Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino europejskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino europejskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 października 2014

Bogowie

  Film opowiada o trzech najważniejszych i najcięższych dla Zbigniewa Religi latach - od 1983 do 86 roku. Jeżeli więc ktoś liczył na pełniejszą biografię, to może czuć się rozczarowany. Kardiochirurg podjudzony stażem w USA postanowił jako pionier rozpocząć prace nad transplantacją w Polsce.


  Przed seansem, na pytanie ''kim był Religa?'', śmiało odpowiedziałabym, że to on, jako pierwszy, wykonał udany przeszczep serca w naszym kraju. Biorąc pod uwagę film moja odpowiedź brzmiałaby: ''Jest to człowiek, któremu kilka razy transplantacja nie wychodziła''. Nie wiem skąd u Polaków ten kompleks, by bardziej niż na sukcesach skupiać się na porażkach. Zgadzam się z wieloma krytykami, że film jest jak najbardziej hollywoodzki, jednak podobnie jak np. w Jobs'ie, czegoś tu dla mnie zabrakło.

  Najbardziej wyczekiwanym przez widzów w kinie (a sala pękała w szwach! Dokładnie pamiętam, kiedy ostatnio siedziałam w pierwszym rzędzie. Na Harrym Potterze) elementem był Kot jako Religa, czy tez Religa jako Kot, dobry był! Aktor, który podobno swoją rolę przypłacił garbem, oddał postać bezbłędnie. Dziwny, czasem nawet nieprzewidywalny, uparty kardiochirurg, z przyklejonym papierosem i alko-kawą to z całą pewnością życiówka Kota. Podobnie, jak Religa maniakalnie dążył do sukcesu, tak Kot fanatycznie dążył do Religii. Obojgu się powiodło.

  Bogowie to film o pokonywaniu trudności, biurokracji i walce z ludzkimi słabościami. Niezłe zdjęcia i  niecodzienny humor na pewno usatysfakcjonowały sporą część sali. Jednak film, jak niektóre kobiety - niby piękne, niby błyskotliwe, ale brakuje tego ''czegoś'' by się zakochać. Gdy na koniec pojawiły się napisy końcowe, zostałam z jedną jedyną myślą ''Jak ja to opiszę, skoro to było takie bez wyrazu''. Zostańmy więc przy Kocie, wyrażonym w obrazie sukcesie Religi, przepisie na wzmacniania kawkę i tyle. Siódemka!

P.S Warto, naprawdę warto po filmach biograficznych, w trakcie napisów pokazywać podobieństwo między aktorem, a postacią, poprzez zdjęcia, jak np. po Jobsie. Jednak dobrze by było i na pewno docenilibyśmy pracę charakteryzatorów bardziej, gdyby te zdjęcia dotyczyły tego samego lub podobnego wieku odgrywanej postaci. Tak na przyszłość. Lekki facepalm. Dziękuję.



wtorek, 14 października 2014

Małe Stłuczki

Jeden z filmów, który mogłyśmy obejrzeć na Festiwalu Kamera Akcja w Łodzi. Pomimo, że ten tytuł nie przypadł nam do gustu, to nie umiecie sobie nawet wyobrazić ile przyjemności dał nam ten całkowicie filmowy weekend.

Przejdźmy do recenzji, czyli o tym, jak festiwalowy zachwyt najczęściej mija się z moimi upodobaniami.


Idź na Małe Stłuczki - mówili
Będzie fajnie - mówili.

Czy potraficie sobie wyobrazić, że są na świecie ludzie, którzy wolą hollywoodzkie produkcje od ambitnych dzieł światowej kinematografii? Osobniki takie męczą się na Bergmanie, a Mechanicznej Pomarańczy kosztowali zaledwie przez 10 minut. Męczą mnie ultraartystyczne produkcje, w których nic się nie dzieje, a widzowie emocjonują się odjeżdżającym przez 15 minut samochodem. I tak Małe Stłuczki idealnie wpasowały się w kategorię przyznawaną tylko przez ILWM ''Złoty Gołąb''.

Jeden z niewielu filmów, których fabułę trudno określić, bo każdy opis będzie w tym wypadku lepszy od tego, co zobaczymy na ekranie. Prawda jest taka, że obie wyszłyśmy z kina i nie umiałyśmy sklecić jednego zdania, które byłoby odpowiednią na pytanie ''O czym to w ogóle było''. A zwykle takich problemów nie mamy (po Idzie żadna z nas nie chciała się zamknąć, ale o tym następnym razem).

Poniekąd chodzi o to, że dwie dziewczyny likwidują stare domy, wynoszą z nich przedmioty, jedne lądują od razu w koszu, inne na pchlim targu. Drugi wątek historii odnosi się do zapoznanego przez bohaterki chłopaka, który w 10 sekund zgadza się na ich propozycję współpracy. Potem, czyli od połowy filmu nie dzieję się absolutnie NIC! Poza rozterkami bohaterów nad tym, czy się kochają wszyscy, czy tylko z osobna, czy jednak wolą żyć w samotności... Wszystko jednak jest przesiąknięte tym artyzmem, o którym pisałam na początku. Przykład? Bohaterka, która od pierwszych scen drażniła mnie niezmiernie wchodzi na huśtawkę. Skręca ciałem w prawo, w lewo, mówi: "Jestem Rybą". A ja w tym momencie myślę ''Zlitujcie się''.

Umówmy się, że film, w którym jedną ze scen jest jedzenie kanapki, mógł stworzyć praktycznie każdy. Wystarczyłby smartphone. Instagram byłby w takim razie galerią sztuki lepszą od Luwru, Agata zasłyszała gdzieś, że jest to polska odpowiedź na "Wyśnione Miłości" Dolana. Mam więc coś do przekazania polskim twórcom, zabierającym się za kolejną ''odpowiedź'' - odpuśćcie sobie. Nie wyszedł "Dżej Dżej", czyli polska "Ona", i nie wyszły "Wyśnione Miłości". Nie ta estetyka, za wysoka poprzeczka.

Aktorzy Pawelkiewicz i Czacki pokazali poprzez bohaterów jakąś osobowość, muszę przyznać, że byli całkiem nieźli. Za to, jak już wcześniej wspomniałam, gdy tylko pojawiała się ta pani:

H. Sujecka

.. to czułam się jakby nagle mój fotel stał się bardzo niewygodny. Nie wiem czy to kwestia amatorskiej gry aktorskiej, ekscentrycznych dialogów czy abstrakcyjnego humoru, który był daleki od moich upodobań. Nie zrozumcie mnie źle, nie każdy film musi mieć w sobie tyle akcji co Transformersy, lubię spokojną narrację w filmach, o ile za tym coś idzie: konsekwentnie pociągnięta fabuła, dramat psychologiczny bohatera, błyskotliwość scenariusza.. "Stłuczki" były dla mnie nijakie.

Musicie wybaczyć długość recenzji, ale czuję, że całkowicie wyczerpałam temat. Film dostaje 5 punktów na 10 możliwych.

P.S Pocieszę Was, że jeżeli chodzi o filmy festiwalowe, to teraz będzie tylko lepiej :)

P.S Łódź się stara, naprawdę nie można by pokazać tego miasta ładniej w tym filmie?


piątek, 3 października 2014

Mama / Mommy


Rodzina – temat do chwalenia się, temat do narzekań, temat tabu i jednocześnie temat rzeka. Nawet ten, kto nie posiada rodziny może mieć o niej wiele do powiedzenia i nawet mówiąc o rodzinie codziennie, nie ma obaw, że staniemy się monotematyczni. Być może właśnie dlatego mistrz obrazowania skomplikowanych relacji międzyludzkich – Xavier Dolan – filmem „Mommy” udowodnił, że ten sam twórca może wielokrotnie i bez skrępowania dotykać w swoich dziełach tych samych tematów. Najważniejszy jest jednak fakt, że Dolan jest w tym coraz lepszy.



Historia Die (Anne Dorval) rozpoczyna się w momencie, gdy po kilku latach pobytu w zakładzie resocjalizacyjnym powraca do niej jedyny syn – Steve (Antoine-Oliver Pilon). Wspólnie wchodzą w kolejny etap życia i razem zamieszkują w nowym miejscu. Z czasem, owdowiałej kobiecie udaje się zaprzyjaźnić z niepewną siebie, samotną (mimo, że żoną i matką) Kylą (Suzanne Clement).

Xavier Dolan kolejny raz przedstawia zawiłe, dwuznaczne relacje występujące między trójką głównych bohaterów. W moich ulubionych „Wyśnionych miłościach” płynnie przeskakiwał między zachowaniami hetero- i homoseksualnymi, w „Na zawsze Laurence” zacierał granice między byciem mężczyzną a kobietą, w „Mommy” powraca do wątku rodzinnego, poruszonego w swoim debiutanckim filmie „Zabiłem moją matkę”. Śledząc zachowania Steve’a, młodego chłopaka chorującego na ADHD, trudno jest krytykować niektóre słowa, decyzje i działania jego matki. Nagłe wybuchy gniewu, ostre kłótnie i rękoczyny przeplatają się w ich domu z beztroskimi zabawami, śmiechem do bólu brzucha, wspólnym gotowaniem i tańcami. Można by nawet dojść do wniosku, że ADHD syna wywołało schizofrenię u mamy. Die jest czasami dla Steva najlepszą kumpelą, czasami najgroźniejszym wrogiem, a czasami mamusią małego chłopczyka, która mówi o sobie w trzeciej osobie („Mama Cię kocha”). Relacje między tą dwójką dopełnia pojawienie się jąkającej, zestresowanej Kyli, która wśród nowych przyjaciół zaczyna czuć się doceniana, potrzebna, a nawet szczęśliwa.




Tym razem Dolan zrezygnował z ostrych barw, a jaskrawe obrazy zastąpił bardziej stonowanymi. Na szczęście nie umniejsza to wartości estetycznej filmu, zwłaszcza że teraz reżyser wykorzystał zupełnie inny, bardzo ciekawy zabieg. „Mommy” nie będziemy oglądać na całym ekranie - obraz znajduje się pośrodku, w dość ograniczonym kwadracie. Jest on tak samo ściśnięty, jak tłumione są obawy i lęki głównych bohaterów. Jedynie w dwóch momentach następuje eksplozja pozytywnych emocji – poczucie całkowitej wolności oraz marzenia o spokojnej, normalnej przyszłości. Piękne sceny, jedne z najbardziej poruszających w całym filmie! Z pewnością bez problemu je zauważycie, bo wprost wypływają z ekranu i rażą w oczy optymistycznym światłem.

Z kolei, niezmienne pozostaje u Dolana zamiłowanie do urozmaiconej ścieżki dźwiękowej. Za sprawą powszechnie znanych numerów, w szczególności hitów lat 90-tych i tych z początków XXI wieku, Dolan stworzył bardzo teledyskowe (raczej popkulturowe, a nie kiczowate) sceny. W większości przypadków nadają one dynamiczności i lekkości opowiadanej fabule.


Duży sukces na Festiwalu w Cannes. Jak będzie na Oscarach?
"Mommy" to silny rywal dla polskiej "Idy"

Są w kinie wielcy twórcy, których stylu nie da się pomylić z żadnym innym, a mimo tego każdy z ich kolejnych filmów całkowicie różni się od wszystkich poprzednich. Zazwyczaj takich właśnie artystów albo darzy się całkowitym uwielbieniem, albo zupełnie nie toleruje. Xavier Dolan swoim piątym filmem udowadnia, że od dawna należy mu się miejsce wśród elity współczesnych kreatorów kina. Zaskakujące jest jednak to, że ten 25-latek dokonał rzeczy niezwykle trudnej – po obejrzeniu „Mommy” nawet niechętnie nastawieni do niego widzowie przyznają, że Dolan stworzył poruszający obraz, od którego nie można oderwać wzroku.

Polska premiera 17 października br - nie przegapcie!

Za możliwość przedpremierowego i prywatnego (bo w domowym zaciszu) seansu –  podziękowania dla dystrybutora filmu - SOLOPAN.

Na marginesie: Jestem ciekawa, czy również zwrócicie uwagę (w dwóch momentach) na wyraźne nawiązanie do filmu „Kevin sam w domu” :) Przypadek? :D



poniedziałek, 28 lipca 2014

MINIRECENZJA: Metro

gatunek:
  • Katastroficzny
produkcja:
  • Rosja
premiera:6 grudnia 2013 (Polska) 5 lipca 2012 (świat)
reżyseria:
  • Anton Megerdichev
scenariusz:

O czym?

Tunele metra pod miastem zostają zalane wodą. Uwięzieni ludzie zaczynają walkę z żywiołem i czasem.

Recenzja:

Twórcy włożyli wiele wysiłku, by widz przez ponad dwie godziny nie nudził się i wciągał w fabułę. Jest wątek miłosnego rozdroża - kobieta nie może zdecydować się, czy zostawić męża dla kochanka (a oni oboje lądują w końcu w jednym felernym wagonie metra). Jest ludzka integracja, bo jest wspólny cel: ocalenie. Jest niespodziewana śmierć, groźny żywioł i chwilę zapartego tchu (zarówno u nas, jak i postaci). Poza kilkoma momentami, które okazują się dość schematyczne i przegadane, jestem na tak i polecam.

Ocena: 7/10.


nagłówek - żródło: filmweb.pl

środa, 4 czerwca 2014

Wilgotne Miejsca / Feuchtgebiete

     
Na I Ogólnopolskim Spotkaniu Blogerów Filmowych mieliśmy okazję zobaczyć dwa przedpremierowe filmy, pierwszy z nich to oczywiście opisany wczesnej ''Frank'', którego polecamy, drugi natomiast wywołał wśród towarzystwa dyskusje i skrajne opinie (ale przecież gdyby wszyscy się ze sobą zgadzali, to byłoby nudno i to całe pisanie nie miałoby sensu!:)). U redaktorek InLoveWithMovie taką radykalną reakcją na film było obrzydzenie i pożałowanie wcześniej zjedzonej pizzy (a warto nadmienić, że uwielbiamy zarówno jeść, jak i jeść pizzę).


   Przed seansem usłyszeliśmy, że jest to ''niemieckie kino kontrowersyjne'', co sprawiło, że od razu pomyślałam, że nie przejdzie się wobec tego filmu obojętnie. Miałam rację, jednakże liczyłam na coś w stylu Dziennika Nimfomanki, a dostałam ''tylko'' Nimfomankę w połączeniu z Sado, czyli 120 dni Sodomy. Spodziewamy się brzydkiego obrazka, ale pod tym względem film zaskakuje.

Choć przyznacie, że jak w dzisiejszych czasach, gdy słyszy się,  że coś wywoła ''kontrowersje'', to nasza pierwsza reakcja wygląda tak:


   Jednak już po pierwszych scenach i zapoznaniu się z nietypowymi nazwijmy to ''zwyczajami'' głównej bohaterki, gwarantuję Wam, że nasza mina wygląda tak:


   Mam swoją tezę co do tego, jak powstał ten film. Jestem przekonana, że reżyser siedział w toalecie (na muszli klozetowej), załatwiając potrzeby fizjologiczne i myślał o najbardziej kontrowersyjnych filmach, jakie powstały. Założył sobie, że poprzeczka postawiona jest wysoko, a historia Helen wydawała się mocnym argumentem, inspiracją natomiast niech stanie się sytuacja, w której on aktualnie się znajduje...

I tak widzowie lądują w brzydkiej, śmierdzącej kabinie toaletowej i cała jej otoczka stanowi główny motyw filmu. Mamy oddawanie kału, zbliżenia na odbyt, wymioty, jeszcze więcej odbytu (bo przecież to takie artystyczne!)... aż w końcu upewniamy się, że jeżeli film trwałby choć dwadzieścia minut dłużej, to i my bieglibyśmy w poszukiwaniu WC, aby znaleźć ujście dla ''emocji'' po Wilgotnych Miejscach. Jednak na jednym z portali o filmach historia filmu prezentuje się tak: ''Helen nie może się pogodzić z rozwodem rodziców. By zagłuszyć ból po ich rozstaniu, eksperymentuje w sferze intymnej.'' - jest to wyjątkowo nieudolny opis fabuły, (podobnie jak zwiastun), ponieważ ani jedno ani drugie nie przestrzega nas, przed tym co ukaże się naszym oczom. 


Fabuła filmu... jaka fabuła? Na pierwszym planie mamy sceny takie jak: wymienianie się zużytymi tamponami, albo wyławianie kału z toalety. Rzeczy, które absolutnie zagłuszają może i ciekawe tło, jakim jest rozwód rodziców oraz choroba psychiczna matki Helen. 



Siedzę i myślę. Niestety Helen, w palcu wyciągniętym z dupy nie ma
  nic artystycznego, wiem o tym ja, nie wiesz Ty ani reżyser David Wnendt.


   Absolutnie nie rozumiem, i nie pomogły temu kilkudniowe przemyślenia, co autor chciał wskórać pokazując sceny tak naturalistyczne i obrzydliwe. Czy naprawdę celem twórców filmowych jest to, aby widz zasłaniał sobie oczy podczas seansu i zadawał sobie nieustannie pytanie ''DLACZEGO?''. Ominęło mnie chyba naprawdę wiele metafor, których nie byłam w stanie zrozumieć. Dla mnie było to kino niziutkich lotów, gdzie motywu przewodniego nie było wcale, utonął chyba w morzu włosów łonowych. Jest to z całą pewnością jeden z najbardziej obrzydliwych filmów jakie widziałam, a główna bohaterka była irytująca. Wątek miłosny był naciągany, jak skóra Donatelli Versace, a wszelkie granice dobrego smaku przekroczone w pierwszej scenie filmu. Dla mnie absolutne NIE, nie o to w filmach chodzi.

Czy coś ratuje ten twór? Całkiem dobry podkład muzyczny i sceny, zliczone na palcach jednej ręki, na których możemy się uśmiechnąć.


Ocena: 3/10.

wtorek, 25 marca 2014

Inny / El Mal Ajeno

W przerwie między oglądaniem nieudanych polskich produkcji minionego roku – tych nominowanych do Węży – dobry i mocny film miał być nagrodą za moją cierpliwość. Chcąc uniknąć nietrafionego wyboru, postanowiłam sięgnąć po sprawdzone kino hiszpańskie. Już niejednokrotnie się przekonałam, że thrillery z tego kraju cechuje ciekawa fabuła, dające do myślenia lub zaskakujące zakończenie, dobra gra aktorów i solidne wykonanie. Jak na złość, tym razem trafiłam na wyjątek od tej reguły.


Diego (Eduardo Noriega) jest lekarzem, który większość swojego czasu spędza w szpitalu. Zajmuje się badaniami nad bólem, ale mimo tego jest chłodno nastawiony wobec cierpienia chorujących. Jedną z jego pacjentek zostaje Sara (Angie Cepeda), kobieta w ciąży, chora na stwardnienie rozsiane, która trafiła do szpitala po próbie samobójczej. Sara zapada w śpiączkę o co jej partner Armand (Carlos Leal) obwinia Diega. Lekarz zostaje postrzelony i chociaż jego ciało wcale nie ucierpiało, to w życiu Diega dochodzi do diametralnych zmian (filmweb).

„Inny” to połączenie dramatu, thrillera i sci-fi. Właśnie dlatego liczyłam na mocną, może nawet nieoczywistą fabułę. Okazało się, że obejrzałam bajkę dla dorosłych o uzdrawianiu. Chociaż właściwie to nie do końca bajkę, bo umęczone miny bohaterów sprawiły, że film jest  w przeważającej części męcząco-nużący. Zabrakło mi również dobrego zakończenia, które tak bardzo cenię w hiszpańskich filmach. W „Innym” przewidywalność goni przewidywalność, a na samym końcu powiało niepotrzebnym patosem. Temat przewodni dość mocno miesza się z losami rodzinnymi Diega, czego efektem jest przesadna ckliwość i nadanie głównemu bohaterowi niemal roli mesjasza.

Eduardo Noriega
Z całej obsady „Innego” wcześniej znałam tylko Clarę Lago. Filmowa córka Diega, to jedna z najbardziej rozpoznawalnych hiszpańskich aktorek młodego pokolenia ("La Cara Oculta", „Gra w wisielca”, „Tylko ciebie chcę”). Lago nie można odmówić talentu aktorskiego oraz dużej odwagi (to udowodniła przede wszystkim we wspomnianej „Grze w wisielca”), ale rola w „Innym” niestety nie dała jej wiele możliwości do popisu. Za to bardzo mnie zainteresował Eduardo Noriega (Diego), którego wiele osób pewnie kojarzy z filmu „Otwórz oczy” (muszę koniecznie nadrobić te braki). Chłodnego, nieco gburowatego lekarza zagrał naprawdę dobrze i przekonująco, więc mam zamiar zobaczyć jeszcze niejeden film z jego udziałem.

Clara Lago
Dziwi mnie trochę, że producentem „Innego” jest Alejandro Amenabar - scenarzysta i reżyser takich obrazów, jak  „Inni”, czy wspomniany „Otwórz oczy”. Amenabar odpowiada też za scenariusz do „Vanila Sky”, więc widać, że thriller to gatunek, w którym czuje się naprawdę dobrze. Mam wrażenie, że fakt, iż podpisał się pod „Innym” to z jego strony mały wypadek przy pracy.

Oceniłam 5,5/10. To taki typowy średniak. Film jeden z wielu, który jest bo jest, ale gdyby go nie było, to kinematografia niczego wielkiego by nie straciła.

niedziela, 16 marca 2014

Mój Biegun

Gdyby Polacy nakręcili film o Margaret Thatcher, ona przez półtorej godziny lepiłaby pierogi wraz ze swoją rodziną. Gdyby w Polsce robiono film o Neil'u Armstrongu ukazano by jego, pijącego Coca Colę razem z ojcem, na ganku. Gdyby Polacy realizowali film Jobs, skupiałby się on na problemach z otwarciem garażu, w którym tytułowy bohater zaczynał swoją zabawę z komputerami. Gdyby w Polsce powstał film o Zuckerbergu fabuła opierała by się na tym, jak Mark w collegu poznał uroczą dziewczynę i jak śpiewał jej serenady pod oknem, jak wspólnie chodzili na spacery w sadzie, w Grabinie. W napisach końcowych widzielibyśmy ''A tak by the way..'' i kolejno: ''... została premierem Wielkiej Brytanii, pierwszy stanął na księżycu, twórca Apple, założyciel Facebooka''. Innymi słowy chcę napisać, że tytuł ''Mój biegun'' jest cholernie mylący.


Przez cały film czułam się jakbym oglądała kolejny, dwutysięczny odcinek serialu Klan albo M jak Miłość, w których scena polega na tym, że X wchodzi do pokoju, jego małżonka Y prasuje:

X: Prasujesz?
Y: Samo się nie wyprasuje.

X wychodzi. Klaps. Koniec sceny.

Co jest z tą serialową wrażliwością? Czy naprawdę życiowym osiągnięciem Jasia Meli było przyjście w protezie na cmentarz, na którym leżał jego brat. Czy aż tak cholernie istotny był konflikt między nim, a ojcem? Czy zamiast sceny malowania pokoju nie można by skupić się na czymś innym? SERIO?!

Tych, którzy chcą widzieć na ekranie emocje i niezłomność, bohaterstwo bohatera, czeka rozczarowanie. Sama nie wiem, czy to wina Musiała, który był po prostu ''ok'' (nieporównywalny z Ogrodnikiem w Chce się żyć), czy mało porywającej fabuły, czy może tego, że ktoś stara się wyeksponować niezwykłą głębię bohaterów i ich relacji, ale mu to nie wychodzi.

Jedyna z niewielu scen wyrywająca widza z nudy.

Produkcję ratuje Bartłomiej Topa oraz Magdalena Walach, czyli filmowi rodzice Meli. Całkiem wiarygodni, pokazali trud sytuacji, w jakiej znalazły się rzeczywiste osoby. Przechodzimy przez wszystkie fazy związku w obliczu tragedii i patrzymy, jak z trudem starają się poskładać, wydawałoby się nieposkładalne, elementy.

Film miał mówić o trójliściach, gdy tymczasem jedyną wyeksponowaną trudnością  jaka się nasuwa  jest nieporadzenie sobie ekipy z tematem. Nie ma bohatera, który udźwignąłby 90 minutowy film, jest za to rodzinny dramat.




Ocena: 5.5 na 10.


sobota, 8 marca 2014

Romeo i Julia (2013)

Jedna z najsławniejszych historii miłosnych to zdecydowanie ta dotycząca kochanków z Werony. „Romeo i Julia” w wersji pisanej była chyba jedyną obowiązkową lekturą, którą w gimnazjum przeczytały wszystkie dziewczyny z mojej klasy. Już nie pamiętam, czy przeważały wśród nas zachwyty, czy uczucie rozczarowania, ale jedno pozostaje pewne do dziś – chyba nie ma na świecie osoby, która nigdy w życiu nie słyszała o tej właśnie sztuce Szekspira.


Jeśli ktoś już się decyduje na realizację kolejnej ekranizacji tej samej historii, to teoretycznie powinien mieć jakiś wyjątkowo zaskakujący pomysł na swój film. Niestety, w rzeczywistości wcale tak być nie musi. Chyba nie znam drugiego, tak niepotrzebnego filmu jak „Romeo i Julia” w reż. Carlo Carlei. Historia znana na pamięć przez większość ludzi od 14 roku życia wzwyż, powinna się obronić jakimiś innymi elementami, w sumie czymkolwiek: aktorstwem, scenografią, może muzyką, albo chociaż efektami specjalnymi. Jednak, w tym filmie wszystko jest tak wtórne, że bardziej się nie da.

„Romeo i Julię” obejrzałam przede wszystkim dlatego, że w roli Tybalta występuje Ed Westwick (tak! Chuck Bass powraca!). Od początku byłam świadoma, że za długo nie zagości on na ekranie, skoro gra właśnie tą postać, ale i tak byłam ciekawa, jak kształtuje się jego kariera po sławnej „Plotkarze”. Oscarową rolą bym jego występu nie nazwała, ale zdecydowanie wykreował najbardziej charyzmatyczną i wyrazistą postać w całym filmie. Romeo (Douglas Booth), oprócz urody, nie pokazał żadnych innych zapadających w pamięć cech. Taki jakiś mdły i nijaki.  Z kolei Julia (Hailee Steinfeld, znana np. z „Prawdziwego męstwa”) wywołała u mnie nieco więcej emocji, bo z minuty na minutę coraz bardziej mnie irytowała. Wspomnę też, że przy tak przystojnym Romeo (Romeu?) jej przeciętna, jeszcze niewykształcona uroda wypadała naprawdę blado.

Ed Westwick jako Tybalt

Piękny i Julia
Kolejnym minusem jest bardzo słaba scenografia, która przypominała mi trochę scenografię z naszego „Quo Vadis” (2001 r.). Typowo studyjne aranżacje niby-królewskich komnat, czy nawet sceny pojedynku na ulicach Werony wyglądają żałośnie ubogo, a nawet śmiesznie. Jeśli twórcy nie mieli większego budżetu, to najlepszą dla nich radą byłoby zaniechanie produkcji.

Piękne ulice Werony? Nie tym razem.
Naprawdę trudno mi wskazać jakieś plusy filmu. Wcale nie czułam romantycznej aury, która powinna towarzyszyć historii Romea i Julii. Przecież już sam tytuł ocieka tym romantyzmem, a ja kompletnie nie potrafiłam uwierzyć w ich miłość od pierwszego wejrzenia, aż po grób. W ogóle stwierdziłam nawet, że losy Romea i Julii to jednak jedna z najgłupszych historii miłosnych. Widzieli się oni zaledwie kilka razy, byli praktycznie dziećmi (no ewentualnie wczesnymi nastolatkami), a pod wpływem impulsu zdecydowali się na samobójstwo. Może tym razem za mocno stąpam po ziemi i brakuje we mnie wyższych uczuć, ale opisany dzisiaj film sprawił, że na jakiś czas mam dosyć jakichkolwiek melodramatów.

Sama nie wiem dlaczego, oceniłam aż 5/10... Może dlatego, że jest to typowy średniak, który co prawda nie obraża widza, ale też nie wnosi nic nowego do jego filmowych doświadczeń. 

niedziela, 2 lutego 2014

Nimfomanka part I

Zanim przejdziemy do istoty recenzji, chcę żebyście zdali sobie sprawę, że czytacie słowa osoby tolerancyjnej i liberalnej. Uwielbiam kontrowersje i niestandardowość, nie ma dla mnie tematów tabu. I sądzę, że musiałam to podkreślić, żebyście nie pomyśleli, że mam jakieś zastrzeżenia do filmu z powodu tego, że był za bardzo o seksie, albo o seksie w ogóle.



Zapowiadało się doskonale. Świetne plakaty i zapowiedzi, wielomiesięczne wyczekiwanie, trailer wywołujący dreszcze, mocne temat, klimat i soundtrack. Jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku. Nie chcę używać słowa ''rozczarowanie''. Napiszę wiec tak: liczyłam na hollywoodzki film pornograficzny, a wyszedł niskobudżetowy ''pornol'' z Polski. Dopiero niedawno zapoznałam się po raz pierwszy z Antychrystem, więc wiedziałam czego mniej więcej się spodziewać. Modliłam się tylko by w Nimfomance nie użyto nożyczek do wyeliminowania pewnych części kobiecego ciała. Von Trier tym razem postanowił odłożyć nożyczki i nie pokazywać nam także krwawiących wytrysków.

Co za to pokazał? Na pewno nie to, czego spodziewała się publika. Scen seksu jest nie za wiele, są bezpłciowe, beznamiętne i puste. Tutaj zawiodłam się po całości. Zbliżenia były tu odpychająco  brzydkie. Wiem, wiem, napiszecie, że ''tak własnie miało być'', dla mnie jednak wyeliminowało to głębie. Cały film, poza kilkoma obrzydliwymi, typowo VonTrierowskimi scenami, uznałabym za niegodzien uwagi. Główna bohaterka jest, jak dla mnie niewiarygodna w swojej dolegliwości  W dodatku zupełnie nieporadna, ''memejowata'', nie mająca jaj. Chwilami mimiką twarzy biła samą Kirsten Stewart. Wypada blado w porównaniu do Belen Fabry z genialnego Dziennika Nimfomanki Molina, który mnie osobiście zachwycił. Rozumiem, że Nimfomanka nie jest od pokazywania pięknego, idealnego świata niczym z amerykańskiej reklamy. Ale pokazywanie serii męskich penisów moim zdaniem nie prowadzi do niczego. Ja nie widziałam w tym obrazie głębi, nie wywoływał on we mnie żadnych uczuć. A postacie dosłownie po mnie spływały. Poza tym było dużo pieprzenia, i to nie takiego, na które liczyliśmy. Film był stanowczo za bardzo przegadany.

Oburzeni natomiast mogą czuć się widzowie płci męskiej. Film był skrajnie szowinistyczny! Facet, w ujęciu Nimfomanki myśli główką, a nie głową. A, że ta główka oczu nie ma, to nie ważne w co się wpakuje. Weźmie wszystko, jak leci, o ile którakolwiek z dam ''da''. Jak dla mnie, smutna to perspektywa.

Kolejna wada to groteskowe sceny. I nie mówię tutaj o wędkarstwie czy przyrodzie, które były motywami w tym filmie. Życie Nimfetki porównane do łowienia ryb można uznać za oryginalny, artystyczny pomysł. Niestety, zabrakło znajomości ludzkiej natury i emocjonalności. Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jesteście żonaci/zamężni, trójka dzieci, pewnego razu dowiadujecie się, że Wasz mąż/żona zdradza Was i oznajmia Wam to po spakowaniu walizek, dosłownie w drodze do kochanki. Co robicie?

a) robicie awanturę mężowi, po której on nie idzie nigdzie, bo nie jest w stanie chodzić i chyba nigdy nie będzie
b) zdobywacie adres osoby, która rujnuje Wam życie i zabijacie ją/jego
c) jako osoby bardziej wrażliwe załamujecie się i kilkanaście tygodni spędzacie w łóżku z chusteczkami

Jak dla mnie wszystkie trzy odpowiedzi są normalne. Bo wszystkie trzy zakładają, że wstrząsną nami radykalne emocje i instynkty.
Powiem Wam za to, czego nie zrobilibyście, choć Von Trier kłóciłby się ze mną w tej kwestii.

Na pewno ze stoickim spokojem nie pojechalibyście do domu kochanki męża, z dziećmi. Nie przedstawilibyście im zdziry, nie pokazywaliście dzieciom gniazda miłości tatusia. Nie ''oddalibyście'' go jej grzecznie i nie przywieźlibyście jej/jego ciuchów. Racją jest, że każdy reaguje inaczej, ale wersja pokazana w produkcji była jak dla mnie zupełnie oderwana od rzeczywistości. Czy Trier miał kiedykolwiek do czynienia z prawdziwa kobietą?

Jeżeli lubicie jego filmy, to sądzę, że moglibyście być usatysfakcjonowani. Ja nie lubię takiego stylu. Siłą filmu oczywiście był problem głównej bohaterki i poszczególne dramatyczne sceny, które ciekawiły. Moja ocena to 6/10.




piątek, 24 stycznia 2014

Pod Mocnym Aniołem

   Polska to smutny kraj. Uwielbiamy narzekać i hejterzyć. Dramat przenosimy na ekrany kin. Bo w tym gatunku jesteśmy całkiem nieźli. W pierwszy weekend 250 tysięcy osób pobiegło na najnowsza produkcję Smarzowskiego. Wszyscy wychodzili odurzeni... dramatem. Film w sposób bezwstydny obnaża ludzkie słabości, reżyser nie zasłania nam oczu, ale każe patrzeć i wyciągać wnioski.


   Siłą reżysera jest pokazywanie spraw niewygodnych, kontrowersyjnych. Tym razem zabiera nas na posiadówkę w ośrodku odwykowym. Poznajemy tam zniszczony wódą i życiem margines społeczny. Jurka (Więckiewicz), butnego i aroganckiego pisarza, który poza ośrodkiem nie trzeźwieje, całe jego życie to nieustanne powroty na odwykówkę, ale Jurek wciąż przekonany jest, że on może z tym skończyć. Kolumb (Braciak), proboszcz, raczący nas swoimi złotymi myślami, jego popisowym numerem jest wymiotowanie na mszy, którą własnie odprawia. Borys (Dorociński), utalentowany młody reżyser, który szansy na dalszą karierę pozbył się, przez zalanie w trupa na imprezie promocyjnej własnego filmu. Towarzyszą im również Kinga Preis, Arkadiusz Jakubik, Izabela Kuna i Andrzej Grabowski (Ci dwaj ostatni akurat nie na odwyku). Taki pokaz talentów aktorskich to siła całego filmu. Specjaliści od charakteryzacji też odwalili dobrą robotę, wystarczy porównać zdjęcia z premiery, od tego co serwowane jest nam na ekranie  Niektórzy wyglądają, jakby pili od dwudziestu lat, byleby tylko przygotować się do tej roli.


  Zarówno najmocniejszym punktem, jak i największą słabością produkcji jest alkoholizm. Najciekawsze momenty to te, od których musimy odwrócić wzrok. Film chwilami jest tak niewygodny, że czujemy się jakby ktoś rozbił butelkę wódki, a my musimy siedzieć na odłamkach szkła. Wiercimy się, krzywimy, brzydzimy, głównie dlatego, ze prawda jest cholernie niewygodna. U nas piją wszyscy. Zapijamy problem jakim jest alkoholizm oraz problemy, których jest on przyczyną. Pijemy bo zimno, pijemy bo ciepło, bo weekend, bo ''po pracy'', bo okazja, bo imieniny, nie ważne czyje.


  A kto jest pierwszym alkoholikiem III RP? Oczywiście,  że Więckiewicz. Cokolwiek bym tu nie napisała, komplementów jakich bym tu nie użyła, wszystko to za mało. Absolutnie wiarygodny, absolutnie prawdziwy i absolutnie genialny.
  
  W porównaniu do ''Drogówki'' w filmie nie ma momentów komediowych, czego wielu oczekiwało. Razem z bohaterami przechodzimy przez kolejne fazy uzależnienia, a naturalistyczne sceny wywołują obrzydzenie, a nie uśmiech.

  Trochę naciągany jest według mnie wątek romantyczny, związku miedzy Jerzym a młodą studentką (Julia Kijowska). Ale to akurat można reżyserowi wybaczyć. Celem było zapewne ukazanie tego, że alkoholizm nie dotyczy jedynie osoby która pije, ale również tych w jego najbliższym otoczeniu.

   Rację miał Kuba Wojewódzki, że po tym filmie nie patrzysz już tam samo na alkohol. Czy obraz jest mocny jak 40% wódka, powalający jak spirytus, czy raczej jak małe bezalkoholowe? Z kina wychodziłam z takim obrzydzeniem do alkoholu, jakbym była na wielkim kacu. Mocna 8mka. Biegnijcie do kina.



niedziela, 1 grudnia 2013

Powtórnie narodzony / Venuto al mondo

Są filmy, którym warto dać szansę i obejrzeć do końca, nawet jeśli wielość wątków i powolnie rozwijająca się fabuła zachęcają raczej naciśnięcia przycisku „stop”. To miłe uczucie, gdy nagle pojawia się scena zupełnie odmieniająca postrzeganie całej historii i występujących w niej bohaterów jest najlepszą nagrodą dla wytrwałego widza, szukającego filmu, o którym będzie myśleć jeszcze kilka dni po seansie. Do „Powtórnie narodzonego” zabierałam się trzy razy i teraz wiem, że podświadomość nie pozwoliła mi zrezygnować z jego obejrzenia.


Akcja filmu rozgrywa się naprzemiennie w Rzymie i Sarajewie, w czasach współczesnych oraz w latach 80.minionego wieku. Przyczyną  braku jedności miejsca i czasu jest historia Gemmy (Penelope Cruz) i Diega (Emile Hirsch). Kobieta, po telefonie dawnego przyjaciela Gojco (Adnan Hasković), postanawia wraz z synem Pietro (Pietro Castellitto) pojechać do Sarajewa na wystawę zdjęć jej byłego męża - Diega. Podróż ta staje się dla Gemmy okazją do wspomnień o dawnym życiu, zapoznania syna z miejscem, w którym się urodził, a także odkrycia nieznanych przeżyć i doświadczeń najbliższych jej osób. Tłem historii jest wojna w Sarajewie.

Penelope Cruz i Pietro Castellitto
Po obejrzeniu „Powtórnie narodzonego”, fani Penelope Cruz nie powinni czuć się zawiedzeni. To jedna z jej najciekawszych i najbardziej ambitnych aktorsko ról, w której ją widziałam. Niesamowite jest to, że dzięki bardzo widocznej, ale nieprzerysowanej charakteryzacji, Penelope z powodzeniem zagrała zarówno olśniewająco piękną studentkę, jak i siwiejącą, pomarszczoną, starzejącą się, ale nadal piękną kobietę. Wiarygodnie przedstawiła bohaterkę, której największym pragnieniem jest bycie matką, pomimo z pozoru niemożliwych do pokonania, licznych przeciwności. Bardzo ciekawą postać miał do zaprezentowania również Emile Hirsch. Chociaż początkowo wydawało się, że gra on jedynie „drugie skrzypce” u boku filmowej ukochanej, to w rzeczywistości musiał przedstawić wielowątkowego, niejednoznacznego bohatera. Nie jestem do końca przekonana, czy mu się to udało. Być może dlatego, że za bardzo mi przypominał Christophera z „Wszystko za życie”. Natomiast, pozornie trzecioplanowa postać Aski, zaprezentowana przez Saadet Aksoy, magnetyzuje już od pierwszego ujęcia. Jej buntowniczy styl bycia, miłość do Nirvany, a także traumatyczne wydarzenie, z którym musi żyć, sprawiają, że „Powtórnie narodzony” nie miał by bez niej racji bytu.

Emile Hirsch, Penelope Cruz

Saadet Aksoy
Film, niestety, nie jest pozbawiony wad. Wspomniana wielowątkowość wprowadziła do fabuły niepotrzebny chaos, którego można było uniknąć, rezygnując z kilku niepotrzebnych scen (np. kłótnie Gemmy z dorastającym synem, wątek pierwszego małżeństwa kobiety). Na minus działa też długość seansu, bo przeszło dwie godziny tego filmu były zwyczajnie męczące.

Odniosłam też wrażenie, że będąca tłem wojna w Sarajewie została przedstawiona w nieco pobłażliwy sposób. Wiem, że to jest przede wszystkim dramat o losach Gemmy i Diega, ale jeśli fabuła została powiązana z wydarzeniami w Sarajewie, powinno to być zrealizowane w bardziej przemyślany sposób. Tym bardziej, że to jeden z najbardziej krwawych, bezsensownych konfliktów w Europie, po zakończeniu II wojny światowej. Czego podsumowaniem może być zdanie wypowiedziane w bardzo poruszającej scenie, przez filmowego lekarza: „Wstyd mi, że należę do ludzkiej rasy”.


Pomimo wymienionych wad, wszystkie wspomniane zalety są dla mnie tak istotne, że film oceniłam na 8/10. To jeden z ciekawszych dramatów, jakie widziałam w ostatnim czasie, który znów udowadnia, że europejskie kino (Chorwacja, Hiszpania, Włochy) ma się bardzo dobrze. Pięknym dopełnieniem całości jest soundtrack, w którym pojawiły się zarówno poruszające, jak i porywające, znane i nieznane utwory. 


piątek, 18 października 2013

Zagubiony czas / Die Verlorene Zeit

Temat wojny jest chyba jednym z najczęściej poruszanych tematów zarówno w filmach pełnometrażowych, dokumentalnych, jak i serialach. Prawdopodobnie na podstawie wspomnień i opowieści każdej osoby, która żyła w tamtych czasach można by stworzyć scenariusz na kolejny, wzruszający film. Co w takim razie wyróżnia „Zagubiony czas” na tle tych wszystkich opowieści? Chociażby to, że został on w całości wyprodukowany przez Niemców, a opowiada historię Polaka, który ratuje żydowską dziewczynę i razem z nią ucieka z obozu Auschwitz.


Akcja filmu rozgrywa się naprzemiennie w latach 40-tych XX wieku oraz 30 lat później. Po ucieczce z obozu losy głównych bohaterów się rozdzieliły, co wcale nie oznacza, że ta dwójka zupełnie o sobie zapomniała. Pomimo upływu czasu, dzielących ich tysięcy kilometrów, przeciwności losu i innych ludzi – Hannah Silberstein  (Alice Dwyer, Dagmar Manzel) i Tomasz Limanowski (Mateusz Damięcki,  Lech Mackiewicz) cały czas pamiętali o tym co razem przeżyli oraz o uczuciu, które ich połączyło w takich przerażających okolicznościach.
Scenariusz na podstawie autentycznych wydarzeń.

Film, który powstał w 2011 roku do dziś nie doczekał się polskiej, kinowej premiery. Dziwi to tym bardziej, że przecież w naszym kraju jest ogromna liczba widzów, którzy uwielbiają historie wojenne. Nietrudno się tego domyślić biorąc pod uwagę sukces polskich i zagranicznych filmów, takich jak np.: „W ciemności”, „Jutro idziemy do kina”, „Bękarty wojny”, „Dzieci Ireny Sendlerowej” …. bardzo to długa lista. Mam tylko nadzieję, że brak premiery w polskich kinach nie był spowodowany tym, że komuś przeszkadzało, iż film stworzyli Niemcy za niemieckie pieniądze. Chyba wszyscy pamiętają burzę, jaką wywołał serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, o którym pisałyśmy TUTAJ. Chociaż dzisiejszy film nie powinien wzbudzać wyolbrzymionych kontrowersji, to nie potrafię znaleźć innego wytłumaczenia na to, dlaczego spotkał się z taką ignorancją w naszym kraju. Tym bardziej, że w „Zagubionym czasie” zagrali znani polscy aktorzy.

Mateusz Damięcki i Alice Dwyer - jako Hannah i Tomasz w 1944 roku
W rolę młodego Tomasza Limanowskiego wcielił się Mateusz Damięcki. Do swojego zadania podszedł z iście hollywoodzkim zapałem, ponieważ zgodził się (a co ważniejsze – udało mu się) schudnąć aż 14 kilogramów. Muszę przyznać, że dzięki temu jego charakteryzacja wyglądała naprawdę wiarygodnie,  poza tym bardzo podobała mi się też jego gra. Mam nadzieję, że odtąd będę kojarzyć Damięckiego właśnie z tą rolą, a nie z bohaterem nieszczęsnego „Kochaj i tańcz” – mimo, że aktora oglądałam jeszcze w co najmniej kilku innych produkcjach. Bardzo się też ucieszyłam kiedy w obsadzie „Zagubionego czasu” zobaczyłam Joannę Kulig, której bardzo kibicuję i już nie mogę się doczekać najnowszego filmu z jej udziałem, czyli nagrodzonej Złotym Lwem „Idy”.

Jeśli macie ochotę na dobre, konkretne kino z ciekawą historią przedstawioną przez wiarygodnych aktorów, to „Zagubiony czas” będzie jak najbardziej dobrym wyborem. Nie trzeba się obawiać historii Polaka ukazanej w kamerze Niemców i nie ma sensu wypierać z myśli antysemityzmu niektórych naszych rodaków.

Zachęcam do uważnego oglądania filmu, bo jestem ciekawa, jak odbieracie postawę matki Tomasza Limanowskiego.

środa, 16 października 2013

Chce się żyć

    Z ogromną ciekawością oczekiwałam na Chce się żyć. Już po obejrzeniu trailera można było liczyć na świetne kino, i cieszę się, że i tym razem intuicja mnie nie zawiodła. Po seansie stwierdziłam, po pierwsze: mamy swoich własnych Nietykalnych, a po drugie: chce się oglądać filmy Macieja Pieprzycy.



   Film inspirowany prawdziwymi wydarzeniami opowiada historię Mateusza, który cierpi na czterokończynowe porażenie mózgowe. Chłopak nie chodzi, nie mówi. Lekarze stawiają na nim krzyżyk. Mateusza wspierają rodzice. Traktują go normalnie, rozmawiają jak z każdym innym człowiekiem. Głównym jego problemem, czymś co mu naprawdę przeszkadza jest niemożność zrozumienia go przez innych ludzi. Coś, co jego mama określiła atakiem (bo syn wije się na podłodze i wrzeszczy) jest po prostu desperacką próbą powiedzenia ''Mamo, Twoja broszka leży pod kanapą''. Z płynącej narracji, czyli kiedy głos zabiera Mateusz dowiadujemy się, że jest chłonny wiedzy, bystry i ma nie raz sarkastyczne poczucie humoru. Gdy ksiądz w ośrodku mówi mu, że Bóg go kocha, bohater ironicznie zastanawia się, że skoro tak wygląda jego życie, to jak by  dopiero wyglądało gdyby Bóg go nienawidził.



  Założeniem tego filmu jest przekazanie nam, że pomimo, iż fizyczność ludzi z porażeniem mózgowym odbiega od tego, co uważamy za normalne, tak z ich świadomością wszystko jest ok. Mało tego, największą zaletą Mateusza jest jego poczucie humoru. Również jego zainteresowania nie odbiegają od normy, bo czymś, co go kręci jest astronomia i... kobiece biusty. Pieprzyca zwraca nam uwagę na to, że może nie warto zamykać i upychać chorych ludzi w zakładach, ponieważ oni pragną być normalnymi uczestnikami życia społecznego. Zamkniecie chorych wśród chorych wcale ich nie rozwija. Mateusz mówi, ze nienawidzi własnej matki za to, że zamknęła go wśród debili. Film nie jest litościwy, nie pokazuje, że każda taka historia kończy się happyendem, bo nie wszystko można przeskoczyć. Mateusz nie zacznie chodzić po zastosowaniu cudownej terapii. Obraz pokazuje, że nieugięta powinna być wiara w hart ducha. 

  Genialny duet Tkacz/Ogrodnik w roli młodego i starszego Mateusza. Siedząc w kinie nie mogłam wyjść ze zdumienia nad kreacją głównego bohatera. W jednym z wywiadów (bodajże Newsweek) Ogrodnik wspominał, że aby lepiej wczuć się w rolę związywał sobie ręce, aż do bólu, żeby ich ''wykręcenie'' było bardziej wiarygodne. Aktor świetnie zagrał w Jesteś Bogiem, ale dopiero w Chce się żyć pokazuje jakim potrafi być kameleonem i, że powinna się miecz na baczności cała polska kadra młodych aktorów. Chylę czoła. 

  Zaledwie kilka dni temu, oglądając jedną z amerykańskich produkcji doszłam do wniosku, że w polskim kinie rzadko budujemy emocje poprzez muzykę. Zazwyczaj jest ona banalna, nieodpowiednio dobrana. Jeżeli chodzi o Chce się żyć, to cofam ten zarzut. Doskonała (!) ścieżka dźwiękowa. Oddająca każdy moment filmu, uczucia, nie raz kontrastująca z tym, co widzimy na ekranie. 

  Krótkie podsumowanie: świetni aktorzy, doskonała muzyka, piękny scenariusz. Pieprzyca to twórca, który wierzy w wysokie IQ widzów, który nie wymyśla i nie dodaje nic pseudoartystycznego. Film jest piękny i prosty. Chwilami zabawny. Świat, w którym pokazane są zarówno prozaiczne sprawy, jak na przykład jedzenie zupy, jak i górnolotne Miłość czy Przyjaźń. Niektóre cechy bohaterów są niedopowiedziane, odkrywamy je razem z Mateuszem. Po tych wszystkich polskich filmach, które obrażają inteligencję, w końcu światowe kino. Made in Poland i możemy być z tego dumni. Wysoka poprzeczka. Brawo. 9/10. 

dobrze jest.





piątek, 11 października 2013

Kocha… Nie kocha! / A la folie… pas du tout

Mało intrygujący tytuł i zdecydowanie niepowalający plakat. To były moje pierwsze spostrzeżenia, kiedy znalazłam „Kocha… Nie kocha!”. Pewnie bym nie zwróciła na ten film większej uwagi, gdyby nie to, że w obsadzie znalazła się jedna z moich ulubionych aktorek - Audrey Tautou. Poza tym dobra średnia ocen na filmwebie i pozytywne opinie internautów utwierdziły mnie w przekonaniu, że jeden z tych jesiennych wieczorów warto spędzić z kinem francuskim.


Historia młodej malarki (Audrey Tautou), która zakochuje się w żonatym kardiochirurgu (Samuel Le Bihan), na pierwszy rzut oka może się wydawać tak samo zniechęcająca, jak tytuł i plakat. Właściwie, to na drugi rzut oka też. Jednak siłą filmu jest sposób, w jaki ta historia została opowiedziana. Najpierw poznajemy wersję i wizję głównej bohaterki, a następnie na te same wydarzenia można spojrzeć z punktu widzenia kardiochirurga. Film doskonale oddaje przysłowiowe stwierdzenie, że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Te same wątki, taki sam bieg wydarzeń i skutki działań, ale jakby zupełnie odrębne opowieści. Naprawdę bardzo mnie to zainteresowało.

Oglądając „Kocha… Nie kocha!” zaskoczyło mnie coś jeszcze. Pierwszy raz widziałam thriller, na którym wcale się nie bałam, który został przedstawiony w tak pogodny i nostalgiczny sposób. Z pewnością miała na to wpływ między innymi spokojna muzyka, która towarzyszyła kolejnym intrygom i problemom bohaterów. Co ciekawe, nic się ze sobą nie kłóciło, w filmie została zachowana powaga tematu, ale obyło się u mnie bez nieprzyjemnej gęsiej skórki. Podkreślę jeszcze, że chociaż wątek miłosny jest tutaj kluczowy, to kategoria romans albo melodramat wcale nie jest trafiona.

Sposób reżyserii przypominał mi trochę moją ulubioną „Amelię”. A może tylko to sobie wmówiłam, bo kiedy tylko Audrey Tautou się uśmiechała (tym uśmiechem, który oznacza, że na pewno coś kombinuje), to nie mogłam wyprzeć z pamięci jednego z najbardziej charakterystycznych zdjęć właśnie z „Amelii” – tego z łyżeczką. Jak zawsze, bardzo mi się podobała jej gra i w swojej ocenie nie zamierzam być ani trochę obiektywna. Uważam, że Tautou doskonale się nadaje do odzwierciedlania postaci z bardzo bujną wyobraźnią, żyjących we własnym i ubarwionym świecie.

"Amelia"
"Kocha... Nie kocha"
Mimo wszystkich wymienionych plusów nie jest to jeden z tych filmów, o których myślę jeszcze przez kilka dni po seansie. Natomiast sposób przedstawienia historii z perspektywy dwóch głównych bohaterów sprawdza się tylko przy pierwszym oglądaniu filmu. Gdybym miała go zobaczyć po raz drugi, bez tego elementu zaskoczenia, to „Kocha… Nie kocha!” zostałby tylko filmem o nieporywającej i już tyle razy powielanej fabule. Podsumowując, film jednokrotnego użytku, o którym dzisiaj napisałam, oceniam 7/10.