chociaż fotogeniczna ;) - nie jest przecież jedynym polskim miastem, które warto pokazywać na dużym ekranie. Teraz jednak mam nadzieję, że stolica Wielkopolski szybko zapomni o tym, Odoliński poczuł w niej potencjał. Bo to raczej nie jest komplement. 

Chyba istnieje taki zwyczaj, że gdy widz głośno krytykuje błędy w filmie, to reżyser ma gotową i niepodważalną wymówkę: tak miało być, jest to kino gatunkowe, które można traktować z przymrużeniem oka, a nie na serio. Odoliński też zna te argumenty. Szkoda tylko, że wszystko, co w „Ostrej randce” jest śmieszne, wygląda na przypadkowe i wynikające z niedopatrzeń.

Zawsze się zastanawiam, co sobie myśli cała ekipa filmowa, w trakcie pracy nad taką „perełką”. Czy scenarzysta faktycznie uważa, że odwala dobrą robotę? A aktorzy wypowiadając kolejne kwestie myślą sobie: „Mocne. To jest naprawdę mocne.” ?? Później przychodzi czas premiery, czerwone dywany, ładne sukienki, flesze i szerokie uśmiechy. Czy oni nadal się nie wstydzą? Wilczak i Boroń chyba się zreflektowali na czas, bo na premierę w poznańskim kinie Rialto nie dotarli. Oczywiście zdarzenia losowe tak nieszczęśliwie im przeszkodziły.


Premiera - moment, w którym twórcy (teoretycznie) czują się dumni z wykonanej pracy

Silny, bardzo silny kandydat do Węży. „Ostra randka” może ode mnie liczyć na co najmniej kilka głosów, w tym (najprawdopodobniej) w najważniejszej kategorii – Wielkiego Węża, bo oceniłam 2/10.

Wszystkie nominacje dla „Ostrej randki”:


Wielki Wąż – najgorszy film

Najgorsza reżyseria – Maciej Odoliński

Najgorszy scenariusz – Maciej Odoliński

Najgorszy aktor – Paweł Wilczak

Najgorsza aktorka – Sylwia Boroń

Najgorszy duet na ekranie – Sylwia Boroń i zszywacz

Żenująca scena – Sylwia Boroń ze zszywaczem

Najgorszy efekt specjalny – scena ze zszywaczem

niedziela, 16 marca 2014

Mój Biegun

Gdyby Polacy nakręcili film o Margaret Thatcher, ona przez półtorej godziny lepiłaby pierogi wraz ze swoją rodziną. Gdyby w Polsce robiono film o Neil'u Armstrongu ukazano by jego, pijącego Coca Colę razem z ojcem, na ganku. Gdyby Polacy realizowali film Jobs, skupiałby się on na problemach z otwarciem garażu, w którym tytułowy bohater zaczynał swoją zabawę z komputerami. Gdyby w Polsce powstał film o Zuckerbergu fabuła opierała by się na tym, jak Mark w collegu poznał uroczą dziewczynę i jak śpiewał jej serenady pod oknem, jak wspólnie chodzili na spacery w sadzie, w Grabinie. W napisach końcowych widzielibyśmy ''A tak by the way..'' i kolejno: ''... została premierem Wielkiej Brytanii, pierwszy stanął na księżycu, twórca Apple, założyciel Facebooka''. Innymi słowy chcę napisać, że tytuł ''Mój biegun'' jest cholernie mylący.


Przez cały film czułam się jakbym oglądała kolejny, dwutysięczny odcinek serialu Klan albo M jak Miłość, w których scena polega na tym, że X wchodzi do pokoju, jego małżonka Y prasuje:

X: Prasujesz?
Y: Samo się nie wyprasuje.

X wychodzi. Klaps. Koniec sceny.

Co jest z tą serialową wrażliwością? Czy naprawdę życiowym osiągnięciem Jasia Meli było przyjście w protezie na cmentarz, na którym leżał jego brat. Czy aż tak cholernie istotny był konflikt między nim, a ojcem? Czy zamiast sceny malowania pokoju nie można by skupić się na czymś innym? SERIO?!

Tych, którzy chcą widzieć na ekranie emocje i niezłomność, bohaterstwo bohatera, czeka rozczarowanie. Sama nie wiem, czy to wina Musiała, który był po prostu ''ok'' (nieporównywalny z Ogrodnikiem w Chce się żyć), czy mało porywającej fabuły, czy może tego, że ktoś stara się wyeksponować niezwykłą głębię bohaterów i ich relacji, ale mu to nie wychodzi.

Jedyna z niewielu scen wyrywająca widza z nudy.

Produkcję ratuje Bartłomiej Topa oraz Magdalena Walach, czyli filmowi rodzice Meli. Całkiem wiarygodni, pokazali trud sytuacji, w jakiej znalazły się rzeczywiste osoby. Przechodzimy przez wszystkie fazy związku w obliczu tragedii i patrzymy, jak z trudem starają się poskładać, wydawałoby się nieposkładalne, elementy.

Film miał mówić o trójliściach, gdy tymczasem jedyną wyeksponowaną trudnością  jaka się nasuwa  jest nieporadzenie sobie ekipy z tematem. Nie ma bohatera, który udźwignąłby 90 minutowy film, jest za to rodzinny dramat.




Ocena: 5.5 na 10.


piątek, 10 stycznia 2014

Don Jon

Filmów o tematyce erotycznej powstało jak dotąd już tyle, że obecnie naprawdę mało co  potrafi skutecznie zaszokować. Nagość, współżycie, homoseksualizm, uzależnienia – jestem pewna, że każdy z nas może (bez dłuższego zastanowienia) wymienić chociażby kilka tytułów, w których nie zabrakło tych wątków.

Dziś do polskich kin wchodzi „Nimfomanka”, jeszcze jej nie widziałam, więc lekkim wprowadzeniem do nieco podobnej tematyki (uzależnienia od chęci zaspokojenia) będzie „Don Jon”.


„Przebojowa komedia, w której ON: (Joseph Gordon-Levitt) przystojniak - seksoholik spotyka JĄ (Scarlett Johansson) seksowną blondynkę, niepoprawną romantyczkę. Oryginalna love story, w której flirtują ze sobą ulubione gatunki popkultury – porno i melodramat.” Taki kolorowy opis filmu można znaleźć na filmwebie i muszę przyznać, że po obejrzeniu „Don Jona” miałam wrażenie, iż autor tych słów oglądał zupełnie inny tytuł. Przebojowa komedia? Przystojniak? Oryginalne love story? Nieee, w moim odczuciu to raczej słaby dramat, z tandetnie wystylizowanym cwaniakiem w roli głównej, próbujący moralizować na temat negatywnego wpływu pornouzależnienia na życie uczuciowe tego uzależnionego.

W „Don Jonie” najbardziej irytowali mnie jego bohaterowie oraz brak konsekwencji. Domyślam się, że debiutujący na dużym ekranie reżyser i scenarzysta, Joseph Gordon-Levitt, (a przy okazji też tytułowy bohater) świadomie naszkicował postacie o tak dziwnych, denerwujących i trudnych do zrozumienia osobowościach. Facet, dla którego najbardziej się liczą regularne: treningi na siłowni, wizyty w kościele i spowiedź, rodzinne obiady oraz podrywanie „panienek na 10tkę” jakoś nie wzbudza empatii. Tym trudniej jest mu współczuć z powodu niszczącego normalne życie uzależnienia, zwłaszcza, że on sam wydaje się być szczęśliwy ze swojego wyzwolonego stylu bycia. Na jakiekolwiek zrozumienie z mojej strony nie mogła też liczyć jego wybranka serca – Barbara (Scarlett Johansson, dla której Gordon-Levitt specjalnie napisał tę rolę). Bohaterka tak pusta i nudna, że aż żałosna. Do kompletu została jeszcze doczepiona podstarzała kobieta po przejściach - Esther (Julianne Moore), jako ucieleśnienie słów: „liczy się wnętrze, a nie wygląd”, albo jak kto woli: „kochaj sercem, nie oczyma” itp. itd.
W temacie bohaterów – brawa dla wyżej wymienionych aktorów. Stu-procentowo udało im się wykreować osobowości, z którymi nie nawiązałabym nawet cienkiej nici porozumienia, ale za to solidnie poplątany kłębek niezgody.

Scarlett Johansson i Joseph Gordon-Levitt

Julianne Moore
A wracając do braku konsekwencji – na początku reżyser zachęca widza do obejrzenia filmu na temat poważnego problemu uzależnienia od pornografii. Można więc oczekiwać głębokiego, mądrego przekazu, który wcale nie musi zostać przedstawiony w super-poważny i tragiczny sposób. Niestety, z każdą upływającą minutą, „Don Jon” zbliża się do wspomnianego, tak niewybaczalnie schematycznego love story, że nie bezpodstawnie można się poczuć oszukanym. Właśnie za to daję największego minusa.

Film nie zachwycił też pod względem wizualnym: muzyka, zdjęcia, scenografia – nie ma tutaj nic nadzwyczajnego, ani nowatorskiego. Ot, film jeden z wielu, o którym zapewne za kilka tygodni nie będę już pamiętać.

Jeśli zatem mieliście ochotę na film o podobnej tematyce, który udowadnia, że pornouzależnienie jest nie tylko zboczeniem, ale przede wszystkim chorobą – zachęcam do obejrzenia „Wstydu” Steve’a McQueena. Tematyka bardzo zbliżona, ale przedstawiona z perspektywy na pozór przeciętnego człowieka, z ustatkowanym życiem. Udowadnia, że skrzywienia emocjonalne mogą dotyczyć również tych, którzy na pierwszy rzut oka wydają się ludźmi sukcesu.


Dla „Don Jona” baaaaardzo naciągane 6 – chyba tylko ze względu na wspomnianą trójkę aktorów oraz debiut reżyserski (nikt nie mówił, że początki są łatwe). Raczej nie polecam.

czwartek, 28 listopada 2013

Wszystko o Stevenie /All about Steve

Laureat dwóch Malin za Najgorszą filmową parę dla Sandry Bullock i Bradleya Coopera oraz dla Najgorszej aktorki dla tej pierwszej w 2010 roku. Zabawne, że w tym samy roku, Bullock otrzymała nagrodę ze skrajnej szali - Oscara za rolę w Wielkim Mike'u. Postanowiłam przekonać się, czy Wszystko o Stevenie to faktycznie najgorszy z filmów w 2010 roku. Okazało się, że nie, jest to film prawie nijaki.



Na pierwszym planie mamy wyjątkowo ekscentryczną autorkę krzyżówek dla lokalnej gazety. Jednym słowem można opisać ją jako ''nerda''. Jest to chodząca encyklopedia, samotniczka, która wszystkich znajomych straciła poprzez za częste używanie otworu gębowego w celu wyjaśniania najmniejszej pierdoły. Wyraźna choroba zawodowa. Podobnie, jak czytelnicy gazety, wypełniający puste kwadraciki, Mary (Bullock) stara się wypełnić pustkę w swoim życiu. W tym celu postanowiła zakochać się i zdobyć serce atrakcyjnego (już wiemy, że mowa o Cooperze) operatora kamery w sieci telewizyjnej. 

Na samym początku filmu para zostaje ''spiknięta'' przez swoich rodziców, Mary, jak na ekscentryczkę przystało, za nic ma pierwszą i najważniejszą zasadę randki: ''Nie idź z nim do łóżka na pierwszym spotkaniu''. Chociaż ... rzuca się ona na Steve'a zanim jeszcze zdąży on odpalić auto, więc może jednak posłuchała tej zasady? Najważniejsze jest to, że ona się zakochuje, a dla niego od tego momentu rozpoczyna się prawdziwe piekło. Kobieta towarzyszy mu przy każdym włączeniu kamery, postanawia go śledzić  Najpierw jednak układa krzyżówkę, w której tematem jest ''Wszystko o Stevenie'', a pytania dotyczą koloru jego oczu i smaku pocałunków. Steve jak się zapewne domyślacie, to normalny facet, który po czymś takim robi coś zupełnie oczekiwanego - ulatnia się. Niestety, kobieta prześladuje go jak rola Ryśka z Klanu prześladuje.. Rysia z Klanu (?).

Kulminacyjny moment to ten, gdy Mary wpada do szybu w kopalni, zjeżdżają się media, w tym oczywiście Steve i .. zaskoczę Was, ale - nie zakochują się w sobie. Gdyby to zrobili, moja ocena byłaby niższa niż pięć, które dałam.



Krótko o plusach filmu, bo jest ich mało. Niestandardowa bohaterka, która zamiast w szpilkach woli czerwone lakierowane kozaczki. Zakończenie lepsze, niż się tego spodziewamy. I to na tyle.

Scenariusz to nieporozumienie na nieporozumieniu. Nieprzemyślany, dziwny... Przykładem na poczucie humoru w tym filmie jest facet, który trudni się... rzeźbieniem twarzy w jabłkach, jego popisowym numerem jest Matka Teresa. Tak, wiem:


I to jest właśnie kwintesencja opisu tego filmu.Trochę szkoda, że główne postacie to dwoje, tak lubianych przeze mnie bohaterów. Jestem przekonana, że powinni mierzyć wyżej. Wykonanie filmu jest tak nieudane, jak nieudana jest w nim fryzura Bullock.

Na pewno nie nazwałabym tej produkcji ''Najgorszym Filmem'', jednak na pewno nie jest warta poświęconego czasu. Już lepiej rozwiązać krzyżówkę, mając nadzieję, że jej autor nie gada takich bzdur, jak bohaterka ''Wszystko o Stevenie''.

wtorek, 24 września 2013

Ludzka Stonoga I

Ostatnio jesteśmy za miłe. Najwyższy czas nie polecić, a odradzić Wam konkretny film. Z serii ''Najgorsze Filmy w Historii'': Ludzka Stonoga I.



Pomimo, że Tom Six nie tłumaczył się ze stworzenia Ludzkiej Stonogi, tak ja wiem, że winna Wam jestem kilka słów wyjaśnienia. Na pewno pamiętacie naszą serię Najgorszych Filmów Historii (KLIK). Lista ta wciąż pozostaje nie pełna, zwłaszcza jeżeli nie ma na niej LS I. Do obejrzenia tego filmu zbierałam się jak widać pół roku i teraz wiem, że było to masochistyczne posunięcie.

O czym jest ten... eeeee.... ''film''?
W pierwszych scenach widzimy dwie dziewczyny jadące samochodem. Wystarczy, że się odezwą, a wiemy, że aktorki z nich żadne. Jak to najczęściej bywa w filmach ''poniżej 5/10'' pęka im opona na zupełnie pustej, żwirowej drodze. Zaczyna padać, a bohaterkom nie wpada do głowy pomysł, by zaczekać w samochodzie do rana. Nie. Wysiadają i zaczynają biec na oślep, aż trafiają do pewnego domu. Teraz muszę napisać coś schematycznego: ... nie wiedzą one, że po przekroczeniu progu tego domu ich życie zmieni się na zawsze. Właścicielem mieszkania jest chirurg Dr Heiter. Zarówno z nim, jak i z całym domem jest coś bardzo nie w porządku  Ale oczywiście głupota w postaci dwóch laseczek zwycięża i goszczą się na kanapie, popijając wodę przyniesioną przez podejrzanego typa. Facet jest niesympatyczny, oziębły, dziwny, atmosfera jest gęsta, zewsząd patrzą na nas syjamskie bliźnięta (???) na obrazach, a dziewczyny na to, że ''ładne mieszkanie''. Widz najprawdopodobniej wie co będzie dalej, i do czego w tym filmie dążymy, dlatego pojawia się u nas osobliwa radość, ze tym idiotkom coś się stanie. W sumie jakby na to spojrzeć inaczej, to może Tom Six nie jest taki głupi.... W filmie ewidentnie wygrywa nauka nad głupotą... Myślicie, że to zamierzona metafora?

Później okazuje się, że w piwnicy chirurga uwieziono już jednego Azjatę, a dzięki ciałom kobiet lekarz może przejść do zrealizowania swoich fantazji/snów/wierzeń...

Chwilami film ciągnie się jak gra wstępna Belli i Edwarda za Zmierzchu. Widzimy klatkę, w której zamknięta jest gotowa stonoga i patrzeć musimy na nią całe pięć minut, co pewnie ma nam dać do myślenia? Nie mówiąc już o odruchach wymiotnych, gdy widzimy efekt końcowy operacji. Aktorstwo godne filmu pornograficznego. Mamy również marną podróbkę Bruca Lee, w postaci wcześniej wspomnianego Azjaty - Katsuro, który nie może pogodzić się ze swoim nowym ''położeniem'' i w pierwszym odruchu zaczyna wymachiwać rękoma, krzyczeć i straszyć karate. Ale prawdziwym ewenementem jest upodobanie Toma Sixa do bardzo dziwnych bohaterów pierwszoplanowych. Chirurg w LSI jest po prostu dziwny.  Ekscentryczny, chory psychicznie. W LSII, jak zapewne pamiętacie, główny bohater nie odezwał się ani jednym słowem. Castingi przeprowadzano chyba w małym pokoiku, z materacami na ścianach.

Mistrz

i naśladowca.

Ludzka stonoga zakwalifikowana jest gatunkowo jako horror. I zapewniam Was, że to prawda. W pierwszych minutach filmu dowiadujemy się, że jest to część pierwsza, w zamierzeniu mająca być kontynuowana. Groza.

Moja ocena to 2/10 - tylko dlatego, że następna część trylogii jest jeszcze gorsza i nie starczyłoby skali. Jedyną zaletą jedynki jest to, że jest doskonałym, skrajnym odniesieniem dla najlepszych filmów. 

P.S Co skłoniło Sixa do napisania scenariusza? Moim zdaniem - sen. Nocna wizja po wieczorze spędzonym na oglądaniu Głębokiego gardła, Chirurgów i Z kamerą wśród zwierząt.


Tylko czemu winne są biedne stonogi?! Sami widzicie, jaki dzięki niemu mają PR.


Podobnie jak reżyser i bohater pierwszoplanowy LSI.

Good for them.







sobota, 18 maja 2013

Dla Ellen / For Ellen

Są w naszym filmowym życiorysie sceny, które zapamiętujemy na zawsze. Które, z uporczywością maniaka wbijają się w naszą psychikę i rozsiadają się wygodnie. Nie raz mamy do czynienia z filmem jednej sceny. Przykładem, dla @SzutkiPlochi będzie zapewne Miłość i scena z gołębiem. Do takich filmów kwalifikuje się Dla Ellen, bo choćbym nie wiem jak chciała, nie zapomnę sceny sklepowej. Ale zacznijmy od początku.

Plakat jest doskonałym zobrazowaniem tego filmowego wytworu. Dzieję się na nim tyle, co w całym filmie.

Film widziałyśmy na festiwalu Kamera Akcja. Po seansie opuściłyśmy salę śmiertelnie znudzone. Nie wiem, czy pozostali widzowie, którzy zostali na miejscach kontemplowali, to co przed chwilą zobaczyli, czy po prostu usnęli. Wydaje mi się, że to drugie.

Fabuła jest prostolinijna i gdyby nie przeciągnięte sceny, to całość trwałaby 15 minut. Film, wyreżyserowany przez So Yong Kim opowiada historię rockmena na zakręcie. Wyleciał z zespołu, pracy nie ma, toczy się jego sprawa rozwodowa, mieszka a'la Violetta Villas, tyle, że bez kotów. Nagle przypomina sobie o pewnym, dość ważnym jak dla mnie fakcie, a mianowicie: że jest ojcem. Po kilku latach postanawia walczyć o dziecko, tytułową Ellen.

Dość ekscentryczna postać wykreowana przez Paula Dano, to jedyne światełko w tunelu, w bezkresie nudy jaka w nas bije z ekranu. Postać dość ciekawa, wywołująca nie raz uśmiech u widza. Zniszczony, po narkotykowej przygodzie ekscentryk. Bardzo, bardzo nieszczęśliwy.

Zatrudniono dobrego dźwiękowca, ponieważ soundtracki także można wrzucić do szufladki: ''udane''.

Natomiast przez poszczególne sceny, szufladka ''niewypał'', jeżeli chodzi o Dla Ellen - nie zamyka się.

I już nie chodzi o fabułę, która miejscami jest naciągana. Nie chodzi o aktorów, którzy grali, jakby byli do tego zmuszeni (-Maaaamooooo, ale ja nie chcę grac w tym filmie - krzyczał 42 letni Stanisław.). Chodzi o elementy, które robią z widza tumana, chodzi o reżysera, który mówi: - ta scena mi nie wyszła, ale powiedzmy, że przez te 6 minut macie myśleć nad głębią zachowań bohatera. Scena sklepowa: przez bite 6 minut (!) widzimy głównego bohatera chodzącego z córką po sklepie. Szukają lalki. Przez bite sześc minut oglądamy, jak oni przemierzają 6 metrów, z ciągle napastującym nas dialogiem:
On: a może ta (lalka) ?
Dziecko: Y-ym.

W kinie byłoby tak, że jakiś normalny, zniecierpliwiony widz wykrzyknąłby: NO KUP ŻE W KOŃCU TĘ $@%#^&@ LALKĘ!!! Ale nie na festiwalu, na festiwalu wszyscy udają, że rozumieją w jakim duchowym dole jest teraz oglądana przez nas postać.  I wszyscy rozkminiają, co też Wielki Reżyser miał na myśli. Film ma dawać do myślenia, owszem. Ale nie ryczeć: teraz czas dla myślących, jeżeli ta scena Cię nudzi, znaczy, że jej nie rozumiesz. Ma dawać do myślenia, a nie gwałcić intelekt.

I drugi przykład: koniec filmu i odjazd autobusu. Powiedzcie mi, po jaką cholerę pokazywać widzowi kilometrową trasę busa, która nic w tym filmie nie wnosi, która nie ma znaczenia. Ot takie: jedzie autobus, patrz.

Uwierzcie mi, że film zapowiadał się ciekawie, na początku.  Jednak moja cierpliwość w połowie wyczerpała się i zamiast patrzeć z zafascynowaniem w ekran, co chwilę zerkałam na zegarek. Z pragnieniem, aby mieć to filmowe doświadczenie już za sobą.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Movie 43

Na początku roku bombardowani byliśmy trailerami komedii roku, w której zgodziły się (nie wiedzieć czemu) zagrać największe gwiazdy kina. Film stworzony przez 11 reżyserów nabierał rozmachu w kampanii reklamowej, by na końcu wylądować tam gdzie jego miejsce: w kiblu.


Już po 5 minutach seansu czułam, że mój intelekt został zgwałcony. Twórcy uznali, że gatunek seksualno-fekalny (duet penis-kupa jak zawsze niezawodny) to najlepszy pomysł na przyciągniecie tabunu widzów. Nie ważne na jakim poziomie stoi film jaki zrobiliśmy, ważne żeby się sprzedał.

Movie 43 to zbiór krótkich nowelek, z każdą kolejną przekonujemy się, że TAK, może być gorzej. Fabuła bazuje na tym, że jakiś mały geniusz próbuje dotrzeć do filmu (o nazwie właśnie ''Movie 43''), który kryty jest gdzieś w otchłani internetu. Podczas gdy jego własny komputer hakowany jest przez kumpla, który masturbuje się do porno własnej matki (scenarzyści musieli pochodzić z bardzo patologicznych rodzin!). Każdy z shitowych filmików, jaki oglądamy jest jak kopniak w jądra (tak sobie to wyobrażam, mimo, że jestem kobietą). Przez większą część czasu zastanawiamy się:
a przez resztę czujemy odruch wymiotny. Naprawdę współczuję osobom, które wybrały się na to do kina, a już zwłaszcza przypadkom podgryzającym. Bo bombardowani jesteśmy etiudami, w których wyznanie miłosne stoi na jednej szali z ''nakupcianiem'' na drugą połówkę (nie mylić z nasraniem - to byłoby wulgarne). Film, w którym poczucie humoru mierzone jest długością penisa, wielkością implantów i tolerancją na gówno na ekranie. No kuźwa.

I tak, jak nie dziwi mnie grająca w tej produkcji Anna Faris, znana szerzej jako Cindy Campbell ze Strasznego filmu, bo to jej świat i raczej nie ujrzymy jej w ambitniejszych produkcjach, ale moje serce krwawiło, gdy na ekranie widziałam kolejno: Gerarda Butlera, Halle Berry, Kate Winslet, Umę Thurman, Emmę Stone, czy w końcu Hugh Jackmana, który niedawno wykreował genialną kreację w Nędznikach. Chciałoby się zapytać dlaczego Najwięksi Hollywood zabrnęli do filmowego rynsztoka? Jeżeli to ma być żart, to jest równie śmieszny jak fabuła filmu. Tu nie może chodzić o pieniądze, raczej stawiałabym na zagrożenie życia rodziny, czy całonocny maraton teledysków Justina Biebera. Nawet nie chce mi się drwić, bo jako fanka, pełna uznania dla talentu wyżej wymienionych osób poczułam się po prostu zawiedziona i nie ukrywajmy wkurzona.  Można by to tłumaczyć tym, ze nawet królowie chcę pojednać się czasem z pospólstwem.  Jednak jeżeli jaja na brodzie mają być oznaką dystansu, to ja kurwa nie wiem w jakich my czasach żyjemy. I tak jak bawił mnie momentami klasyk gatunku Straszny Film, tak Movie 43 oscylował na granicy mojej tolerancji. Przez lata filmowcy tworzyli niezłe szambo, które wylało się w momencie wyjścia na ekrany M43. Jedyną zaletą tegoż filmu okazać się może to, że widzowie dostrzegą różnice miedzy tym co śmieszne, a rażąco ohydne na dużym ekranie. Że nie będą lecieć z wywalonym jęzorem do kina za każdym razem gdy producenci obiecają Najzabawniejszą Komedię Roku z topowymi nazwiskami. 

Jackman. Zdjęcie mówi samo za siebie.
I jeszcze posłowie dla wszystkich jedenastu reżyserów Movie 43:



czwartek, 18 kwietnia 2013

Intruz / The Host

Miałam kiedyś psa. Rasy amstaff. Wszystkim gościom kojarzył się on z ludobójcą, choć w gruncie rzeczy było to sympatyczne zwierzę. Jaga (bo tak się wabił ów pies) miała nieznośną tendencję do niszczenia swojego posłania, dosłownie pożerała wszystkie gąbczaste kojce, które jej kupowaliśmy. Zawsze potem leżała wśród rozgryzionych gąbek z miną: ''To nie ja'' i spoglądała tak rozbrajającym spojrzeniem, że natychmiast wybaczano jej wszystko.

Ta anegdota ma się do recenzji filmu, tak jak wizja duetu Meyer-Niccol do UFO i obcych.

Czyli: nijak..

Nie dość, że w skrytykowanym już przez nas Zmierzchu Stephenie Meyer:

robi z tego
to...
To w Intruzie
z tego
robi to.
I naprawdę najlepiej byłoby to skomentować w następujący sposób:


ale poszerzę swoją wypowiedź, aby mieć pewność, że idziecie do kina na własną odpowiedzialność.

O czym to ''dzieło''? W skrócie: Obcy opanowali całą ziemię i robią z ludzi podobnych sobie. Głównej bohaterce - Melanie wszczepiona została obca dusza o imieniu Wangabunda (...ooo fuck....), jednak Melanie jest tak twardą, nie do złamania osobowością, że nie daje się obcemu. W rezultacie Wangabunda cały czas słyszy w głowie głos dziewczyny. Oczywiście toczy ona walkę sama ze sobą, na początku zajmuje się konfidenctwem, by potem zbliżyć się do ocalonych ludzi. Wydaję mi się, że autorkę książki inspirowało foto story z Bravo girl. Główna bohaterka jest tak tępa, że zaczynamy wierzyć, iż wymienione ''czasopismo'' jest jej biblią. Morał tej historii jest natomiast taki: ''Całuj się'', i to najlepiej nie z jednym parterem, bo to nie przystoi prawdziwej Sweet Sixteen.

Już zaczynając od tego, że nuda w tym filmie przewija się jak szelmowski uśmiech Edwarda w pierwszej części sagi Zmierzchu (a słyszałam, że są masochiści, którzy przeczytali wszystkie tomy!). W tym filmie nie dzieje się absolutnie nic ciekawego. Czy to wina drętwej gry aktorskiej, czy po prostu nędznego scenariusza - nie wiem. Wiem tylko, że po 20 minutach głowa sama opada na klawiaturę. Skąd wiemy, że miało być dramatycznie? Pojedynczym scenom towarzyszą dźwięk ''rwanych skrzypiec'', co nadaje całości naprawdę groteskowy wymiar. 

Sceny, gdzie według zamierzenia autorki książki i reżysera mieliśmy zareagować głośnym: WOW i zacząć się zastanawiać nad własną egzystencją, zamieniają się w parodiujące prawdziwy dramat scenki dla mentalnych gimbusów. Jeżeli komuś podobały się części bestsellerowej sagi Meyer, to bez zastanowienia może ustawić się w kolejce do kina. O ile jednak dialogi Zmierzchu wywołały u Was jedynie ból zębów i jęknięcia: o ja pieprzę, to bez chirurga, który amputuje Wam uszy na seansie się nie obędzie.

Instrukcja użycia papieru toaletowego jest bardziej fascynująca niż ten film.

Podsumowując: Intruz idealnie wpasowuje się w nurt Bieberyzmu, Mam 12 Lat I Niechciane Dziewictwo -izmu itd. Jednak ja tej produkcji mówię stanowczo: nie! Ocena: 4.5/10.


P.S Spodziewałam się czegoś lepszego od reżysera Contagion - Epidemia Strachu.