Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science - fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science - fiction. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 marca 2014

Inny / El Mal Ajeno

W przerwie między oglądaniem nieudanych polskich produkcji minionego roku – tych nominowanych do Węży – dobry i mocny film miał być nagrodą za moją cierpliwość. Chcąc uniknąć nietrafionego wyboru, postanowiłam sięgnąć po sprawdzone kino hiszpańskie. Już niejednokrotnie się przekonałam, że thrillery z tego kraju cechuje ciekawa fabuła, dające do myślenia lub zaskakujące zakończenie, dobra gra aktorów i solidne wykonanie. Jak na złość, tym razem trafiłam na wyjątek od tej reguły.


Diego (Eduardo Noriega) jest lekarzem, który większość swojego czasu spędza w szpitalu. Zajmuje się badaniami nad bólem, ale mimo tego jest chłodno nastawiony wobec cierpienia chorujących. Jedną z jego pacjentek zostaje Sara (Angie Cepeda), kobieta w ciąży, chora na stwardnienie rozsiane, która trafiła do szpitala po próbie samobójczej. Sara zapada w śpiączkę o co jej partner Armand (Carlos Leal) obwinia Diega. Lekarz zostaje postrzelony i chociaż jego ciało wcale nie ucierpiało, to w życiu Diega dochodzi do diametralnych zmian (filmweb).

„Inny” to połączenie dramatu, thrillera i sci-fi. Właśnie dlatego liczyłam na mocną, może nawet nieoczywistą fabułę. Okazało się, że obejrzałam bajkę dla dorosłych o uzdrawianiu. Chociaż właściwie to nie do końca bajkę, bo umęczone miny bohaterów sprawiły, że film jest  w przeważającej części męcząco-nużący. Zabrakło mi również dobrego zakończenia, które tak bardzo cenię w hiszpańskich filmach. W „Innym” przewidywalność goni przewidywalność, a na samym końcu powiało niepotrzebnym patosem. Temat przewodni dość mocno miesza się z losami rodzinnymi Diega, czego efektem jest przesadna ckliwość i nadanie głównemu bohaterowi niemal roli mesjasza.

Eduardo Noriega
Z całej obsady „Innego” wcześniej znałam tylko Clarę Lago. Filmowa córka Diega, to jedna z najbardziej rozpoznawalnych hiszpańskich aktorek młodego pokolenia ("La Cara Oculta", „Gra w wisielca”, „Tylko ciebie chcę”). Lago nie można odmówić talentu aktorskiego oraz dużej odwagi (to udowodniła przede wszystkim we wspomnianej „Grze w wisielca”), ale rola w „Innym” niestety nie dała jej wiele możliwości do popisu. Za to bardzo mnie zainteresował Eduardo Noriega (Diego), którego wiele osób pewnie kojarzy z filmu „Otwórz oczy” (muszę koniecznie nadrobić te braki). Chłodnego, nieco gburowatego lekarza zagrał naprawdę dobrze i przekonująco, więc mam zamiar zobaczyć jeszcze niejeden film z jego udziałem.

Clara Lago
Dziwi mnie trochę, że producentem „Innego” jest Alejandro Amenabar - scenarzysta i reżyser takich obrazów, jak  „Inni”, czy wspomniany „Otwórz oczy”. Amenabar odpowiada też za scenariusz do „Vanila Sky”, więc widać, że thriller to gatunek, w którym czuje się naprawdę dobrze. Mam wrażenie, że fakt, iż podpisał się pod „Innym” to z jego strony mały wypadek przy pracy.

Oceniłam 5,5/10. To taki typowy średniak. Film jeden z wielu, który jest bo jest, ale gdyby go nie było, to kinematografia niczego wielkiego by nie straciła.

wtorek, 21 stycznia 2014

Grawitacja / Gravity


Tradycji musi stać się zadość, dlatego również w tym roku przygotowujemy akcję Oscary z InLoveWitchMovie. Na blogu znajdziecie recenzje dziewięciu filmów nominowanych w kategorii najlepszy film. Żeby było łatwiej je znaleźć – wystarczy kliknąć na zakładkę OSCARY na górnym pasku.


"Grawitacja" pojawiła się w polskich kinach jesienią minionego roku. Film obejrzałam dopiero niedawno, przede wszystkim ze względu na dużą liczbę nominacji (10), w tym również w najważniejszych kategoriach – film, reżyseria (Alfonso Cuaron), aktorka pierwszoplanowa (Sandra Bullock). Wcześniej przeczytałam sporo pozytywnych recenzji i usłyszałam jeszcze więcej pozytywnych opinii, dlaczego więc nie jestem zachwycona tym obrazem??

Fabułę można streścić w jednym zdaniu: dwoje astronautów (Sandra Bullock i George Clooney) próbuje przeżyć w kosmosie po tym, jak ich stacja zostaje poważnie zniszczona przez odłamki satelity.

Bullock i Clooney
Pod względem technicznym "Grawitacja" jest majstersztykiem – z tym nie da się dyskutować. Tylko z tego powodu żałuję, że nie widziałam filmu na dużym ekranie. Przyglądając się maleńkim postaciom astronautów na tle niekończącej się kosmicznej próżni nietrudno zauważyć u siebie pierwsze objawy apeirofobii (strach przed bezkresem). Jak na ironię losu chwilę później reżyser zabiera widzów do klaustrofobicznego kokpitu i już nie wiadomo, które położenie uznać za gorsze. Doskonałe zdjęcia nie powinny jednak dziwić, skoro odpowiada za nie Emmanuel Lubezki – operator m.in. „Ludzkich dzieci”, „Spaceru w chmurach”, „Fridy”.  Siłę „Grawitacji” stanowi także świetne operowanie dźwiękiem. Momenty głuchej i niespodziewanej ciszy, która aż dzwoni w uszach, działają na zmysły do tego stopnia, że aż chce się chwycić za głowę i razem z astronautami ściągnąć tę niewidzialną kulę.

Film może sprawiać wrażenie, że do wyreżyserowania wielkiego kina wystarczy pomysł, dwóch aktorów i komputer. Z pewnością bez tego „Grawitacja” by nigdy nie powstała, ale nie zmienia to faktu, że jej budżet to około 80 milionów dolarów. Czy to dużo, czy mało – jest pojęciem bardzo względnym, ale liczy się efekt i ten wizualny jest jak  najbardziej udany.

Dlaczego więc napisałam, że nie jestem zachwycona? Bo oprócz wartości technicznych nic innego mnie nie urzekło. Fabuła nie wprawia w osłupienie. Nie dałam się porwać tym emocjom, które powinny towarzyszyć walce o życie. Być może dlatego, że od początku przeczuwałam jakie będzie zakończenie. A może dlatego, że aktorstwo zeszło na dalszy plan i nie wygrało z doskonałymi zdjęciami? Albo dlatego, że denerwowało mnie nieustające posapywanie Sandry Bullock? Chociaż z drugiej strony co innego może robić samotny astronauta zagubiony w kosmosie… A może przyczyna mojego braku zachwytu tkwi w rozpraszającym, irytującym i na siłę wplątanym wątku rodzinnym głównej bohaterki.

Podsumowując, film oceniłam i tak wysoko, bo 7/10. Na korzyść zadziałała też ostatnia scena – bardzo przyjemna i może nawet skłaniająca do lekkiej, kilkusekundowej refleksji.


Pod kątem oscarowym: obstawiam statuetki za zdjęcia, montaż, może też reżyserię.

czwartek, 11 lipca 2013

World War Z

   Zombie to przetarty szlak w sztuce filmowej. Podobnie jak postapokaliptyczne scenariusze. Czy jest więc coś czym można nas w tej tematyce zaskoczyć? World War Z udowadnia, że nie. Co nie znaczy, że film jest zły, a ja odradzam go oglądać. Wprost przeciwnie. Pomimo tego, że produkcja nie wprowadza bardzo nowej jakości, o tyle zrealizowana z prawdziwą pompą i z ogromnym finansowym wkładem jest dowodem na to, że Brad Pitt nigdy nie gra w byle czym. Wiedziałam, już przy pierwszym obejrzanym trailerze tego filmu, że skoro ten bardzo lubiany przeze mnie aktor chwycił scenariusz i postanowił uświetnić film swoja obecnością, to produkcja ta nie może być głupia i pozbawiona sensu. A przede wszystkim, o co łatwo w tym gatunku - mało wiarygodna.


   Fabuła przedstawia się następująco: Gerry (Pitt), były wojskowy musi przebrnąć przez rozłąkę z rodzinę, aby móc uratować świat przed zombie. Nikt nie zna przyczyny nagłych zachorowań członków populacji, dlatego na barkach dzielnego Pitta leży również rozwikłanie tej zagadki. Co ciekawe, przeczytałam gdzieś  że aktor zachował się równie bohatersko poza planem filmowym. Podczas kręcenia scen w Glasgow jedna ze statystek, która miała uciekać przed wpół umarłymi przewróciła się i przed stratowaniem uratował ją, nie kto inny, a bożyszcze kobiet - Pitt.
   Średnio, biorąc pod uwagę różne źródła stwierdzić można, że budżet twórców filmu wahał się w granicach 200 mln dolarów. Film dopracowany jest w najmniejszym szczególe. Świetna muzyka i efektowne sceny pokazujące masy zombie to największe atuty tego filmu. 




I pomimo tego, że doskonale wiemy, ze to wszystko już widzieliśmy, to i tak dajemy się porwać bardzo amerykańskiemu filmowi sci-fi. Poza kilkoma momentami, gdzie bohaterskość Brada Pitta i jego nieśmiertelność wydają nam się niewiarygodne, to film Fostera zrobiony został bardzo poprawnie. Jesteśmy w stanie uwierzyć w powód pandemii, kiedy w końcu wychodzi on na jaw.



Są chwilę, gdy wbici w fotel oczekujemy następnej sceny. Wszystko przy akompaniamencie dźwięków, które wywołują dreszcze na plecach. Charakteryzatorzy również postarali się tworząc zombie. Dodajmy grę aktorską na wysokim poziomie i mamy doskonały powód, by wybrać się do kina.

Nic dodać nic ująć. Film jest bardzo dobry. Moim zdaniem nie pożałujecie wydanych kilkunastu złotych na bilet. I nawet gdyby puste spojrzenia zombie nie robiły na Was wrażenia, to zdjęcia zniszczonego Nowego Jorku wywołają je na pewno. Ocena: 8 / 10.

P.S Jak robi się zombie? :)


P.S 2: Ostrzeżenie, gdzie można spotkać wpół umarłych?


Inspiracja dla co drugiego filmu o tematyce zombiaków. Do spotkania co poniedziałek w każdym polskim mieście:



czwartek, 18 kwietnia 2013

Intruz / The Host

Miałam kiedyś psa. Rasy amstaff. Wszystkim gościom kojarzył się on z ludobójcą, choć w gruncie rzeczy było to sympatyczne zwierzę. Jaga (bo tak się wabił ów pies) miała nieznośną tendencję do niszczenia swojego posłania, dosłownie pożerała wszystkie gąbczaste kojce, które jej kupowaliśmy. Zawsze potem leżała wśród rozgryzionych gąbek z miną: ''To nie ja'' i spoglądała tak rozbrajającym spojrzeniem, że natychmiast wybaczano jej wszystko.

Ta anegdota ma się do recenzji filmu, tak jak wizja duetu Meyer-Niccol do UFO i obcych.

Czyli: nijak..

Nie dość, że w skrytykowanym już przez nas Zmierzchu Stephenie Meyer:

robi z tego
to...
To w Intruzie
z tego
robi to.
I naprawdę najlepiej byłoby to skomentować w następujący sposób:


ale poszerzę swoją wypowiedź, aby mieć pewność, że idziecie do kina na własną odpowiedzialność.

O czym to ''dzieło''? W skrócie: Obcy opanowali całą ziemię i robią z ludzi podobnych sobie. Głównej bohaterce - Melanie wszczepiona została obca dusza o imieniu Wangabunda (...ooo fuck....), jednak Melanie jest tak twardą, nie do złamania osobowością, że nie daje się obcemu. W rezultacie Wangabunda cały czas słyszy w głowie głos dziewczyny. Oczywiście toczy ona walkę sama ze sobą, na początku zajmuje się konfidenctwem, by potem zbliżyć się do ocalonych ludzi. Wydaję mi się, że autorkę książki inspirowało foto story z Bravo girl. Główna bohaterka jest tak tępa, że zaczynamy wierzyć, iż wymienione ''czasopismo'' jest jej biblią. Morał tej historii jest natomiast taki: ''Całuj się'', i to najlepiej nie z jednym parterem, bo to nie przystoi prawdziwej Sweet Sixteen.

Już zaczynając od tego, że nuda w tym filmie przewija się jak szelmowski uśmiech Edwarda w pierwszej części sagi Zmierzchu (a słyszałam, że są masochiści, którzy przeczytali wszystkie tomy!). W tym filmie nie dzieje się absolutnie nic ciekawego. Czy to wina drętwej gry aktorskiej, czy po prostu nędznego scenariusza - nie wiem. Wiem tylko, że po 20 minutach głowa sama opada na klawiaturę. Skąd wiemy, że miało być dramatycznie? Pojedynczym scenom towarzyszą dźwięk ''rwanych skrzypiec'', co nadaje całości naprawdę groteskowy wymiar. 

Sceny, gdzie według zamierzenia autorki książki i reżysera mieliśmy zareagować głośnym: WOW i zacząć się zastanawiać nad własną egzystencją, zamieniają się w parodiujące prawdziwy dramat scenki dla mentalnych gimbusów. Jeżeli komuś podobały się części bestsellerowej sagi Meyer, to bez zastanowienia może ustawić się w kolejce do kina. O ile jednak dialogi Zmierzchu wywołały u Was jedynie ból zębów i jęknięcia: o ja pieprzę, to bez chirurga, który amputuje Wam uszy na seansie się nie obędzie.

Instrukcja użycia papieru toaletowego jest bardziej fascynująca niż ten film.

Podsumowując: Intruz idealnie wpasowuje się w nurt Bieberyzmu, Mam 12 Lat I Niechciane Dziewictwo -izmu itd. Jednak ja tej produkcji mówię stanowczo: nie! Ocena: 4.5/10.


P.S Spodziewałam się czegoś lepszego od reżysera Contagion - Epidemia Strachu.




piątek, 21 grudnia 2012

2012

Mam nadzieję, że zdążycie przeczytać ten post jeszcze przed Apokalipsą. Pozdrawiam wszystkie osoby w schronach, bunkrach, oraz te, które tak jak ja siedzą spokojnie w domu wierząc, że nic złego się dzisiaj nie stanie:)


Film ''2012'' możemy spokojnie potraktować jako proroctwo z 2009 roku, tego co miało się stać dzisiaj, jednak doniesienia ze świata mówią, że twórcy dość mocno przesadzili.

Film możemy spokojnie określić jako ''typowo amerykański''. Niestety z nachyleniem na negatywne znaczenie tego sformułowania. Trochę drażnić może ta wszech amerykanizacja.  Mamy bohatera i antybohatera, Prezydent USA okazał się człowiekiem niezwykle szlachetnym, który niczym kapitan statku - opuszcza pokład jako ostatni.  Mamy pokazane egoistyczne jednostki, jednak dobro nad nimi zwycięża. Wiele scen jest bardzo, BARDZO naciąganych. Zwłaszcza te, w których główni bohaterowie uciekają przed walącymi się budynkami, wybuchami, wodą. Kilkadziesiąt razy w filmie ocierają się o śmierć, i mimo, że film jest długi (2 godziny, 31 minut) to i tak sami przyznacie, że to trochę dużo. Amerykanom udaje się też wyeliminować ostatnich Rosjan, zostaje tylko Prezydent i Premier, ale co oni tam mogą na statku pełnym mieszkańców USA. Film jest rażąco proamerykański, dla fanów takiego ''gatunku'' będzie to nie lada gratka.


Absolutnym atutem tego filmu, i powodem, dla którego musicie go zobaczyć są efekty specjalne  No i tu mamy XXI wiek. Przekroje samych wieżowców walących się jak domki z kart, trzęsienia ziemi, czarne dziury, urwiska, kłęby dymu, pękająca kopuła ziemska - wszystko ukazane z niezwykłą dbałością o każdy szczegół. Film kosztował 200 milionów dolarów, zyski z jego oglądalności wyniosły bagatela czterokrotnie więcej.

Osobą, która uratowała nie tylko własną rodzinę, ale i całą arkę ludzi okazał się Jackson Curtis, grany przez Johna Cusack'a. Zagrał poprawnie. Okazał się prawdziwym bohaterem. To on właśnie miał zginąć w filmie kilkadziesiąt razy, ale najwidoczniej urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Mnie jego szczęście powoli zaczynało drażnić, po 20 razie. Swoją drogą miał podobnie jak bohater Apocalypto, ale o tym kiedy indziej.


Mnie natomiast najbardziej podobała się gra Yuri Karpova i Johanna Urba, którzy grali dwójkę Rosjan. Ich postaci były o wiele bardziej interesujące niż te pierwszoplanowe. Szkoda, że wątek Sashy zakończył się tak szybko i gwałtownie.

Nie jest to może najważniejsza rzecz w tym filmie, ale sprawdziły się przewidywania twórców odnośnie głów państwa w 2012 roku. Prezydent USA jest czarny, kanclerz Niemiec do złudzenia przypomina Angelę Merkel itd.

Zauważyliście, że w wielu amerykańskich filmach jest tak, że jeżeli scenarzysta nie wie co począć dalej z konkretną postacią to ją zabija? Postać Gordona chyba nikomu nie przeszkadzała, związek z żoną głównego bohatera był dość wiarygodny, ale najwidoczniej przeszkadzał on w historii miłosnej, więc go wyeliminowano.

Pozostali bohaterowie wiarygodni, dość składna fabuła, choć naciągana.  Świetne efekty. Film jednak trąci lekką banalnością  jeżeli chodzi o scenariusz. Kilka wątków zapominamy już przy okazji napisów końcowych (i włączanej wtedy banalnej, romantycznej piosence pop - WTF?) Ocena: 7/10.

Patrzę za okno i u mnie na razie spokojnie.
Jeżeli chcecie przeżyć dzisiejszy dzień to wg twórców ''2012'' powinniście:
1. Mieć świetną limuzynę.
2. Miliard euro na łebka za miejsce w schronie, albo odpowiednie znajomości.
3. Najlepszy na świecie odrzutowiec, najlepiej gdyby w środku nie zabrakło Bentleya z funkcją głosową.
4. Mile widziana umiejętność pływania.


sobota, 14 lipca 2012

Wyścig z czasem / In Time


„By garstka żyła wiecznie, tłum musi umierać”

Jaki paradoks! Kolejny film science fiction w ciągu miesiąca i w dodatku napiszę o nim jaJ Już tłumaczę dlaczego tak się stało: Po obejrzeniu Facetów w czerni 3 czułam wyraźny przesyt tą kategorią. Pomyślałam sobie wtedy, że raczej nie za szybko znów skupię uwagę na jakiejś wyimaginowanej, zupełnie nierealnej historii. Jednak kiedy ktoś gorąco poleca mi dany tytuł  zawsze chcę się przekonać, czy rzeczywiście jest on tak interesujący. W związku z tym, że tak właśnie było w tym przypadku,  nie mogłam się oprzeć i włączyłam sobie Wyścig z czasem.




Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości, której dokładna data nie została podana. Na pierwszy rzut oka świat jest całkiem podobny do naszego. Co prawda widzimy nowocześniejsze auta i kilka nieznanych gadżetów, ale słońce świeci normalnie, ludzie jedzą tak jak teraz, kursuje zwyczajna komunikacja miejska. Jednak, ponieważ na świecie żyje za dużo ludzi władze postanowiły wprowadzić nowy system, zgodny z darwinowską teorią, że przetrwają tylko najsilniejsi. Kluczową cechą tych realiów jest zmiana definicji ceny. To już nie jest wartość towarów i usług wyrażona w pieniądzu, a wyrażona w czasie. Świat bez pieniędzy musi być rajem? Uwierzcie mi, że zdecydowanie nie. Każdy człowiek po ukończeniu 25 lat przestaje się starzeć, ale za to włącza mu się (dosłownie) biologiczny zegar. Wygląda to tak, jakbyśmy się stali chodzącą, tykającą bombą, która nieustannie odmierza ile czasu nam pozostało. Czas jest wynagrodzeniem za pracę, zapłatą za to co sprzedamy, można też go bardzo łatwo ukraść komuś innemu (minus – nam też nietrudno go ukraść). Minutami i godzinami trzeba też za wszystko płacić, np. przejazd autobusem kosztuje 2 godziny, autostrada – miesiąc itp. Główny bohater tej historii, Will Salas  (Justin Timberlake), postanawia zmienić tę sytuację i sprzeciwić się panującemu porządkowi. Splot wydarzeń powoduje, że będzie mu w tym pomagać córka jednego z bogaczy - Sylvia Weis (Amanda Seyfried).







Jak widać, scenariusz jest typowy dla filmu science fiction. Jednak oglądając Wyścig z czasem trudno nie dojść do wniosku, że reżyser (Andrew Niccol) przedstawił nam alegorię współczesnych czasów. Wystarczy zamienić lata, godziny, minuty na dolary, euro czy złotówki, a całe fiction z filmu znika. Powiedzenia „nie mam czasu” czy „nie marnuj czasu” nabierają tutaj zupełnie innego, wręcz dramatycznego znaczenia. Im więcej czasu człowiek uzbiera – tym dłużej będzie żyć, bo umrzeć można tylko na dwa sposoby: albo poprzez morderstwo, albo przez wyzerowanie biologicznego licznika. Co dziwne, Wyścig z czasem można także zinterpretować jako wersję Robin Hooda  XXI (a może XXII) – wieku. Złych i bogatych trzeba okraść, by pomóc biednym i potrzebującym.

Muszę przyznać, że spodobał mi się pomysł na fabułę tego filmu. Historie ludzi, którzy dramatycznie starają się wieść normalne życie, a których losy nie zawsze leżą w ich rękach – zachęcają do refleksji nad tym, w jakim kierunku zmierza nauka i cały świat. Podobne spostrzeżenia miałam oglądając kiedyś Nie opuszczaj mnie. Mimo wszystko uważam, że Wyścig z czasem mógł być lepiej zrealizowany. Amerykanie często mają skłonności do wyolbrzymiania scen akcji, przez co treść traci na znaczeniu. Tak też było w tym przypadku. Momenty, w których Amanda Seyfried biega po dachach, wyskakuje z okien, pędzi co sił w nogach -  może nie wyglądałyby tak groteskowo, gdyby nie robiła tego wszystkiego w bardzo wysokich szpilkachJ. Dodatkowo Justin Timberlake chyba nie poradził sobie z rolą pierwszoplanową. Trudne sceny, w których musiał zagrać rozpacz, strach lub zaprezentować poker face nie wypadły szczególne efektownie. Zdecydowanie lepiej prezentował się w Social Network, a nawet w To tylko seks. Szkoda też, że jak w prawie każdym filmie, para głównych bohaterów musi stać się dosłownie parą. Kąpiel nago w jeziorze, w blasku księżyca to już zupełne przegięcie i zmarnowanie kilku minut taśmy filmowej.







Podsumowując: Pomysł na fabułę jest naprawdę bardzo ciekawy, tym bardziej, że nietrudno znaleźć w filmie różne metafory i odnośniki do naszego życia. Niektóre sceny śmierci (wspomniane wyzerowanie licznika) mogą nawet wzruszyć. Mimo ogólnego pozytywnego wrażenia, uważam jednak, że potencjał scenariusza był znacznie silniejszy, niż jego faktyczna realizacja. Pomimo to zachęcam do oglądania, choćby tylko ze względu na przewodnią historię. 


czwartek, 21 czerwca 2012

Faceci w czerni 3

Men in Black III



Pozostajemy z Willem Smithem – aktorem, którego kojarzę przede wszystkim z filmów Science Fiction, czyli tych, za którymi zdecydowanie nie szaleję, ale jak właśnie stwierdziłam, widziałam już całkiem sporo. Muszę jednak przyznać, że bohaterowie grani przez Willa np. w: Jestem legendą, serii Bad Boys, filmie Ja, robot czy w opisywanych dzisiaj Facetach w czerni zawsze zapadają mi w pamięć. Mimo tego, zdecydowanie bardziej lubię Siedem dusz i W pogoni za szczęściem, bo moim zdaniem, to właśnie tam Smith pokazał, co tak naprawdę potrafi dobry aktor.

Czym się sugerowałam wybierając MiB 3 ? Argumenty za były takie: dawno nie widziałam filmu science fiction, więc skąd mam wiedzieć, że gust mi się diametralnie nie zmienił? Być może stwierdzę, że to fantastyczna kategoria! Dodatkowo jest to komedia SF, więc nasuwa się wniosek, że będzie się też z czego pośmiać. Poza tym trailer jest całkiem zachęcający, a szalę na korzyść filmu przechyliła  piosenka Pitbulla Back In Time ze ścieżki dźwiękowej.





Faceci w czerni 3 to, jak łatwo się domyślić, kolejna część przygód agentów specjalnych, którzy kontaktują się z rozmaitymi kosmitami i dbają o to, by Ziemianie żyli w nieświadomości istnienia tych dziwacznych obcych. Również w tej części mamy okazję widzieć głównych bohaterów w charakterystycznych czarnych garniturach, czarnych okularach i posiadających różne rodzaje kosmicznej broni. Tym razem agenci MiB pokonują bariery czasowe, dzięki czemu film staje się jakby wytłumaczeniem zagadek z poprzedniej serii. Dowiemy się np. dlaczego agent K. (starszego gra Tommy Lee Jones i znamy go z dwóch wcześniejszych serii, a w roli młodszego agenta K. wystąpił Josh Brolin) jest taki sarkastyczny i mało uczuciowy. Poznamy też smutną przeszłość agenta J. (Will Smith). Film jest oczywiście wypełniony perfekcyjnymi efektami specjalnymi i szybką akcją, co działa na plus.








Najpierw napiszę co mi się spodobało, bo na szczęście znalazłam kilka takich rzeczy.  Ciekawe były odniesienia do znanych nam postaci popkultury,  jak: Mick Jagger, Lady Gaga, Justin Bieber, Tim Burton. Chociaż byli „widoczni” dosłownie przez ułamki sekund (nie zdradzę gdzie i kiedy, tylko zachęcam do uważnego oglądania J) to troszkę uatrakcyjnili film. Większą rolę scenarzyści przypisali Andy’emu Warhol’owi (dla przypomnienia – znany przedstawiciel pop-artu), który jak się okazuje jest w rzeczywistości jednym z tajnych agentów MiB. Jeśli chodzi o efekty specjalne, to zdecydowanie najbardziej spodobała mi się scena, w której agent J. przemieszcza się w czasie, by wrócić do roku 1969. Jego skok z Empire State Building był naprawdę efektowny! Niestety akcentów komediowych, jak na komedię było zdecydowanie niewiele. Mimo to zapamiętałam kilka śmiesznych dialogów, np. rozmowa bestii ściganej przez K. i J. z hipisami:

-          Make love not war – hipis
-          Robię i jedno i drugie. - Bestia

Rozbawiła mnie też scena, w której agenci jedzą ciasto po to, by zgodnie z teorią agenta K. znaleźć rozwiązanie pewnego problemu. Oczywiście w trakcie jedzenia szarlotki agent J. dostaje olśnienia co K. podsumowuje słowami: „Mówiłem, zaufaj plackowi”. Być może dla niektórych jest to coś zupełnie bezsensownego, jednak ja, zważając na moją słabość do szarlotki, jestem po prostu przekonana, że musi mieć ona jakąś paranormalną moc :D :D :D

Jeśli chodzi o minusy, to po pierwsze muszę stwierdzić, że gust mi się jeszcze nie zmienił i nie zostałam fanką SF. Kosmici, obcy, bestie i wszystkie inne potwory są dla mnie tak obrzydliwe i odpychające, że nawet straciłam ochotę na szarlotkę, a to naprawdę coś wyjątkowego! Poza tym, jak już wspomniałam, jak na komedię było zdecydowanie za mało śmiesznych momentów. Nie zachwyca też trochę nostalgiczne, a może nawet wzruszające (to naprawdę Men In Black???!!) zakończenie, które zupełnie mi nie pasuje do całej konwencji filmu. A na marginesie - myślę, że mężczyźni mogli poczuć się zawiedzieni, gdy już na początku filmu zginęła postać grana przez Nicole Scherzinger ;)

Podsumowując: polecam wszystkim, którzy lubią ten gatunek, nawet jeśli nie widzieli dwóch poprzednich części. Natomiast ja mam chwilową (a może jednak stałą) awersję do KOSMITÓW i wszystkich tym podobnych obcych. Chyba wiadomo co wybieram:

1
0




                   vs