Jedna z najsławniejszych historii
miłosnych to zdecydowanie ta dotycząca kochanków z Werony. „Romeo i Julia” w
wersji pisanej była chyba jedyną obowiązkową lekturą, którą w gimnazjum przeczytały
wszystkie dziewczyny z mojej klasy. Już nie pamiętam, czy przeważały wśród nas
zachwyty, czy uczucie rozczarowania, ale jedno pozostaje pewne do dziś – chyba
nie ma na świecie osoby, która nigdy w życiu nie słyszała o tej właśnie sztuce
Szekspira.
Jeśli ktoś już się decyduje na
realizację kolejnej ekranizacji tej samej historii, to teoretycznie powinien
mieć jakiś wyjątkowo zaskakujący pomysł na swój film. Niestety, w rzeczywistości
wcale tak być nie musi. Chyba nie znam drugiego, tak niepotrzebnego filmu jak „Romeo
i Julia” w reż. Carlo Carlei. Historia znana na pamięć przez większość ludzi od
14 roku życia wzwyż, powinna się obronić jakimiś innymi elementami, w sumie
czymkolwiek: aktorstwem, scenografią, może muzyką, albo chociaż efektami
specjalnymi. Jednak, w tym filmie wszystko jest tak wtórne, że bardziej się nie
da.
„Romeo i Julię” obejrzałam przede
wszystkim dlatego, że w roli Tybalta występuje Ed Westwick (tak! Chuck Bass powraca!).
Od początku byłam świadoma, że za długo nie zagości on na ekranie, skoro gra
właśnie tą postać, ale i tak byłam ciekawa, jak kształtuje się jego kariera po
sławnej „Plotkarze”. Oscarową rolą bym jego występu nie nazwała, ale
zdecydowanie wykreował najbardziej charyzmatyczną i wyrazistą postać w całym
filmie. Romeo (Douglas Booth), oprócz urody, nie pokazał żadnych innych
zapadających w pamięć cech. Taki jakiś mdły i nijaki. Z kolei Julia (Hailee Steinfeld, znana np. z „Prawdziwego
męstwa”) wywołała u mnie nieco więcej emocji, bo z minuty na minutę coraz
bardziej mnie irytowała. Wspomnę też, że przy tak przystojnym Romeo (Romeu?) jej
przeciętna, jeszcze niewykształcona uroda wypadała naprawdę blado.
![]() |
Ed Westwick jako Tybalt |
![]() |
Piękny i Julia |
Kolejnym minusem jest bardzo
słaba scenografia, która przypominała mi trochę scenografię z naszego „Quo
Vadis” (2001 r.). Typowo studyjne aranżacje niby-królewskich komnat, czy nawet
sceny pojedynku na ulicach Werony wyglądają żałośnie ubogo, a nawet śmiesznie.
Jeśli twórcy nie mieli większego budżetu, to najlepszą dla nich radą byłoby
zaniechanie produkcji.
Naprawdę trudno mi wskazać jakieś
plusy filmu. Wcale nie czułam romantycznej aury, która powinna towarzyszyć historii
Romea i Julii. Przecież już sam tytuł ocieka tym romantyzmem, a ja kompletnie
nie potrafiłam uwierzyć w ich miłość od pierwszego wejrzenia, aż po grób. W
ogóle stwierdziłam nawet, że losy Romea i Julii to jednak jedna z najgłupszych
historii miłosnych. Widzieli się oni zaledwie kilka razy, byli praktycznie
dziećmi (no ewentualnie wczesnymi nastolatkami), a pod wpływem impulsu zdecydowali
się na samobójstwo. Może tym razem za mocno stąpam po ziemi i brakuje we mnie wyższych
uczuć, ale opisany dzisiaj film sprawił, że na jakiś czas mam dosyć jakichkolwiek
melodramatów.
Sama nie wiem dlaczego, oceniłam
aż 5/10... Może dlatego, że jest to typowy średniak, który co prawda nie obraża widza, ale też nie wnosi nic nowego do jego filmowych doświadczeń.
Oj zgadzam się w 100% zupełnie niepotrzebny film. Też obejrzałam (usłyszałam o tym filmie) tylko dla Eda. Zwykła ekranizacja z kiepskim wyborem castingowem. Pomiędzy Romeo a Julią zerowa chemia. Szkoda trochę własnie ze względu na postaci drugoplanowe Eda i fakt, że możemy zobaczyć w tym filmie również Stellan Skarsgard (znany z filmów Triera i Piratów z Karaibów raczej), Paul Glamatti. Dla mnie najlepsza wersją filmową Romea i Julii jaest ta historia pokazana w "Zakochanym Szekspirze"
OdpowiedzUsuń"Zakochany Szekspir" faktycznie udany, zwłaszcza aktorsko - Judi Dench wystarczyło chyba kilkanaście minut na ekranie i zgarnęła Oscara, to dopiero sztuka!
Usuń