Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 maja 2014

Długi weekend – Cykl: Święta polskie

„Święta polskie” to cykl, w którego składzie znajduje się (dotychczas) 13. godzinnych filmów telewizyjnych, związanych z różnymi świętami - katolickimi i świeckimi - obchodzonymi w naszym kraju. Każdy film z cyklu, którego tłem jest wybrane święto, opisuje postawy i zachowania typowe dla większości Polaków.




Najbardziej znanymi tytułami z serii są: „Żółty szalik” nawiązujący do świąt Bożego Narodzenia, z Gajosem w roli głównej, który dzięki występowi w tym filmie był przez długie lata traktowany jako najwiarygodniejszy filmowy alkoholik. Obecnie na ten tytuł zasługuje już Więckiewicz, bo to co pokazał w „Pod mocnym aniołem” jest mistrzostwem świata.  Drugi bardzo znany film z „Świąt polskich”, to emitowana w każde Boże Ciało „Biała sukienka”.

W związku z tym, że jest to najciekawsza seria, jaka jak dotąd powstała, pokazująca polską obyczajowość oraz przywiązanie (lub jego brak) do tradycji i świąt – warto o niej przypomnieć, lub przedstawić tym, którzy jeszcze o niej nie słyszeli.



Akcja „Długiego weekendu” rozpoczyna się w programie prowadzonym przez Tomasza Kamela (wtedy jeszcze nie Kammela), czyli w bardzo sławnej „Randce w ciemno”. Bogdan Lewicki (Krzysztof Globisz), stremowany pan w średnim wieku, z zawodu wojskowy, wybiera kandydatkę nr 3 – Martę Walkowską (Joanna Żółkowska) – powściągliwą i niedostępną kierowniczkę biblioteki publicznej niewielkiego miasteczka pod Warszawą. Para wygrywa możliwość spędzenia długiego weekendu majowego w pięciogwiazdkowym hotelu w Wodzimyślu. Pomimo takich niecodziennie ekskluzywnych okoliczności, Bogdan i Marta nie przypadają sobie do gustu. Mężczyzna początkowo stara się ocieplić ich stosunki, jednak wspomnienia kobiety z jej młodzieńczych lat nie pozwalają jej zaangażować się w nowy związek, zwłaszcza z wojskowym. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Bogdan postanawia zorganizować w hotelu obchody święta 1 maja, a Marta ma plan na uczczenie święta 3 maja. Prowadzi to nawet do podziału innych hotelowych gości i powstaniu dwóch różnych, świętujących obozów.

„Długi weekend” nie jest typowym przykładem wielkiego, zaangażowanego kina. Przypomina raczej kolejny odcinek serialu wyprodukowanego przez telewizję polską. Chociaż za reżyserię odpowiada Robert Gliński („Kamienie na szaniec”, „Świnki”, „Cześć Tereska”), to niskobudżetowość tego obrazu pozostawia po sobie widoczne ślady. Nie to jest jednak najważniejsze, bo mimo wszystko udało się zachować istotę rzeczy, czyli zgodność filmu z założeniami cyklu „Święta polskie” – a zatem,  wbrew pozorom nie „Randka w ciemno” odegrała najważniejszą rolę, lecz specyfika polskiego społeczeństwa.

W tym krótkim filmie pojawiło się pokaźne grono znanych, polskich aktorów: Krzysztof Globisz, Joanna Żółkowska, Maciej Damięcki, Krzysztof Dracz, Tamara Arciuch, Paweł Królikowski, Piotr Głowacki, Joanna Liszowska, Ilona Ostrowska, Małgorzata Socha (…).  Niektórzy z nich rozpoczynali wówczas swoją filmową karierę, dla innych były to najbardziej kasowe lata. „Długi weekend” warto zobaczyć chociażby dla nich, bo można dostrzec, że upływający czas jest często sprzymierzeńcem rozwoju talentu aktorskiego i metamorfoz fizycznych.

Filmy z cyklu „Święta polskie” często zawierają wątki humorystyczne i  z pozoru opowiadają w lekkim tonie o ważnych świętach, są takie w sam raz do oglądania i z babcią i z dzieckiem. Jeśli jednak ktoś im się przyjrzy dokładniej, to zrozumie, że przedstawiają też ludzkie zobojętnienie, zmiany priorytetów i smutny upadek kiedyś wyznawanych ideałów.

A na koniec krótkie pytanie: komu weekend majowy kojarzy się z podkreślaniem swojego patriotyzmu, a komu z grillowaniem? 

niedziela, 17 listopada 2013

Debiutanci / Beginners

Nieważne, w jakim jesteśmy wieku i nieważne, jakie mamy już za sobą doświadczenia – rola debiutanta zawsze bywa stresująca. Dotyczy to nie tylko sfery zawodowej, ale także życia osobistego, o czym przekonali się bohaterowie filmu Mike’a Millsa.


Oliver (Ewan McGregor), facet przed 40-tką, ma raczej poukładane, chociaż jednocześnie dość nudne życie. Sytuacja ta diametralnie się zmienia, gdy pewnego dnia, jego 75-letni ojciec (Christopher Plummer) wyznaje, że jest gejem, z czym nie chce się dłużej ukrywać. W związku z tym obaj panowie muszą zadebiutować w nowych, życiowych rolach. Po jakimś czasie Olivera czeka jeszcze jedna, ogromna niespodzianka. Na imprezie u znajomych poznaje Annę (Melanie Laurent), dzięki której na nowo odkrywa uroki niewinnego zauroczenia, a ostatecznie też głębokiej miłości.

„Debiutanci” są opowieścią o różnych okresach z życia głównego bohatera. Na szczęście przeszłość sprawnie przeplata się z teraźniejszością, więc nie ma tutaj zbędnego chaosu i zagmatwania wątków. Oglądając wspomnienia z dzieciństwa Olivera, zmieniające się jego relacje z ojcem, doświadczenia zawodowe oraz kontakty z Anną można dojść do wniosku, że czasami warto podjąć ryzyko i rozpocząć nowe życie – niezależnie od wieku. Właśnie dlatego „Debiutantów” odbieram jako film obyczajowy, który w ciekawy sposób uczy widzów optymizmu i odwagi do życia w zgodzie z samym sobą.

Tym, co zwróciło moją szczególną uwagę, był bardzo ciekawy, graficzny sposób przedstawienia niektórych scen. Zabieg ten nie tylko działał na wyobraźnię, ale stanowił także nawiązanie do zawodu Olivera – grafika. Niektóre hasła, rysunki i projekty T-shirtów zaprezentowane w „Debiutantach” mogłyby stać się kultowymi. Dziwne, że jeszcze nie są (a może są, tylko że ja o tym nie wiem?). Natomiast mój ulubiony moment w całym filmie to przyjęcie, na którym poznali się Oliver i Anna. Zdradzę tylko, że przeprowadzili ze sobą bardzo ciekawy, mądry i błyskotliwy dialog, mimo że kobieta nie mogła wówczas mówić.




To kolejna udana kreacja McGregora, o której postanowiłam napisać w swojej recenzji. W „Debiutantach” udało mu się stworzyć bardzo dobry duet z Melanie Laurent. Chociaż tę aktorkę  cenię przede wszystkim za udział w „Bękartach wojny”, to w opisywanym dzisiaj filmie stworzyła godną zapamiętania postać. Filmowa Anna nie jest jedynie obiektem westchnień Olivera. To kobieta z bolesnymi wspomnieniami, która mimo wszystko nie zamyka się przed innymi ludźmi i cały czas szuka swojego szczęścia. Jednak najbardziej chwalonym i docenianym aktorem „Debiutantów” jest Christopher Plummer. Za rolę 75-latka, który postanowił pokazać światu swoją prawdziwą twarz, otrzymał w 2012 roku Oscara, Złotego Globa i nagrodę BAFTA dla najlepszego aktora drugoplanowego. Jego fioletowy, filmowy sweter mógłby zostać symbolem odwagi i determinacji.

Christopher Plummer we wspomnianym "symbolu odwagi"

Chociaż film ogląda się raczej lekko i przyjemnie, to w rzeczywistości porusza on bardzo ważne, a nawet bolesne tematy. Oprócz tego udowadnia, że nie tylko to, co już przeżyliśmy ma wpływ na to, co aktualnie przeżywamy, ale także teraźniejszość kształtuje nasz sposób wspominania przeszłości. Daję 7/10.

Esencja całej tej historii

piątek, 20 września 2013

Miłość. Film Sławomira Fabickiego

Długo, a nawet bardzo długo odkładałam obejrzenie „Miłości” Fabickiego. Może dlatego, że polskie dramaty bywają naprawdę ciężkie i męczące. A może dlatego, że fabuła wydawała mi się nudna, oklepana, a sam tytuł jest tak mało oryginalny, że trzeba było do niego dopisać nazwisko reżysera. Teraz, kiedy już jestem po seansie, jedno mogę stwierdzić na pewno – lubię filmy, o których można długo rozmawiać, „Miłość” taka właśnie się okazała i za to daję największego plusa.


Akcja filmu rozgrywa się w czasach współczesnych, w jednym z niewielkich polskich miast. Główni bohaterowie to małżeństwo: Tomek (Marcin Dorociński) i Maria (Julia Kijowska), którzy prowadzą raczej spokojne, uporządkowane życie. Właśnie urządzają nowy dom, mają pracę, rodzi im się dziecko. Tę harmonię burzy pewne traumatyczne wydarzenie, przez które trudno im dalej razem żyć. Do stworzenia filmu, Fabickiego (reżyser i współscenarzysta) zainspirowały artykuły o tak zwanej „olsztyńskiej aferze”.

Tak jak przeczuwałam, „Miłość” należy do kategorii: ciężki, depresyjny, smutny dramat. Już od pierwszych scen, mimo że przedstawiających jakiś firmowy bankiet, czuć pewien niepokój i narastające napięcie. Mimo wszystko, a może raczej dzięki temu, film oglądałam z dużym zainteresowaniem, gdzieś podświadomie wyczuwając zbliżającą się kluczową scenę (to właśnie było to traumatyczne wydarzenie). Pierwsza połowa filmu zdecydowanie bardziej mnie zainteresowała, później napięcie stopniowo malało. Poza tym, irytował fakt, że zaczynałam się gubić w tym, który z bohaterów ma rację, kto jest prawdziwym poszkodowanym. Chociaż z początku ofiarę mogłam wskazać jednoznacznie, to im dalej wsłuchiwałam się w argumenty drugiej strony – zaczęłam powoli wątpić, czy historia jest rzeczywiście tak czarno-biała. A najgorsze jest to, że do teraz nie mam 100% pewności, jak było i, któremu z bohaterów wierzyć.

W wielu recenzjach i opiniach internautów znalazłam zarzuty, że aktorom brak dykcji, że chcą mówić tak naturalnie, że aż nie można ich zrozumieć (gubią końcówki wyrazów, mówią za cicho i niewyraźnie). Jednak moim zdaniem, taka mowa jest o wiele bardziej wiarygodna, niż np. scena w której aktor szlocha na całego, ale pamięta by wykrztusić z siebie każde „ą” i „ę”. A problem za cichego głosu mogliby naprawić fachowcy od dźwięków, bo faktycznie w „Miłości” – chociaż film oglądałam w słuchawkach – musiałam się czasami nieźle natrudzić, by wyłapać niektóre słowa.

Mimo wszystko, cały czas utrzymuję, że mamy w Polsce potężną grupę naprawdę świetnych i wiarygodnych aktorów. Marcin Dorociński ostatnio bardzo rozważnie wybiera swoje role, a u Fabickiego doskonale odegrał sceny, w których płakał prawdziwymi łzami (nie pojmuję, jak aktorzy potrafią tak się rozpłakać na żądanie).  Marian Dziędziel sprawdza się zarówno jako czarny charakter (np. „Supermarket”), jak i jako stateczny, poczciwy starszy pan (np. „Piąta pora roku”, czy właśnie „Miłość” – gdzie gra ojca głównego bohatera).  Dorota Kolak zawsze zachwyca mnie swoją naturalnością, mądrością i tym, że nie wstydzi się pokazywać w charakteryzacji typu „bez charakteryzacji” („Jestem Twój”, „Dzień kobiet”, w „Miłości” gra matkę głównego bohatera). Natomiast cały czas – albo coraz bardziej – podziwiam Agatę Kuleszę i patrząc na tej talent mam wrażenie, że nawet gdyby miała zagrać drzewo w szkolnym przedstawieniu, to  i tak byłaby najbardziej przekonującą postacią na scenie. Jedynie filmowa Maria (Julia Kijowska) mnie denerwowała, prawdopodobnie dlatego, że nie przepadam za aktorkami, które bezsensownie nieruchomieją z otwartymi ustami, przez co wyglądają raczej mało inteligentnie.

Marcin Dorociński (Tomek) i Julia Kijowska (Maria)

Co sprawiło, że film ostatecznie oceniłam 7/10, a nie wyżej? Trochę tandetna i toporna symbolika. Na przykład: są narodziny, to musi też być i śmierć jednego z bohaterów, a czarny charakter (ten jednoznacznie i niewątpliwie czarny charakter) może nie tak bezpodstawnie się nim stał, skoro wychowuje ciężko chorego syna. A na samym początku filmu znalazła się scena, która zawsze mnie zwala z nóg (ale nie w pozytywnym sensie) – scena z ptakiem, który wpada na szybę/przez okno i się zabija (podobno to symbol śmierci). Scenarzyści filmów z miłością w tytule, chyba czują się zobowiązani do zawarcia takiej właśnie sceny, bo oprócz „Miłości” Fabickiego znalazła się ona m.in. w „Miłości” Hanekego (najgorsza scena z gołębiem ever!), czy w „W kręgu miłości” Groeningena.


piątek, 29 marca 2013

Tajemniczy Ogród / The Secret Garden


W  Święta, nawet mimowolnie, spędzamy z rodziną ponadprzeciętnie dużo czasu. A jak już się najemy do syta i poplotkujemy o wszystkim i o wszystkich, to nie zostaje nam nic innego – jak tylko włączyć film, który się wszystkim  spodoba. Wtedy idealnie się sprawdzi kino familijne, które jest mało kontrowersyjne i do oglądania w szerszym gronie.


Tajemniczy ogród to ekranizacja książki pod tym samym tytułem, napisanej przez Frances Hodgson Burnett.  Główna bohaterka, osierocona dziewczynka – Mary (Kate Maberly), przyjeżdża z Indii do Anglii, żeby zamieszkać w ogromnym domu nieznanego jej wujka. Poznaje tam kalekiego kuzyna Colina (Heydon Prowse) i chłopca z pobliskiej wsi – Dickona (Andrew Knott). Chociaż dzieci całkowicie się od siebie różnią, to z czasem zaczyna ich łączyć prawdziwa przyjaźń. Ich relacje wzmacnia wspólna tajemnica. Razem zajmują się tytułowym tajemniczym ogrodem, do którego nikt nie wchodził od śmierci mamy Colina.

Kate Maberly, Heydon Prowse i Andrew Knott
Moją ulubioną ekranizacją, o której dzisiaj piszę, jest ta z 1993 roku, w reżyserii Agnieszki Holland. Chociaż film widziałam w dzieciństwie co najmniej kilkanaście razy,  nie byłam wtedy jeszcze świadoma, że to bardzo dobre kino jest wynikiem pracy polskiej reżyserki.  Stworzyła ona film, który pomimo upływu lat mogę oglądać w nieskończoność. Nie przeszkadza mi nawet to, że większość scen znam już na pamięć.

Kolejnym (ogromnym) polskim akcentem jest muzyka Zbigniewa Preisnera (do posłuchania TUTAJ).  Idealnie dopasowana do konkretnych momentów i scen. W wielu filmach ścieżka dźwiękowa jest po prostu tłem, na które czasami nawet nie zwracam większej uwagi. Za to w Tajemniczym ogrodzie muzyka nie tylko wychodzi z cienia, ale gra pierwsze skrzypce. Preisner jest kompozytorem, który współpracował już przy około 50-ciu filmach. Do tych bardziej znanych należy na przykład cykl Trzy kolory:… (Niebieski, Czerwony, Biały) w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego.

Żeby nie wypadać z tego polskiego klimatu dodam jeszcze, że zdjęcia współtworzył również Polak – Jerzy Zieliński (Detektyw Monk, Baby są jakieś inne, Dzieci Ireny Sendlerowej, …). I znów muszę przyznać, że efekty jego pracy są jak najbardziej na światowym poziomie. Chociaż domyślam się, iż to zadanie wcale nie było łatwe. Produkcja została zrealizowana bardzo szybko, bo zaledwie w ciągu jednych wakacji – tak, by młodzi aktorzy nie musieli opuszczać zajęć w szkołach. Poza tym, co mnie bardzo zdziwiło, zdjęcia tajemniczego ogrodu wcale nie powstały w prawdziwym ogrodzie. Został on stworzony specjalnie na potrzeby filmu w brytyjskim studiu filmowym - Pinewood Studios. Chociaż tutaj na pewno największe pole do popisu mieli nie tyle operatorzy, co osoby odpowiedzialne za scenografię.



Tajemniczy ogród w Pinewood Studios
Mimo, że produkcja Tajemniczego ogrodu jest przypisana USA i Wielkiej Brytanii, to ten bardzo ważny polski wkład nasuwa na myśl stwierdzenie: „Cudze chwalicie…”. Jestem przekonana, że film będzie bardzo dobrym wyborem na niedzielne przedpołudnie, po wielkanocnym śniadaniu. Jest idealnym przykładem kina familijnego. Doskonale się nadaje do oglądania zarówno z młodszym rodzeństwem, jak i z dziadkami. To mądra opowieść o sile przyjaźni i dziecięcej fantazji. A w dodatku przedstawiona w bajkowy, piękny, a jednocześnie profesjonalny sposób. 


niedziela, 10 lutego 2013

Drogówka

Nic nie ''smakuje'' lepiej podczas trwania sesji, niż oderwanie się na od notatek i możliwość wyjścia do kina, na dobry film... na dobry polski film? Jak najbardziej. ''Drogówka'' to świetne kino. Produkcja od początku budziła sporo kontrowersji, miała pokazać wszelkie grzechy polskiej policji. I jestem przekonana, że to właśnie sprawiło, iż sala kinowa była pełna. Wygląda na to, ze po osiągnięciu dna przez ''Kac Wawa'' świetni reżyserzy postanowili zabrać głos i pokazać klasę. Nie możemy ostatnio narzekać na polskie produkcje. ''Pokłosie'', ''Obława'', ''Sęp', ''Mój Rower''' trzymają dobry poziom i sprawiają, ze budzi się w nas nadzieja. Nadzieja na pokonanie kompleksów, z ciągłym porównywaniem: polskie a zagraniczne produkcje.


Dorobek Wojciecha Smarzowskiego może nie jest zbyt duży, ale każdy jego film nagradzany jest szeregiem nagród i co najważniejsze - uznaniem widzów. Należy wymienić takie tytuły jak ''Dom zły'' czy ''Róża'' i już wiemy z jakim kalibrem filmowca mamy do czynienia. Uważam ''Drogówkę'' za jego najlepsze dzieło. Jak przystało na Boga (polskiego kina) rozlicza grzeszników ze złych występków, zarówno policjantów, jak i cywili.

Myślałam, ze obraz będzie zbiorem nakręconych komórką krótkich pseudo-dokumentalnych filmików. Nic bardziej mylnego. Składa się on nie tylko z historii o łapówkach, alkoholikach i brawurze na naszych autostradach (emm... drogach) ile opowiada ciekawą, składną historię o posądzeniu niewinnego policjanta (tutaj: Bartłomiej Topa) o morderstwo, oraz o jego próbach dosięgnięcia sprawiedliwości. Zagłębiamy się również w świat warszawskiej policji, który można śmiało określić: ''burdelem''. Sama technika kręcenia filmu, czyli opowiedziana historia, połączona z urywkami z kamer czy telefonów dodaje jedynie realizmu. Nie przeszkadza.

Co mogliście słyszeć o tym filmie? Przede wszystkim to, że odsłania to, co policja chciałaby ukryć i zatuszować. Jednym zwrotem napisać można ''Alkohol, rasizm i dziwki'' (prawie jak ''Sex, drugs, rock&roll''). Skrajna hipokryzja, chciwość, pijaństwo do granic fizycznych możliwości i seks, seks, dużo seksu. ile wlezie i z kim popadnie. Czy to na domówce w obskurnych mieszkanku w Warszawie, czy w lesie z prostytutką. Każdy policjant odsłania inny grzech. Akurat policjantowi-seksoholikowi Bóg Smarzowski zgotował wyjątkowe piekło. Takich scen nie widuje się na co dzień. Musicie to zobaczyć.

Rzeczywistość pełna jest jednak półcieni. Przez połowę filmu byłam zażenowana i wstydziłam się za ''zwykłego Kowalskiego''. Kowalski z czapeczką ''HWDP'' zdradzający zonę, pijany, tak, ze winny jest śmierci niewinnej kobiety. Dla mnie reżyser nie tyle rozprawia się tu z pracownikami budżetówki, co pokazuje, ze każdy z nas jest tylko człowiekiem. Równie dobrze film mógłby mówić o pracownikach banku, fryzjerach, lekarzach, a grzechy zostały by takie same. Cywile wręczający łapówki, pijacy, mordercy, zwykli ludzie na stanowiskach wyskakujący z auta, po zatrzymaniu i krzyczący  ''Ja jestem posłem'', ''Pracuję w prokuratorze'', ''Nic mi nie zrobicie, jestem ordynatorem w szpitalu''. Obłuda i hipokryzja biły po oczach.


Film nie byłby tak dobry, gdyby nie tak dobrze dobrani aktorzy. niewinnie oskarżony Bartłomiej Topa, seksoholik Arkadiusz Jakubik, naiwna Julia Kijowska, rasista Marcin Dorociński i alkoholik Jacek Braciak. Towarzystwo to sprawia, ze film ogląda się z nieukrywanym zafascynowaniem i wyczekiwaniem na kolejne sceny naszej grzesznej układanki. Z taka obsadą można śmiało wylądować nawet w piekle.

Julia Kijowska i Bartłomiej Topa
''Drogówka'' daje do myślenia, wzrusza, a nawet śmieszy. Świetne zakończenie sprawia, ze czujemy niedosyt sprawiedliwości.

Film pokazuje, ze nikt z nas nie jest święty. No, może Smarzowski, bo nakręcił film, którego grzechem byłoby go nie obejrzeć.

Moja ocena: 8/10.

czwartek, 10 stycznia 2013

Bejbi blues


Polscy filmowcy w ostatnim czasie nie próżnują. W kinach mamy okazję zobaczyć sporo rodzimych produkcji. Mój pierwszy tegoroczny wybór padł na Bejbi blues. Mogłabym stwierdzić, że był to wybór raczej nietrafiony, ale nie stwierdzę… tylko dlatego, że o nieudanych filmach też warto pisać.


Reżyserkę i scenarzystkę, czyli Kasię Rosłaniec, większość ludzi (w tym ja) może kojarzyć z jej poprzednim głośnym filmem pt. Galerianki.  Tym razem znów skupia ona swoją uwagę na historii nastolatków, a dokładniej na macierzyństwie 17-letniej  Natalii oraz na jej problemach miłosnych, rodzinnych i takich w ogóle.

Biorąc pod uwagę Galerianki i Bejbi blues mogę wysnuć jeden wniosek – reżyserka ma jakieś niekontrolowane, a może co gorsza kontrolowane, skłonności do przedstawiania ciekawych historii w nieciekawy sposób. Historie, które mogłyby stać się przestrogą dla współczesnych nastolatków i ich rodziców, w jej wykonaniu stanowią zaledwie niewykorzystany potencjał. Raczej irytują mnóstwem nieścisłości i irracjonalności, zamiast zachęcać do uczenia się na czyichś błędach.

Kasia Rosłaniec, reżyserka. Grunt to pewność siebie, co widać po koszulce.

We wszystkich recenzjach Bejbi blues, które dotąd miałam okazję czytać, autorzy krytykują zamiłowanie reżyserki do modnego wyglądu bohaterów, oryginalnej i wpadającej w oczy aranżacji wnętrz i gadżeciarskich produktów. Trudno się pod tym nie podpisać, bo w filmie modne jest dosłownie wszystko. Mało brakowało i nawet chodniki w mieście zostałyby przemalowane, tak by lepiej pasowały do hipserskiego stylu bohaterów.  Efekt? Wydawało mi się, że oglądam jakąś wizualizację twórczości blogerki modowej, a nie historię nastolatki z problemami. Trudno uwierzyć, że młoda dziewczyna, opuszczona przez matkę, próbująca wychowywać małe dziecko i usilnie szukająca pracy – wygląda i mieszka jak stereotypowy jedynak rozpieszczony przez rodziców. A to wszystko za kilkaset złotych, które co miesiąc daje jej teściowa (nieoficjalna zresztą).

Modne ubrania....

...modne mieszkania...

...modne miejsca. No to mamy już hit filmowy?

Sama reżyseria też do mnie nie trafia. Rosłaniec albo kręci tak, że obraz jest zamazany i poszarpany, przez co wygląda jakby film kręcił komórką jakiś amator (być może miało to dodać filmowi dynamiczności i podkreślić nerwowość bohaterów, ale moim zdaniem aktorzy by o to zadbali sami), albo dostarcza nam całą serię scen typu gołąb. Określam w ten sposób strasznie przeciągające się ujęcia bez dialogów, które prawdopodobnie mają skłonić widza do refleksji i szukania głębszego przekazu, ale mnie zazwyczaj zwyczajnie nużą i denerwują, bezsensownie przeciągając film. Nazywam je właśnie w ten sposób na cześć pewnej sceny z filmu Miłość, w której główny bohater przez około  5 minut łapie sobie gołębia, który wpadł do jego mieszkania… A wracając do Kasi Rosłaniec, chyba jeszcze nie zostanę fanką jej reżyserskiego stylu.

Na szczęście niektóre rzeczy mi się spodobały. Przede wszystkim zaskakujące zakończenie. Z naciskiem na zaskakujące, a nie zakończenie. Dzięki temu, gdy znudzona już zaczęłam odliczać minuty do końca seansu nagle wytrzeszczyłam oczy - ze zdziwienia, czy raczej niezrozumienia decyzji i działań bohaterów. Film oglądałam razem z LBD i pamiętam, że na sam koniec powiedziała do mnie: Mam nadzieję, że tak naprawdę w Polsce nie ma takich ludzi. Niestety, z tego co głoszą twórcy, film jest oparty na faktach (nie wiem tylko czy całkowicie?).

Jak zawsze, nie da się pominąć w recenzji aktorów J Myślę, że w tym przypadku Kasia Rosłaniec trafiła w dziesiątkę. Z jednej strony debiutujący, młodzi ludzie:  Magdalena Berus (Natalia), Nikodem Rozbicki (Kuba, chłopak Natalii, z którą mają dziecko), Klaudia Bułka (Martyna, koleżanka Natalii i Kuby), a z drugiej – doświadczone gwiazdy: Magdalena Boczarska (Marzena – matka Natalii), Katarzyna Figura (sąsiadka), Danuta Stenka (matka Kuby), Jan Frycz (ojciec Kuby) – który swoją drogę zagrał, nie wypowiadając żadnej kwestii.  Jedynie bliźniacy: Dominik i Mikołaj Łubek, którzy na zmianę grali małego Antosia, czyli dziecko Natalii i Kuby, byli dość dziwni. Chłopcy cały czas mieli tak niesamowicie zdziwiony wyraz twarzy (w sumie to małej buzi), że patrząc na nich, trudno mi było powstrzymać śmiech. Chociaż być może jako jedyni na planie byli zaskoczeni, jak  realizacja Bejbi blues może iść w tak złym kierunku J

Nikodem Rozbicki i Dominik, albo Mikołaj Łubek (jak na razie aktor jednej miny)

Chociaż w takiej stylizacji zdziwiona mina jest w zupełności uzasadniona.

Mimo tego, że film mi się raczej nie podobał, niż podobał, a w porywach – średnio podobał, to największego plusa daję mu za to, że nie jest nijaki. Dyskusje na jego temat nadal nie cichną, a to w dzisiejszych czasach jest jednym z najważniejszych wyznaczników sukcesu. 



czwartek, 29 listopada 2012

Między słowami / Lost in Translation

Przedstawiamy czwarty film z Projektu Kino, czyli Między słowami, za którego reżyserię i scenografię odpowiada Sofia Coppola. Został on oznaczony jako komedia i melodramat, ale myślę, że bardziej trafne  byłoby włączenie go do grupy filmów obyczajowych.  Jest całkiem przyjemny i w sam raz na taki nieciekawy, jesienny wieczór, jaki mamy dzisiaj.




Bob (Bill Murray) to mężczyzna po 50-tce, z 25-cio letnim stażem małżeńskim. Poznajemy go gdy przyjeżdża do Tokio, by nakręcić reklamę japońskiego whisky Santory (swoją drogą, mamy tutaj do czynienia z nieskrywanym product placementem). W  hotelu, w którym mieszka, poznaje interesującą Charlotte (Scarlett Johansson). Młoda dziewczyna  przyjechała razem z zapracowanym mężem fotografem i większość czasu spędza samotnie w hotelowym pokoju. Zarówno Bob, jak i Charlotte cierpią na bezsenność, co jak się okazuje jest pierwszą łączącą ich sprawą. Z czasem odkrywają, że mają znacznie więcej wspólnych tematów i w ciągu zaledwie tygodnia znajomości stają się przyjaciółmi.

Bob (Bill Murray) w reklamie whisky Santory

Scarlett Johansson, jako Charlotte - samotna mężatka

Gdybym miała opisać  Między słowami tylko jednym słowem, to określiłabym go jako SPOKOJNY. To bardzo ciekawa sprawa, bo mimo, że nie zobaczymy tutaj żadnych nagłych i zapierających dech zwrotów akcji, to i tak  z zainteresowaniem śledzimy losy Boba i Charlotte. Pewnie między innymi dlatego w 2004 roku Sofia Coppola dostała  za ten film Oscara w kategorii Najlepszy scenariusz oryginalny.

Sofia Coppola, rok 2004 i Oscar za "Najlepszy scenariusz oryginalny"

Do zalet Między słowami na pewno zaliczam także grę Scarlett Johansson i Billa Murray’a, którzy pomimo znacznej różnicy wieku potrafili wiarygodnie przedstawić parę zaprzyjaźnionych osób. Mimo, że nie jest to film nasycony erotycznymi podtekstami, tak często widocznymi w tego typu historiach, to i tak nie da się ukryć, że ta dwójka bohaterów myśli o czymś więcej, niż tylko o przyjaźni. Teraz już chyba rozumiecie, dlaczego tak mi się spodobała gra tych aktorów.




Wątek humorystyczny, nienachlany i niegłupi, ale zabawny – to kolejna sprawa, która zdecydowanie zadziałała na plus.

Nie znalazłam żadnych rażących wątków, które by mnie zniechęciły do tego filmu. Jednak nie zaliczam go też do grona moich ulubionych. Być może niektórych widzów skłonił do głębszych refleksji na temat samotności człowieka w wielkim mieście, ale ja się do tej grupy nie zaliczam. Dlatego oceniam Między słowami 6/10. Czyli: jest to niezły film, który warto zobaczyć, ale nie wywołał u mnie jakichś głębszych przemyśleń, ani gdy go widziałam pierwszy raz, ani teraz – przy okazji Projektu Kino. 



sobota, 22 września 2012

Boisko bezdomnych


Po tytule filmu nietrudno odgadnąć czyją historię będziemy mogli zobaczyć. Na temat bezdomnych każdy z nas ma wypracowane własne zdanie. Niejednokrotnie stawaliśmy przed dylematem czy dawać im pieniądze, kanapkę, czy udawać że nie widzimy takiej zaczepiającej nas osoby. W Boisku bezdomnych ten problem nie będzie jakoś dogłębnie analizowany. W zamian za to zobaczymy jak futbolowa pasja wpłynęła na  kilku mężczyzn, którym przestało się układać w życiu.



Fabuła jest zainspirowana historią polskiej drużyny bezdomnych piłkarzy, którzy dwukrotnie zostali vicemistrzami Mistrzostw Świata Bezdomnych w  piłce nożnej  (w 2005 i 2007 roku). Głównym bohaterem jest Jacek Mróz (Marcin Dorociński), który po kontuzji musiał przerwać swoją sportową karierę. Później miał trenować innych, ale nie zgadzał się na sprzedawanie meczów. Nie spełnił się także jako nauczyciel wf-u, popadł w alkoholizm, żona wyrzuciła go z domu i w ten właśnie sposób zamieszkał na Dworcu Centralnym w Warszawie. Tam poznał kilka  interesujących osób: Księdza, Ministra, Wariata, Górnika, Ruska, Indora. Później grupa  bezdomnych postanowiła stworzyć drużynę trenowaną przez Mroza.





Boisko bezdomnych okazało się całkiem ciekawym filmem obyczajowym, w którym szczególnie spodobało mi się kilka spraw. Po pierwsze był to sposób przedstawienia historii niektórych bohaterów. Nie zawsze zastanawiamy się nad tym, jak to się stało, że dany człowiek nagle traci dom i nie ma gdzie mieszkać. Jak się okazuje istnieją różne powody i różne okoliczności, które mają na to wpływ. Druga sprawa, która zadziałała na korzyść całości, to obsada. W realizację Boiska bezdomnych zaangażowano mnóstwo znanych polskich osób. Oczywiście przede wszystkim jest to Marcin Dorociński, ale pozostałymi bezdomnymi byli m.in.: Jacek Poniedziałek, Marek Kalita, Krzysztof Kiersznowski. Oprócz aktorów wystąpili także Jan Tomaszewski, Grzegorz Miśtal oraz Agnieszka Holland.

Pozostając przy temacie Holland – film jest wyreżyserowany przez jej córkę, czyli Kasię Adamik. W wywiadach opowiadała ona, że pomysł na film zrodził się właśnie dzięki jej mamie, która znalazła w gazecie wzmiankę o sukcesie polskiej drużyny bezdomnych. Kasia Adamik jeszcze nie wyreżyserowała wielu filmów, ale współtworzyła już sporo znanych polskich seriali: PitBull, Ekipa, Naznaczony, Układ Warszawski, Głęboka woda. Ten ostatni  zdobył w tym tygodniu prestiżową nagrodę Prix Italia 2012 dla najlepszego serialu telewizyjnego.

Agnieszka Holland i Kasia Adamik

Jeśli chodzi o minusy, to zupełnie nie podobał mi się wątek francuskiej turystki, która bez jakichkolwiek oporów zaprzyjaźnia się z głównymi bohaterami. Było to dla mnie zupełnie nierealne i trudne do wyobrażenia. W ogóle jej postać wydaje mi się zbędna w tym filmie i tylko niepotrzebnie odwraca naszą uwagę od głównego tematu.

Boisko bezdomnych oceniłabym: 7/10. Polecam ze względu na aktorów i inspirację prawdziwą historią, a minusem jest sposób przedstawienia tej historii, który nie do końca mi się podobał. Myślę, że byłoby lepiej, gdyby reżyserka skupiła się wyłącznie na piłkarzach i jeszcze dokładniej opowiedziała o ich życiu, które z pewnością jest interesujące. 




A na marginesie:
1. Plakat Boiska bezdomnych bardzo mi przypomina plakat do Niezniszczalnych 2, tym bardziej, że ci nasi bezdomni okazali się niezniszczalni.
2. Mistrzostwa Świata Bezdomnych 2013 będą się odbywały w Poznaniu :)

sobota, 7 lipca 2012

Ki


Podczas gdy większość polskich filmów jest albo na siłę śmieszna, przez co irytująco – głupia (Ciacho, Kac Wawa), albo skupia się na trudnych, przytłaczających tematach, przez które ludzie są jeszcze bardziej pesymistycznie nastawieni do wszystkiego wokoło (Pręgi, Dom zły, Tatarak) – było niesamowicie miło w końcu trafić na normalny, polski film obyczajowy.



Ki chciałam obejrzeć już dawno, przede wszystkim dlatego, że znalazłam sporo pozytywnych recenzji dotyczących głównej aktorki filmu -  Romy Gąsiorowskiej. Jednak po przeczytaniu opisu fabuły obawiałam się, że jest to kolejny ciężki, szary, depresyjny dramat o trudnym i niesprawiedliwym życiu w naszym kraju. Dzisiaj jednak postanowiłam sprawdzić kim tak naprawdę jest tytułowa Ki i muszę stwierdzić, że dobrze zrobiłam.

Ki jest skrótem od imienia Kinga (wspomniana Roma Gąsiorowska). To młoda matka, która samotnie wychowuje trzyletniego synka Pio czyli Piotra (w tej roli Kamil Malecki). Kobieta prezentuje typ matki, który nie był jeszcze nigdy wcześniej przedstawiany w naszym rodzimym kinie. Nie ulega wątpliwości, że jej macierzyństwo jest efektem tak zwanej wpadki, choć ani razu nie zostało to powiedziane wprost. Jednak Ki ani się nad sobą nie użala, ani nie żywi nienawiści wobec Pio. Wręcz przeciwnie, mimo swojego chaotycznego stylu życia, jest czuła i opiekuńcza, a syn to jej najbliższa osoba. Znów jednak może się mylić ten, kto uzna, że Kinga jest typem Matki Teresy. Dziewczyna głośno mówi to, co myśli,  jest towarzyska, pracuje jako modelka w akademii sztuk pięknych (gdzie pozuje nago, a do pracy często zabiera ze sobą Pio), a jeśli z finansami jest naprawdę krucho to próbuje też swoich sił jako tancerka erotyczna. Prosi o przysługę prawie każdą napotkaną osobę, nieważne czy chodzi o podwiezienie do domu, pożyczenie pieniędzy, czy odebranie synka z przedszkola - dla niej takie prośby są czymś najnormalniejszym w świecie.  Zazwyczaj jej bezpośrednie zachowanie męczy i irytuje otaczających ją znajomych, przez co Ki choć prawie nigdy nie jest sama, to w rzeczywistości jest bardzo samotna. 




Po seansie stwierdziłam, że także mi podobała się praca Romy Gąsiorowskiej, która idealnie pasowała do swojej roli. Grała bardzo naturalnie i albo niekiedy mówiła swoje kwestie zupełnie spontanicznie, bez wyuczenia tekstu, albo jest aż tak genialną aktorką, że potrafi się wcielić w każdą rolę. Jednak jeszcze bardziej podobał mi się mały Kamil Malecki, czyli Pio. To na pewno zasługa reżysera (Leszka Dawida, dla którego Ki jest reżyserskim debiutem), który nie zmuszał małego chłopca do sztywnego recytowania wymyślonych dialogów. Chłopiec zachowywał się w 100% naturalnie i tutaj już nie mam co do tego wątpliwości, bo dwu- czy trzyletnie dziecko raczej nie zdążyło jeszcze wyuczyć się wszystkich aktorskich sztuczek. Kiedy Kamil miał ochotę wspomnieć ni stąd ni z owąd o statku kosmicznym, poudawać kota, czy zwyczajnie podokuczać mamie i być wiecznie „na nie” – to to robił, tak jak każde dziecko w jego wieku. Całość dopełniała idealnie dopasowana scenografia. Nie znajdziemy w tym filmie żurnalowo pięknych, wiecznie wysprzątanych wnętrz, ale też nie ma przesadzonej niechlujności i brudu. Mieszkania wyglądają jak przeciętne mieszkania, sala w szpitalu – to przeciętna, szara sala, a nie słoneczne pomieszczenie z supernowoczesnym sprzętem przy każdym łóżku.




Minusem Ki może być jednak dosyć mdła i monotonna fabuła, powodująca wrażenie, że jest to film o wszystkim i o niczym. Sprawy nie rozwiązuje także otwarte zakończenie. Jedni uważają to za coś pozytywnego, ponieważ widz ma okazję użyć swojej wyobraźni, by domyślać się, jak potoczyły się dalej losy bohaterów. Jednak dla innych takie nagłe, niespodziewane i niewyjaśnione zakończenie może być irytujące, gdyż wolą widzieć czarno na białym do czego przez te kilkadziesiąt minut zmierzał reżyser. Moim zdaniem w niektórych przypadkach lepiej wiedzieć mniej, niż więcej, a to co jest nam podane prosto na tacy, wcale nie musi smakować tak dobrze jak lekka nuta niepewności i możliwość własnej refleksji nad wielką niewiadomą.

Kiedy nie będziesz chciał popaść w depresyjny nastrój, albo gdy  nie będziesz miał ochoty na słuchanie żenujących i średnio śmiesznych dialogów – włącz  Ki