Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2.NIE ZASZKODZI ZOBACZYĆ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2.NIE ZASZKODZI ZOBACZYĆ. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 października 2014

Minirecenzja: Sędzia / The Judge


Gatunek: Dramat
Produkcja: USA
Rok: 2014
Reżyseria: David Dobkin
Scenariusz: Nick Shenk, Bill Dubuque

Odnoszący sukcesy adwokat (Robert Downey Jr.) powraca do rodzinnego miasta na pogrzeb matki, gdzie dowiaduje się, że jego ojciec (Robert Duvall), miejscowy sędzia, jest podejrzany o morderstwo (źródło: Filmweb).

Film o trudnych relacjach na linii ojciec – syn, walka ciężkich charakterów przeplatana chęcią naprawienia błędów z przeszłości. Ciekawy (chociaż dobrze znany i wielokrotnie powtarzany w filmach)  główny wątek zostaje uzupełniony o kilka tematów pobocznych, przez co „Sędzia” staje się momentami chaotyczny i przydługawy. Pozamykanie wszystkich otwartych kwestii trwa naprawdę długo, a Robert Downey Jr. za bardzo przypomina mi tutaj Sherlocka Holmesa, co wcale nie jest atutem.

Plus za muzykę, zdjęcia Janusza Kamińskiego i epizodyczną rolę Leighton Meester –ciągle czekam na tytuł, w którym zagra naprawdę ciekawą, pierwszoplanową postać.

Oceniam 6/10, film niezły i nic więcej. Nie wywołał we mnie żadnych silniejszych emocji, troszkę się na nim wynudziłam i zapewne za kilka miesięcy nie będę go szczególnie entuzjastycznie wspominać.

piątek, 15 sierpnia 2014

MINIRECENZJA: Sekstaśma / Sex Tape


Gatunek: Komedia  
Produkcja: USA
Rok: 2014
Reżyseria: Jake Kasdan
Scenariusz: Kate Angelo, Jason Segel, Nicholas Stoller


Małżeństwo Annie (Cameron Diaz) i Jay'a (Jason Segel) dopadła rutyna i niemożliwa do zaakceptowania nuda. Żeby ożywić swój związek i znów czerpać radość ze wspólnie spędzanych nocy, para postanawia nagrać sekstaśmę. Pomysł przestaje wydawać się genialny dopiero wtedy, gdy za sprawą "chmury" nagranie trafia na wszystkie iPady, które Jay rozdał znajomym.

Pierwsze minuty filmu sprawiają wrażenie, że "Sekstaśma" to w rzeczywistości "American Pie"-  część 9478920. Na szczęście, z czasem fabuła (mimo, że schematyczna i szablonowa) zaczyna nabierać sensu. Nie ulega też wątpliwości, że film jest komedią - to się naprawdę ceni! Chociaż nie wszystkie gagi były w moim typie, to w "Sekstaśmie" pojawiło się też kilka scen, które kapitalnie trafiły w moje poczucie humoru. Trochę szkoda, że film to tak nachalna reklama Apple'a i dziwi fakt, że nad tym prostym scenariuszem pracowały aż trzy osoby.

Ocena: 6.5/10 - całkiem niezła propozycja na rozluźniający seans po ciężkim dniu :)

niedziela, 22 czerwca 2014

21 Jump Street

   Raz na jakiś czas każdy z nas ma ochotę oderwać się od codzienności i przenieść w świat komedii. Z poczuciem humoru jest ten problem, że każdy ma inne, niektórzy zaś wcale. Reżyserzy tego filmu spotkali się na planie Jak Poznałem Waszą Matkę, oboje byli producentami. Czy praca nad zabawnym serialem, pomogła przy tworzeniu komedii pełnometrażowej? Okazuje się, że tak.


   Do kin wchodzi właśnie druga część filmu (22 Jump Street), a ja jeszcze niedawno nie wiedziałam o istnieniu pierwszej. Powiedziała mi o tym SzutkiPlochi, opisując fabułę jednym zdaniem: ''Chodzi głównie o to, że dwaj policjanci udają licealistów by rozgryźć szajkę narkotykową''. Chaning Tatum licealistą? On nie wyglądał wiarygodnie jako uczeń w 2006 roku w Step Up, a co dopiero po sześciu latach. I właściwie jest to główny zarzut, który mogę wytoczyć temu filmowi. O ile widać, że Panowie Hill i Tatum na planie bawią się dobrze, tak chyba nikt nie uwierzy (zakładając, że tamta szkoła nie składa się w 100% z idiotów), że trzydziestolatkowie aparycją odnajdują się w liceum. A według twórców odnajdują się doskonale. 

   Bohaterowie Shmidt i Jenko mają zgoła odmienne wspomnienia odnośnie szkoły. Jak się pewnie domyślacie postać grana przez Hilla była nieśmiałym, pucołowatym fajtłapą i prawiczkiem. Gdy zaprosił dziewczynę na bal, ta go wyśmiała, a on z traumą nie może pogodzić się do dziś. Tatum oczywiście cieszył się popularnością, należał do uwielbianej grupy uczniów, a dziewczyn miał więcej niż szejk w haremie. Problem polegał na tym, że w nauce szło mu znaczne gorzej, niż w wyrywaniu. Ale jak wiemy, przeciwieństwa się przyciągają bla bla bla i w swojej karierze policyjnej dorośli już mężczyźni znajdują czas na to, by zostać kumplami. Ponownie z powrotem lądują w liceum, gdzie na topie okazuje się bycie kujonem i ich role społeczne odmieniają się. Tak swoją drogą, to co to za liceum?! Serio, ktoś wierzy, że np. w takim polskim gimnazjum liczy się inteligencja? Za moich czasów były to szybkie nogi, które pozwalały uciekać przed młodymi kryminalistami. Ale, nieważne.


Na szczęście scenarzysta Michael Bacall oszczędził nam ''kałowych'' żartów i ograniczył się w całym filmie do jednego. Poza tym wyjątkiem humor ma tutaj wyższe IQ, niż większość komedyjnych braci. Bardzo dobrze, bo nadal przeżywam to, co pokazano mi w Wilgotnych Miejscach.

Są policjanci, są dilerzy, musi być kino akcji. Ten element fabuły nie wychodzi poza schematy. Wraz z bohaterami widz mozolnie śledzi proces schwytywania opryszków. Nie zaskakuje nas to, kto nimi jest, nie mogło się oczywiście obejść bez pościgu samochodowego (swoją drogą mocno przesadzonego, ale niestandardowego, gdy przewraca się ciężarówka z paliwem - nie wybucha, a osoby przed ekranem są tym faktem tak samo zaskoczone, jak bohaterowie).

Na premierę tego filmu nie czekał nikt, jednak sequel to inna historia. Dużo w tym zasługi Noah Hill'a, który mocno zaangażował się w produkcję, a do roli schudł kilkadziesiąt kilogramów. Za to i za całkiem niezłą komedię, której stał się udziałem daję 6.5 pkt.


niedziela, 4 maja 2014

Długi weekend – Cykl: Święta polskie

„Święta polskie” to cykl, w którego składzie znajduje się (dotychczas) 13. godzinnych filmów telewizyjnych, związanych z różnymi świętami - katolickimi i świeckimi - obchodzonymi w naszym kraju. Każdy film z cyklu, którego tłem jest wybrane święto, opisuje postawy i zachowania typowe dla większości Polaków.




Najbardziej znanymi tytułami z serii są: „Żółty szalik” nawiązujący do świąt Bożego Narodzenia, z Gajosem w roli głównej, który dzięki występowi w tym filmie był przez długie lata traktowany jako najwiarygodniejszy filmowy alkoholik. Obecnie na ten tytuł zasługuje już Więckiewicz, bo to co pokazał w „Pod mocnym aniołem” jest mistrzostwem świata.  Drugi bardzo znany film z „Świąt polskich”, to emitowana w każde Boże Ciało „Biała sukienka”.

W związku z tym, że jest to najciekawsza seria, jaka jak dotąd powstała, pokazująca polską obyczajowość oraz przywiązanie (lub jego brak) do tradycji i świąt – warto o niej przypomnieć, lub przedstawić tym, którzy jeszcze o niej nie słyszeli.



Akcja „Długiego weekendu” rozpoczyna się w programie prowadzonym przez Tomasza Kamela (wtedy jeszcze nie Kammela), czyli w bardzo sławnej „Randce w ciemno”. Bogdan Lewicki (Krzysztof Globisz), stremowany pan w średnim wieku, z zawodu wojskowy, wybiera kandydatkę nr 3 – Martę Walkowską (Joanna Żółkowska) – powściągliwą i niedostępną kierowniczkę biblioteki publicznej niewielkiego miasteczka pod Warszawą. Para wygrywa możliwość spędzenia długiego weekendu majowego w pięciogwiazdkowym hotelu w Wodzimyślu. Pomimo takich niecodziennie ekskluzywnych okoliczności, Bogdan i Marta nie przypadają sobie do gustu. Mężczyzna początkowo stara się ocieplić ich stosunki, jednak wspomnienia kobiety z jej młodzieńczych lat nie pozwalają jej zaangażować się w nowy związek, zwłaszcza z wojskowym. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Bogdan postanawia zorganizować w hotelu obchody święta 1 maja, a Marta ma plan na uczczenie święta 3 maja. Prowadzi to nawet do podziału innych hotelowych gości i powstaniu dwóch różnych, świętujących obozów.

„Długi weekend” nie jest typowym przykładem wielkiego, zaangażowanego kina. Przypomina raczej kolejny odcinek serialu wyprodukowanego przez telewizję polską. Chociaż za reżyserię odpowiada Robert Gliński („Kamienie na szaniec”, „Świnki”, „Cześć Tereska”), to niskobudżetowość tego obrazu pozostawia po sobie widoczne ślady. Nie to jest jednak najważniejsze, bo mimo wszystko udało się zachować istotę rzeczy, czyli zgodność filmu z założeniami cyklu „Święta polskie” – a zatem,  wbrew pozorom nie „Randka w ciemno” odegrała najważniejszą rolę, lecz specyfika polskiego społeczeństwa.

W tym krótkim filmie pojawiło się pokaźne grono znanych, polskich aktorów: Krzysztof Globisz, Joanna Żółkowska, Maciej Damięcki, Krzysztof Dracz, Tamara Arciuch, Paweł Królikowski, Piotr Głowacki, Joanna Liszowska, Ilona Ostrowska, Małgorzata Socha (…).  Niektórzy z nich rozpoczynali wówczas swoją filmową karierę, dla innych były to najbardziej kasowe lata. „Długi weekend” warto zobaczyć chociażby dla nich, bo można dostrzec, że upływający czas jest często sprzymierzeńcem rozwoju talentu aktorskiego i metamorfoz fizycznych.

Filmy z cyklu „Święta polskie” często zawierają wątki humorystyczne i  z pozoru opowiadają w lekkim tonie o ważnych świętach, są takie w sam raz do oglądania i z babcią i z dzieckiem. Jeśli jednak ktoś im się przyjrzy dokładniej, to zrozumie, że przedstawiają też ludzkie zobojętnienie, zmiany priorytetów i smutny upadek kiedyś wyznawanych ideałów.

A na koniec krótkie pytanie: komu weekend majowy kojarzy się z podkreślaniem swojego patriotyzmu, a komu z grillowaniem? 

wtorek, 29 kwietnia 2014

Frances Ha

Recenzja filmu Frances Ha 

Dziś przypada Międzynarodowy Dzień Tańca. Chociaż święto tancerzy dotyczy mnie w takim samym stopniu, co np. zeszłotygodniowy Dzień Sekretarek i Asystentek, a obchodzi równie mocno, co  1-czerwcowe święto, czyli Święto Bułki (tak, tak – nie pomyliłam się) – to przecież każdy pretekst jest dobry, żeby poszukać jakiegoś tematycznego filmu. A, że scenarzystów typowego kina tanecznego zazwyczaj cechuje dość ograniczona kreatywność, właśnie dzisiaj udało mi się przypomnieć o długo odkładanej „Frances Ha” (czy ten tytuł się w ogóle odmienia?!).


27-letnia Frances (Greta Gerwig) to tancerka-marzycielka, która pomimo wielkiej miłości do tego, co robi – raczej nie jest w tym idealna. Ciągle wierzy, że może zostać słynną tancerką, ale porusza się dość średnio, a w studio, dla którego chce pracować, ma od dawna jedynie status praktykanta. Frances z jednej strony jest świadoma upływu lat, a z drugiej nie może się powstrzymać od życia z dnia na dzień. Nieco infantylny optymizm, ponadprzeciętnie częste zmiany mieszkania, zadłużenie się, by w najbliższy weekend polecieć do Paryża – Frances egzystuje właśnie na takich zasadach, a właściwie na ich braku. Natomiast, największą życiową komplikacją jest dla niej to, że najlepsza przyjaciółka, Sophie (Mickey Summer), postanawia wyprowadzić się do chłopaka i to jemu poświęcać coraz więcej czasu.

Prawdziwą przyjaźń u innych rozpoznają tylko ci, którzy sami jej doświadczają :)
Na zdj.: Mickey Summer i Greta Gerwig

„Frances Ha” jest oficjalnie w 100% amerykańskim filmem. Wyprodukowany w USA, wyreżyserowany przez nowojorczyka - Noah Baumbacha, który wraz z główną aktorką – Gretą Gerwig (Kalifornia)- napisał scenariusz. Dlaczego tym razem tak dobitnie wypisuję te geograficzne dane? Dlatego, bo „Frances Ha” do złudzenia przypomina nieco kameralne i stonowane kino francuskie, w którym nie są najważniejsze znane nazwiska, tylko opowiadana historia, obrazy i dźwięki. Co prawda, Paryż się tutaj pojawił, ale większość czasu Frances spędza w USA, więc całość robi naprawdę ciekawe wrażenie. Być może przyczyniły się również do tego czarno-białe zdjęcia, za którymi btw. nie przepadam, a które tutaj były naprawdę na miejscu.

Bo każdy optymista powinien być z siebie dumny!

Film ogląda się całkiem przyjemnie, lekko i bez konieczności wielkiego wysilania umysłu, a mimo tego nie razi głupotą (tak charakterystyczną dla większości amerykańskich komedii) i nawet niesie za sobą pozytywny przekaz. Chociaż wraz z napisami końcowymi nie wystrzeliły przed monitorem moje fajerwerki zachwytu, to  „Frances Ha” okazała  się całkiem dobrym wyborem na dzisiejsze popołudnie. Polecam tym, którzy mają ochotę na odstresowujący, 80-minutowy seans, po którym nie będzie trzeba kilka dni rozkminiać „co autor miał na myśli”. Oceniłam 6.5/10.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Na śmierć i życie / Kill Your Darlings

Recenzja filmu "Kill Your Darlings"


Zapewne każdy zapalony kinomaniak ma swoje ulubione kryteria, na podstawie których przed obejrzeniem filmu potrafi oszacować, czy dany obraz przypadnie mu do gustu, czy raczej szanse na to są znikome. Dla niektórych najważniejszy jest gatunek, dla innych reżyser i scenarzysta, albo obsada, kraj produkcji, czy też poruszana tematyka. Jeżeli film wpisuje się w kilka takich kategorii, to automatycznie rosną oczekiwania, które jeśli nie zostaną spełnione, to  mogą wpływać na surową krytykę. „Kill Your Darlings” (polskie odpowiedniki tytułów chyba nigdy nie przestaną mnie irytować) to właśnie przykład filmu od którego oczekiwałam dość dużo. Połączenie gatunków: biografia/melodramat/thriller rzadko kiedy zawodzi, a do tego młodzi aktorzy i ciekawy temat stworzyły obietnicę dobrego kina. W rzeczywistości film okazał się niezły, niestety tylko niezły.


Morderstwo i wspólne przeżycia wielkich poetów pokolenia beatników – tak w skrócie można opisać fabułę „Kill Your Darlings”. To opowieść o tym, że nie tylko współczesna młodzież eksperymentuje z seksualnością, alkoholem i LSD. W 1944 roku studenci Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku swoje wizje zrodzone w trakcie licznych libacji wykorzystali do wyższych celów i postanowili uwolnić literaturę ze sztywnych, twórczych wymogów. Połączeni silnymi uczuciami, wzajemną fascynacją, podziwem, a nawet obsesją byli dla siebie zarówno emocjonalnymi partnerami, jak i ideologicznymi mentorami. David Kammerer (Michael C. Hall) inspirował Luciena Carra (Dane DeHaan), a ten z kolei Allena Ginsberga (Daniel Radcliffe), który wraz z Jackiem Kerouacem (Jack Huston) i Williamem Burroughsem (Ben Foster) doprowadzili do literackiej rewolucji. Jednak, kiedy w sierpniu 1944 r. Kammerer został znaleziony martwy, policja oskarżyła o to beatników.


Reżyserem, scenarzystą i producentem jest John Krokidas, który ni stąd ni zowąd pojawił się w świecie kina. „Kill Your Darlings” to jego pełnometrażowy debiut, na jaki zdecydował się zaskakująco późno, bo wcześniejsze krótkometrażówki zaprezentował ponad dekadę temu. Jednak, pomimo braku doświadczenia, w filmie Krokidasa trudno by było się dopatrzyć śladów amatorszczyzny.

Najgorętszym nazwiskiem „Kill Your Darlings” jest oczywiście Radcliffe. Młody Brytyjczyk, równie konsekwentnie, jak jego koleżanka z planu – Emma Watson - stara się zerwać z dawnym, przez wszystkich znanym bohaterem. Może i w granym przez niego Ginsbergu nie dostrzegałam śladów Pottera, ale nie zmienia to faktu, że potrzebuję jeszcze choć kilku jego kreacji, zanim dołączę go do listy tych naprawdę zdolnych aktorów. Nie jestem też fanką jego aparycji, o czym sobie znów przypomniałam, bo w „Kill Your Darlings” współtworzył chyba najmniej apetyczną gejowską scenę łóżkową. No niech mi ktoś powie, że nagi Radcliffe nie przypomina owłosionego pająka (sic!). Za to jestem pod wrażeniem występu Dane’a DeHaana (np. "Drugie oblicze"). To on skradł cały film i przyćmił pozostałych bohaterów. Gdy tylko pojawił się pierwszy raz na ekranie, w scenie w bibliotece, nie miałam wątpliwości, że właśnie dla niego warto ten film oglądać. Jedyną interesującą i w miarę znaczącą kobietą w filmie Krokidasa jest dziewczyna jednego z beatników (Kerouaca) – Edie Parker. Zagrała ją bardzo przeze mnie lubiana Elizabeth Olsen. Szkoda więc, że nie pojawiała się na ekranie zbyt często, za to, kiedy już się pojawiała – nie dało się jej nie zauważyć. Ta najzdolniejsza z sióstr Olsenek naprawdę potrafi przykuwać wzrok i zwracać na siebie uwagę (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu).

Górny rząd: Elizabeth Olsen, Daniel Radcliffe, Jack Huston, Dane DeHaan
Dolny rząd: Edie Parker, Allen Ginsberg, Jack Kerouac, Lucien Carr

Słaba strona „Kill Your Darlings” to to, że  jest tutaj mało thrillera w thrillerze. Ciekawy wątek morderstwa został przedstawiony w dość pobłażliwy sposób. Nie pomógł w tym również scenariusz, który nieprecyzyjnie wyjaśnia poszczególne wątki, problemy i motywy działań bohaterów. Na dodatek zabrakło jeszcze dynamizmu i wartkiej akcji.


Dobre kino biograficzne powinno zachęcać do szerszego zapoznania się z losami  bohaterów, o których mówi. Historia beatników z „Kill Your Darling” niestety mnie nie zaintrygowała do tego stopnia, żebym po seansie miała ochotę zagłębić się w ich życiorysy. W związku z tym, że film jest tylko niezły, oceniłam 6/10. 

niedziela, 30 marca 2014

Płynące Wieżowce

   Nie pamiętam już jakie okoliczności sprawiły, że w listopadzie nie usiadłam wygodnie w kinowym fotelu, by zobaczyć najnowsze dzieło Wasilewskiego. A wszystko temu sprzyjało, świetne recenzje, ciekawy zwiastun. Dziś, po obejrzeniu Płynących Wieżowców ośmielam się myśleć, że okoliczności te były bardzo sprzyjające i na szczęście do kina nie trafiłam, byłoby to marnotrawstwo pieniędzy i mojego czasu. A zwiastun okazał się znacznie lepszy od zapowiadanego przez niego dzieła. Do rzeczy.


Po raz kolejny nie zgadzam się z ogólną, chwalebną opinią odnośnie jakiegoś filmu.

Najpierw o zaletach.

  Na pierwszym miejscu postawiłabym świetnie zagrane sceny erotyczne, bardzo dobre jak na rodzime podwórko, niezwykle hollywoodzkie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wszystko dzięki Mateuszowi Banasiukowi i niepozornej, znanej głównie z seriali typu Barwy Szczęścia (imponujący punkt w każdym aktorskim CV) Marcie Nieradkiewicz.

  Sam temat również zachęcał do obejrzenia produkcji. Wydaje mi się, że w Polsce filmy o homoseksualistach nadal są pewnym novum i wywołują masę kontrowersji. A gdzie tabu, tam i pożywka dla mnie. Sami przyznacie, że fabuła, która mówi, o tym, że chłopak w stałym związku poznaje drugiego chłopaka (w tej roli Geiner) i odkrywa w sobie nieznane, homoseksualne ciągoty wydaje się ciekawa i ciężko taki temat spieprzyć.

   Trzy: Mateusz Banasiuk i usytuowanie go w roli geja. Podoba mi się odejście od schematu jakoby homoseksualni faceci byli skrajnie zniewieściali i ''dziwni'' (jak na przykład bohater Sali Samobójców). Bohaterowie filmu nie są umalowani, ich ust nie pokrywa kilogram szminki, nie są roszczeniowi, nie pokazują się na paradach równości w piórach. Kuba (Banasiuk właśnie) jest męski, bije się jak typowy samiec alfa. Homoseksualizm w ujęciu Wasilewskiego to pewnego rodzaju wrażliwość. Plus dla reżysera za pokazanie ''normalności'' homoseksualistów.

Zapowiada się nieźle, prawda? Niestety, jest się do czego przyczepić.

  Cała historia to zlepek scen ''typu gołąb''. Stali czytelnicy bloga wiedzą o co chodzi. Nowych uświadomię. Scena ''typu gołąb'' to potocznie nazywana przez nas pseudo-artystyczna, przydługawa scena, mająca podkreślić artyzm twórcy, reżysera. Są to momenty, w których na przykład przez zgoła pięć minut towarzyszymy odjeżdżającemu autobusowi. Czyli fragmenty, które nic nie wnoszą, a zamieszczone są przez ''widzimisię'' scenarzysty. Dla mnie królową tej kategorii jest Małgorzata Szumowska. I niestety, Wasilewski również podobny zabieg zastosował. Wyobraźcie sobie, że kazał nam oglądać samochód podczas jazdy na piętrowym parkingu w centrum handlowym. I nie wiem, gdzie tu głębia. Jedyna rzecz, jaką ten fragment mógł podkreślać to fakt, że polskie parkingi w galeriach są wąskie, a niektórzy parkują po prostu ch*jowo.

  Marta Nieradkiewicz była świetna w scenach łóżkowych, owszem. Jednak poza nimi, gdy musiała się odezwać, wypadała niezwykle irytująco. Nie udźwignęła postaci, nie stworzyła jakiejś ciekawej, intrygującej widza postaci. Chyba, że odgórnym zamierzeniem było zagranie przez nią jedynie ''dziewczyny Kuby'', jeżeli tak, to sprawdziła się doskonale. Emocjonalnie pozostała w serialu.

  W tym filmie w ogóle wszystko jest takie mało wiarygodne. To chyba najwłaściwsze słowo. Mamy niby Kubę, który zawodowo pływa, i chyba jest całkiem dobry w tym, jednak nie mamy pewności, ponieważ ten wątek został wyjątkowo zaniedbany. Nie mamy pewności, co do jego homoseksualizmu  Jeżeli ktokolwiek liczy na poznanie postaci, to również się rozczaruje, ponieważ nie dowiemy się o nich nic, poza tym, że tkwią w miłosnym trójkącie. Nie lubię, gdy po 3/4 filmu twórca stwierdza, że musi wprowadzić jakiś dramat, żeby film nie pozostał nijaki. I tak się właśnie dzieje. Wasilewski chwyta się niczym tonący brzytwy wątku Sylwii, która wyjeżdża z faktem, po którym My, widzowie mamy chyba zareagować ''OOOOO Jakie to mocne!!''

Ona kocha jego, a on innego i chyba ją. Trójkąt bez rozwiązania, a raczej błędne koło.

Wszystkie te czynniki zsumowały się w ocenę 6/10.


sobota, 1 marca 2014

Nebraska

6 NOMINACJI:
 film, reżyser, aktor pierwszoplanowy, aktorka drugoplanowa, zdjęcia, scenariusz oryginalny

Na świecie żyje ponad siedem miliardów ludzi, co ważne siedem miliardów zupełnie różnych ludzi. Jest jednak coś, co wszystkich łączy, mimo że nie zawsze potrafimy się z tym pogodzić – każdy z nas się starzeje. Trochę to przygnębiające, że w momencie, gdy czytasz to zdanie jesteś już o kilka sekund starszy, niż gdy wszedłeś na bloga. Niektórzy uważają, że ten proces ma też pozytywne strony, bo wraz z upływem lat stajemy się coraz mądrzejsi i bogatsi o kolejne doświadczenia. Niestety, kolejnym etapem jest często proces dziwaczenia, dziecinnienia i coraz trudniejszej walki wieloma problemami zdrowotnymi. „Nebraska” skutecznie przypomina, że przyszłość jest jedną wielką niewiadomą i, że chociaż teraz trudno to sobie wyobrazić, to nie zawsze będziemy w stanie w pełni kontrolować swój umysł oraz swoje ciało.


„Nebraska” to opowieść o podstarzałym alkoholiku – Woody’m (Bruce Dern - nominacja w kat. aktor pierwszoplanowy), który dowiaduje się, że wygrał na loterii milion dolarów. Nagrodę może odebrać jedynie w miejscowości Nebraska, która znajduje się bardzo daleko od jego miejsca zamieszkania. Pomimo krytycznego nastawienia żony (June Squibb - nominacja w kat. aktorka drugoplanowa) oraz synów: Rossa (Bob Odenkirk) i Davida (Will Forte), Woody uważa, że nagroda na niego czeka, więc trzeba ją szybko odebrać. W końcu młodszy syn, David,  zgadza się wyruszyć z ojcem w podróż do tytułowej Nebraski, która staje się okazją do odwiedzenia rodzinnych okolic oraz do konfrontacji z przeszłością.

Do filmu byłam nastawiona raczej sceptycznie. Temat wydawał mi się ciężki, a dodatkowo czarno-biała forma przywołała wspomnienia niesmaku po rozczarowaniu „Artystą”. Chociaż kilkanaście pierwszych minut „Nebraski” sprawiało wrażenie, że nie zostanę fanką tego filmu, to wraz z upływem kolejnych scen coraz bardziej zatracałam się w tej historii. Jest to zdecydowanie najspokojniejszy tegoroczny kandydat do Oscara, który toczy się powolnym rytmem, ale o dziwo wcale nie przynudza, ani nie zachęca do częstego spoglądania na zegarek. Zaskakuje też to, że w rzeczywistości jest naprawdę smutny, ale jednocześnie zawiera tak bardzo komiczne sceny, że po prostu nie można się na nich nie roześmiać.

Oscarowi kandydaci "Nebraski" - Bruce Dern i June Squibb
„Nebraska” przedstawia obraz dziwnej, wręcz niespotykanej rodziny. Została ona przedstawiona w trochę groteskowy sposób, wyolbrzymiając różne wady ludzkich charakterów. Kluczową postacią jest tutaj żona głównego bohatera. Chyba nie znam (na szczęście) ani jednej aż tak wrednej i bezpretensjonalnej istoty, która nie ma pojęcia czym jest taktowność, albo empatia. Ta starsza już kobieta nie stroni od wulgarnych słów i zachowań (cała scena na cmentarzu), mówi co jej ślina przyniesie na język i wydaje się, że czerpie z tego niemałą satysfakcję. Odzwierciedlająca tą postać June Squibb (wcześniej zupełnie nie kojarzyłam jej nazwiska) doskonale odnalazła się w swojej roli, więc nominacja do Oscara nie jest żadnym zaskoczeniem. Pomijając żonę – cała rodzina Woody’ego wydaje się jakaś specyficzna, oschła, ale co najdziwniejsze – wcale nie smutna. Dla nich takie życie jest czymś naturalnym, a wspólne oglądanie meczu (członkowie rodziny widzą się razem pierwszy raz po wielu latach) nie dostarcza żadnych nadzwyczajnych emocji, ani nawet tematów do rozmów.

Entuzjastyczne rodzinne spotkanie po latach

Film Alexandra Payne’a (nominacja za reżyserię) to smutny obraz starości. Starzy zachowują się tutaj jak dzieci, jednak gdy  u dzieci ich niewiedza, bujna wyobraźnia oraz wiara w wyimaginowany świat jest przejawem optymizmu, to u ludzi starych takie zachowania wzbudzają  raczej litość, a nawet poczucie smutku. Uważam, że warto zobaczyć tę słodko-gorzką historię i cieszę się, że wśród tegorocznych nominowanych filmów widać taką różnorodność zarówno tematyczną, jak i reżysersko-kreacyjną. Oceniłam 7/10.

wtorek, 25 lutego 2014

American Hustle

10 NOMINACJI: film, reżyseria, aktorka pierwszoplanowa, aktor pierwszoplanowy, aktorka drugoplanowa, aktor drugoplanowy, scenariusz oryginalny, kostiumy, scenografia, montaż 

10 nominacji do Oscara zobowiązuje. Niestety, w przypadku „American Hustle” trochę też rozczarowuje. Po filmie, który ma szansę zdobyć m.in. tytuł najlepszego minionego roku, można spodziewać się naprawdę wiele. Może dlatego określenie dobry, które w przypadku tak wielu obrazów jest bardzo pozytywne, tutaj wydaje się być niedostatecznie satysfakcjonujące.


Stany Zjednoczone, rok 1978. Irving Rosenfeld (Christian Bale – nominacja: aktor pierwszoplanowy) jest oszustem finansowym, który zarabia sprzedając sfałszowane obrazy i biorąc prowizję za pośrednictwo w fikcyjnych pożyczkach. Pewnego dnia, na przyjęciu u przyjaciela, poznaje Sydney Prosser (Amy Adams – nominacja: aktorka pierwszoplanowa), która zostaje jego kochanką i wspólniczką w przekrętach. Wkrótce w ich biurze pojawia się agent FBI Richie DiMaso (Bradley Cooper – nominacja: aktor drugoplanowy). Grożąc parze oszustów więzieniem, zmusza ich do udziału w swojej operacji antykorupcyjnej. Pierwszym celem ma zostać Carmine Polito (Jeremy Renner), znany polityk z New Jersey. Akcja komplikuje się, gdy w aferę zostają zamieszani kongresmeni oraz przedstawiciele mafii ze Wschodniego Wybrzeza. Na domiar złego niezrównoważona żona Irvinga, Rosalyn (Jennifer Lawrence – nominacja: aktorka drugoplanowa), zaczyna sprawiać kłopoty mogące zagrozić powodzeniu całej operacji (źródło: filmweb.pl).

Z pewnością siłą „American Hustle” jest bardzo dobra obsada. Nieczęsto się zdarza, żeby artyści z jednego filmu otrzymali nominacje we wszystkich aktorskich kategoriach. Jestem pewna, że nawet gdyby ta czwórka (Bale, Adams, Cooper, Lawrence) nie została doceniona nominacjami, to i tak każdy filmoholik niecierpliwie by czekał na premierę.

Christian Bale, jego brzuch i jakieś laski
Chociaż głupotą z mojej strony byłoby napisanie, że zagrali oni źle, to żaden z wymienionych aktorów nie jest moim faworytem w wyścigu po statuetki. Nawet Christian Bale, który przeszedł na potrzeby filmu ogromną fizyczną metamorfozę (nie da się nie zauważyć TAKIEGO brzuszka) nie wykreował jakieś spektakularnej postaci. Zwłaszcza, gdy jego bohater zostanie porównany do bohatera DiCaprio w „Wilku…”, albo McConaughey’a w „Dallas…”, czy nawet Ejiofora w „Zniewolonym”. Czytałam wiele recenzji, których autorzy zachwycają się grą Lawrence. Zaznaczam, że to jedna z moich ulubionych aktorek młodego pokolenia, ale nie przesadzajmy z tymi pochwałami! Doceniam ją za wcześniejsze występy, uwielbiam jej wizerunek naturalnej i normalnej dziewczyny, a mimo tego zdołałam chłodno spojrzeć na jej występ w „American Hustle” i stwierdzić – nie tym razem. Grana przez nią pijaczka, nie wyróżniła się niczym specjalnym od tych wszystkich wcześniejszych filmowych pijaczek. Kilka butelek Oscara nie czyni.

Jennifer Lawrence i jej alkoholizm
Bardzo, bardzo podoba mi się strona artystyczna filmu. Zaczynając od ścieżki dźwiękowej, poprzez scenografię, kończąc na kostiumach. Wszystkie sceny muzyczne są niesamowicie miłe dla ucha, a do tego energiczne, głośne i z przytupem, przez co rozruszały historię i nadały jej dynamiczności. Z kolei miłe dla oka okazały się charakteryzacje dosłownie wszystkich bohaterów. Kto by przypuszczał, że Coopera nie oszpecą nawet wałki na głowie, a Amy Adams przyćmi zmysłowością teoretycznie bardziej ponętną Lawrence. W „American Hustle” wszystko jest tak kolorowe i z takim przepychem, że aż w pewnym momencie przestałam zwracać uwagę na  fabułę.

Bradley Cooper i jego wałki

Amy Adams i jej piękne... włosy ;)
Jak napisałam we wstępie – uważam, że film jest dobry, więc oceniam 7/10. Mam jednak nadzieję, że „American Hustle” będzie największym przegranym Gali, bo w wielu kategoriach znaleźli się lepsi kandydaci. Mam też wrażenie, że David O. Russell (reżyser, scenarzysta) otrzymuje nominacje bardziej z przyzwyczajenia, niż za realne zasługi. I czuję, że za rok mało kto będzie pamiętać „American Hustle”, tak jak dziś mało kto wspomina jego zeszłoroczny obraz „Poradnik pozytywnego myślenia”, który swego czasu był przez tak wielu widzów zachwalany. 

niedziela, 2 lutego 2014

Nimfomanka part I

Zanim przejdziemy do istoty recenzji, chcę żebyście zdali sobie sprawę, że czytacie słowa osoby tolerancyjnej i liberalnej. Uwielbiam kontrowersje i niestandardowość, nie ma dla mnie tematów tabu. I sądzę, że musiałam to podkreślić, żebyście nie pomyśleli, że mam jakieś zastrzeżenia do filmu z powodu tego, że był za bardzo o seksie, albo o seksie w ogóle.



Zapowiadało się doskonale. Świetne plakaty i zapowiedzi, wielomiesięczne wyczekiwanie, trailer wywołujący dreszcze, mocne temat, klimat i soundtrack. Jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku. Nie chcę używać słowa ''rozczarowanie''. Napiszę wiec tak: liczyłam na hollywoodzki film pornograficzny, a wyszedł niskobudżetowy ''pornol'' z Polski. Dopiero niedawno zapoznałam się po raz pierwszy z Antychrystem, więc wiedziałam czego mniej więcej się spodziewać. Modliłam się tylko by w Nimfomance nie użyto nożyczek do wyeliminowania pewnych części kobiecego ciała. Von Trier tym razem postanowił odłożyć nożyczki i nie pokazywać nam także krwawiących wytrysków.

Co za to pokazał? Na pewno nie to, czego spodziewała się publika. Scen seksu jest nie za wiele, są bezpłciowe, beznamiętne i puste. Tutaj zawiodłam się po całości. Zbliżenia były tu odpychająco  brzydkie. Wiem, wiem, napiszecie, że ''tak własnie miało być'', dla mnie jednak wyeliminowało to głębie. Cały film, poza kilkoma obrzydliwymi, typowo VonTrierowskimi scenami, uznałabym za niegodzien uwagi. Główna bohaterka jest, jak dla mnie niewiarygodna w swojej dolegliwości  W dodatku zupełnie nieporadna, ''memejowata'', nie mająca jaj. Chwilami mimiką twarzy biła samą Kirsten Stewart. Wypada blado w porównaniu do Belen Fabry z genialnego Dziennika Nimfomanki Molina, który mnie osobiście zachwycił. Rozumiem, że Nimfomanka nie jest od pokazywania pięknego, idealnego świata niczym z amerykańskiej reklamy. Ale pokazywanie serii męskich penisów moim zdaniem nie prowadzi do niczego. Ja nie widziałam w tym obrazie głębi, nie wywoływał on we mnie żadnych uczuć. A postacie dosłownie po mnie spływały. Poza tym było dużo pieprzenia, i to nie takiego, na które liczyliśmy. Film był stanowczo za bardzo przegadany.

Oburzeni natomiast mogą czuć się widzowie płci męskiej. Film był skrajnie szowinistyczny! Facet, w ujęciu Nimfomanki myśli główką, a nie głową. A, że ta główka oczu nie ma, to nie ważne w co się wpakuje. Weźmie wszystko, jak leci, o ile którakolwiek z dam ''da''. Jak dla mnie, smutna to perspektywa.

Kolejna wada to groteskowe sceny. I nie mówię tutaj o wędkarstwie czy przyrodzie, które były motywami w tym filmie. Życie Nimfetki porównane do łowienia ryb można uznać za oryginalny, artystyczny pomysł. Niestety, zabrakło znajomości ludzkiej natury i emocjonalności. Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jesteście żonaci/zamężni, trójka dzieci, pewnego razu dowiadujecie się, że Wasz mąż/żona zdradza Was i oznajmia Wam to po spakowaniu walizek, dosłownie w drodze do kochanki. Co robicie?

a) robicie awanturę mężowi, po której on nie idzie nigdzie, bo nie jest w stanie chodzić i chyba nigdy nie będzie
b) zdobywacie adres osoby, która rujnuje Wam życie i zabijacie ją/jego
c) jako osoby bardziej wrażliwe załamujecie się i kilkanaście tygodni spędzacie w łóżku z chusteczkami

Jak dla mnie wszystkie trzy odpowiedzi są normalne. Bo wszystkie trzy zakładają, że wstrząsną nami radykalne emocje i instynkty.
Powiem Wam za to, czego nie zrobilibyście, choć Von Trier kłóciłby się ze mną w tej kwestii.

Na pewno ze stoickim spokojem nie pojechalibyście do domu kochanki męża, z dziećmi. Nie przedstawilibyście im zdziry, nie pokazywaliście dzieciom gniazda miłości tatusia. Nie ''oddalibyście'' go jej grzecznie i nie przywieźlibyście jej/jego ciuchów. Racją jest, że każdy reaguje inaczej, ale wersja pokazana w produkcji była jak dla mnie zupełnie oderwana od rzeczywistości. Czy Trier miał kiedykolwiek do czynienia z prawdziwa kobietą?

Jeżeli lubicie jego filmy, to sądzę, że moglibyście być usatysfakcjonowani. Ja nie lubię takiego stylu. Siłą filmu oczywiście był problem głównej bohaterki i poszczególne dramatyczne sceny, które ciekawiły. Moja ocena to 6/10.




wtorek, 21 stycznia 2014

Grawitacja / Gravity


Tradycji musi stać się zadość, dlatego również w tym roku przygotowujemy akcję Oscary z InLoveWitchMovie. Na blogu znajdziecie recenzje dziewięciu filmów nominowanych w kategorii najlepszy film. Żeby było łatwiej je znaleźć – wystarczy kliknąć na zakładkę OSCARY na górnym pasku.


"Grawitacja" pojawiła się w polskich kinach jesienią minionego roku. Film obejrzałam dopiero niedawno, przede wszystkim ze względu na dużą liczbę nominacji (10), w tym również w najważniejszych kategoriach – film, reżyseria (Alfonso Cuaron), aktorka pierwszoplanowa (Sandra Bullock). Wcześniej przeczytałam sporo pozytywnych recenzji i usłyszałam jeszcze więcej pozytywnych opinii, dlaczego więc nie jestem zachwycona tym obrazem??

Fabułę można streścić w jednym zdaniu: dwoje astronautów (Sandra Bullock i George Clooney) próbuje przeżyć w kosmosie po tym, jak ich stacja zostaje poważnie zniszczona przez odłamki satelity.

Bullock i Clooney
Pod względem technicznym "Grawitacja" jest majstersztykiem – z tym nie da się dyskutować. Tylko z tego powodu żałuję, że nie widziałam filmu na dużym ekranie. Przyglądając się maleńkim postaciom astronautów na tle niekończącej się kosmicznej próżni nietrudno zauważyć u siebie pierwsze objawy apeirofobii (strach przed bezkresem). Jak na ironię losu chwilę później reżyser zabiera widzów do klaustrofobicznego kokpitu i już nie wiadomo, które położenie uznać za gorsze. Doskonałe zdjęcia nie powinny jednak dziwić, skoro odpowiada za nie Emmanuel Lubezki – operator m.in. „Ludzkich dzieci”, „Spaceru w chmurach”, „Fridy”.  Siłę „Grawitacji” stanowi także świetne operowanie dźwiękiem. Momenty głuchej i niespodziewanej ciszy, która aż dzwoni w uszach, działają na zmysły do tego stopnia, że aż chce się chwycić za głowę i razem z astronautami ściągnąć tę niewidzialną kulę.

Film może sprawiać wrażenie, że do wyreżyserowania wielkiego kina wystarczy pomysł, dwóch aktorów i komputer. Z pewnością bez tego „Grawitacja” by nigdy nie powstała, ale nie zmienia to faktu, że jej budżet to około 80 milionów dolarów. Czy to dużo, czy mało – jest pojęciem bardzo względnym, ale liczy się efekt i ten wizualny jest jak  najbardziej udany.

Dlaczego więc napisałam, że nie jestem zachwycona? Bo oprócz wartości technicznych nic innego mnie nie urzekło. Fabuła nie wprawia w osłupienie. Nie dałam się porwać tym emocjom, które powinny towarzyszyć walce o życie. Być może dlatego, że od początku przeczuwałam jakie będzie zakończenie. A może dlatego, że aktorstwo zeszło na dalszy plan i nie wygrało z doskonałymi zdjęciami? Albo dlatego, że denerwowało mnie nieustające posapywanie Sandry Bullock? Chociaż z drugiej strony co innego może robić samotny astronauta zagubiony w kosmosie… A może przyczyna mojego braku zachwytu tkwi w rozpraszającym, irytującym i na siłę wplątanym wątku rodzinnym głównej bohaterki.

Podsumowując, film oceniłam i tak wysoko, bo 7/10. Na korzyść zadziałała też ostatnia scena – bardzo przyjemna i może nawet skłaniająca do lekkiej, kilkusekundowej refleksji.


Pod kątem oscarowym: obstawiam statuetki za zdjęcia, montaż, może też reżyserię.

czwartek, 21 listopada 2013

Plac Zbawiciela

  On wyreżyserował ''Dług'', razem stworzyli ''Papusze'', która wchodzi na ekrany kin - małżeństwo Krauze udowadnia, że polskie dramaty, to jedyne rodzime kino, na jakim trudno się przejechać.


  Plac Zbawiciela to ciężka, emocjonalna przeprawa. Jeżeli więc liczycie na odmóżdżający, milutki seans - nie klikajcie ''Oglądaj''.

  W większości recenzji tego filmu, autorzy skupiają się na bankructwie dewelopera, któremu zaufało młode małżeństwo, jednak według mnie, wątek ten jest jedynie tłem i absolutnie nie stanowi źródła problemów i patologii. Scenariusz opowiada o młodym małżeństwie, Beacie i Bartku Zielińskich, którzy utknęli w sytuacji bez wyjścia. Wszystkie pieniądze, jakie odkładali przez lata  przeznaczyli na kupno nowego mieszkania. Niestety, przez dewelopera nie doszło nawet do budowy mieszkań, w które zainwestowało kilkanaście rodzin (nauczka żeby kupować mieszkanie, które możemy sprawdzić i zobaczyć, a nie wizję). W rezultacie bohaterowie, wraz z dwójką dzieci lądują na garnuszku u matki chłopaka (Ewa Wencel). Kobieta jest uosobieniem najgorszych kawałów o teściowej, nie da się jej lubić. W domu dochodzi do takich patologii, że trudno jednak mówić o śmiechu. Teściowa poniża Beatę, traktuje ją jak więźnia, a niekiedy nawet zmusza do przespania nocy na klatce schodowej, gdyż nie otwiera jej drzwi do mieszkania.

  Trudno mianować kobietę jedyną czarną postacią w tym filmie. Tak naprawdę, to z całą trójką jest coś nie w porządku. Młoda Beata, grana przez Jowitę Budnik, nie jest zrównoważona psychicznie, a momentami doprowadza widza do szału. W kryzysowych momentach poddaje się, mobilizacją do życia nie są dla niej nawet dzieci, jest tak ślepo oddana mężowi, że po najgorszej z kłótni leży w łóżku tygodniami, nie fatygując się nawet do toalety, w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych. Bartek (Arkadiusz Janiczek) również nie zasłużył sobie niczym na tytuł ''Ojca roku'', żyje wciąż w dziecięcej bańce mydlanej, myśląc, ze ojcostwo polega na cotygodniowym zjedzeniu lodów z dziećmi. W dodatku to maminsynek i egoista.

Pink - Family Portrait
  Nadmiar patologii absolutnie nie oznacza, ze film jest zły. Wręcz przeciwnie. Dobrze napisany, kipiący realizmem film, zmusza widza do refleksji. W dodatku, oparty na autentycznej historii. Smutna historia, która może odbywać się za drzwiami każdego sąsiada.

  Jednak ostrzegam, że do tego filmu trzeba podejść świadomie, bo takich kłótni i obrazów nie widzimy na co dzień. Moja ocena: 7/10.

piątek, 8 listopada 2013

Apartament / Wicker Park

Chociaż całkiem często można usłyszeć stwierdzenie: „uczeń przerósł mistrza”, to w branży filmowej raczej trudno znaleźć przykłady remake’ów, które biją na głowę swoje pierwowzory. Jednak sytuacja ta może się przedstawiać zupełnie inaczej, kiedy widz nie ma pojęcia, że film, który dopiero co obejrzał, jest w rzeczywistości nowszą wersją istniejącego już obrazu. ALBO, gdy w pierwszej kolejności zobaczy remake, a dopiero później wersję oryginalną, to (zgodnie z działaniem efektu świeżości) właśnie remake może być dla niego filmem, który bardziej doceni i zapamięta. ALBO może też być tak, jak jest u mnie – wolę kino XXI wieku, więc czasami świadomie unikam pierwowzorów na rzecz bardziej nowoczesnego przedstawienia tej samej historii. No to teraz już wiecie, dlaczego nie tak dawno mój wybór padł na „Apartament” w reżyserii Paula McGuigana (2004), a nie na „Apartament” w reżyserii Gillesa Mimounie’ego (1996).


Historia tego dramatu - thrillera jest całkiem ciekawa. Matthew (Josh Hartnett) pracuje w dużej korporacji i ma ładną narzeczoną, więc ogólnie można stwierdzić, że mu się powodzi. Jednak, gdy tuż przed wyjazdem na delegację natrafia na ślad swojej dawnej, wielkiej miłości – Lisy (Diane Kruger), postanawia sprawdzić ten trop. Kobieta przerwała ich znajomość kilka lat wcześniej, znikając bez pożegnania, co nie daje spokoju głównemu bohaterowi.

W filmie znalazłam to, czego zawsze szukam w thrillerach – nagły (chociaż niestety nie niespodziewany) zwrot akcji i ukazanie tych samych wątków z punktu widzenia różnych bohaterów. Niestety, filmoholizm ma swoje złe strony. Coraz trudniej znaleźć nietypową, wyjątkową i zaskakującą fabułę. Oglądając „Apartament” i poznając kolejnych jego bohaterów, można zacząć nabierać podejrzeń, co za moment się wydarzy i jak potoczy się cały bieg wydarzeń. Mimo, że intuicja mnie nie zawiodła i za wcześnie rozgryzłam zagadkę tajemniczego zniknięcia Lisy, to film oglądało się całkiem przyjemnie. Jednak cały czas mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się na jakimś thrillerze szeroko otworzyć oczy ze zdziwienia i stwierdzić: „W życiu bym na to nie wpadła! Uwielbiam tego scenarzystę”. Ostatni raz widziałam taki właśnie film przeszło rok temu i był to hiszpański „La cara oculta”,  który jeszcze raz i szczerze polecam. Przeczytać mogliście o nim TUTAJ.

Diane Kruger i Josh Hartnett
Jeśli chodzi o obsadę, to nie mogę oczywiście nie wspomnieć o Diane Kruger. Cenię ją przede wszystkim za to, że każdą graną przez siebie postać traktuje bardzo indywidualnie, dlatego nie grozi jej zaszufladkowanie. Chociaż obejrzałam z nią kilka (kilkanaście?) filmów, to oglądając kolejne jej kreacje nigdy nie widzę oczyma wyobraźni żadnej z jej wcześniejszych bohaterek, liczy się tylko aktualnie prezentowana postać . W „Apartamencie” gra piękną, zmysłową, zakochaną dziewczynę, która oczarowuje widza, tak samo, jak oczarowała głównego bohatera. Szkoda tylko, że tym głównym bohaterem nie został jednak Paul Walker (jakieś komplikacje na planie „Szybkich i wściekłych”), bo z Diane stworzyliby bardzo ładny duet… ale ostatecznie Josh Hartnett też nie był zły.


„Apartament” zaliczam do udanych seansów i oceniam 7/10. Film na pewno nie jest nudny, bo mimo wszystko nigdy się nie ma pewności, jak będzie wyglądać ostatnia scena, czyli czy bohaterowie też odkryją prawdę, tak jak może się to udać widzowi. Gigantyczny plus za muzykę, która jest doskonałym tłem dla niektórych scen! A w najbliższą niedzielę piosenką dnia zostanie utwór „The scientist” zespołu Coldplay – moim zdaniem najlepsza i najbardziej znana z „Apartamentu”...

Zajawka "The scientist" 


wtorek, 5 listopada 2013

Stażyści / Internship

   Kto z nas nie marzy o idealnej pracy? Wyluzowanym szefie, świetnej atmosferze, darmowym jedzeniu, zjeżdżalniach na korytarzu, fotelach, w których można się zdrzemnąć podczas przerwy? Podczas, gdy większość z nas wciąż poluje na dream job, Nick i Billy chwycili byka za rogi i zaczęli staż dla wujka Google. Przynajmniej na potrzeby filmu ''Stażyści''.


   Bohaterowie, którzy przez większość życia byli handlowcami muszą zacząć wszystko od początku. Ich firma splajtowała, a do nich dotarło, że w dzisiejszym świecie należy być na bieżąco z nowinkami technicznymi. Internetowe dinozaury, dla których - podobnie jak dla wielu naszych rodziców - szczytem technologii jest wysłanie e-maila, postanowiły zacząć pracę w Google'u. W firmie, gdzie znajomość internetu to warunek konieczny, a jej założyciele mogliby być synami Nicka i Bily'ego. Ale jak to w amerykańskich filmach bywa: ''nie ma rzeczy niemożliwych", ''rozpocznij swoje życie od dziś'', ''jesteś tym, czym jesz''.. (sorry, zapędziłam się) itd. Koniec końców jakoś udaje im się przejść proces rekrutacyjny i lądują na stażu marzeń. Problem w tym, że w Google'u zadaniem stażystów nie jest parzenie kawy (wydaje się, że ona parzy się sama i w dodatku jest darmowa), ale faktyczne wykazanie się, by zdobyć etat. Stażystów są setki, a miejsca ograniczone. Konkurencja jest młoda, wykuta i zaprzyjaźniona z fejsem. Poza wiedzą z programowania stażyści muszą mieć w sobie tzw. ''Googlines'', czyli coś trudnego do zmierzenia.



   Jak się zapewne domyślacie, całość filmu jest dość banalna i przewidywalna, ale i tak warto go zobaczyć, bo z tego co wiem, to oddaje on realia Googla, czyli ziemi obiecanej dla informatyków. Staż tutaj wygląda jak całodniowe przebywanie w parku rozrywki. 

   Vince Vaughn i Owen Wilson, którzy grali już razem w Polowaniu na druhny są przykładem na to, że nawet liczne niedociągnięcia scenariuszowe można nadrobić chemią na planie. Widać, ze panowie lubią razem pracować i film na tym zyskuje. 

   Denerwujący jest natomiast pewien banał tego filmu, czyli pseudo-inteligenckie wstawki Billego, któremu wydaje się, że mówi coś pouczającego, niezwykle mądrego, gdy natomiast wypowiadane przez niego zdania nie układają się w logiczną całość.

   Ciekawe jest tutaj pokazanie czarnego charakteru, który jest uosobieniem Facebookowego pokolenia, czyli osobą młodą, dążącą do celu, sarkastyczną, która z litością patrzy na internetowe poczynania swoich rodziców. W produkcji pokazano walkę pokoleń, żeby zobaczyć, które z nich wygra, musicie zobejrzeć Stażystów.

   Film jest oczywiście dwugodzinną reklamą najpopularniejszej wyszukiwarki. Promocja nie jest na szczęście nachalna, a komedia całkiem przyzwoita. Oceniam na 6.5 na 10.

A oto mobilizacja dla bezrobotnych, przedstawiam Wam Google. Z innej strony, niż ta na monitorze:


Jedzenie w firmie jest darmowe dla pracowników.

Tutaj można się przespać i wypocząć w przerwie.



czwartek, 31 października 2013

Nieznajomi / Strangers

   Wszyscy wiecie, co dziś za dzień. Oczywiście! Luter 31 października 1517 roku ogłosił swoje 95 tez. Ale my nie to chcemy z Wami świętować. To dziś przypada noc duchów, upiorów, zjaw i wszelkiej maści innych strachów. Poza chodzeniem po domach i zbieraniem cukierków, zabawą w dobrym towarzystwie, malowaniem twarzy, ciekawą alternatywą (którą na przykład wybiorę ja) będzie oglądanie strasznych filmów.

Oto horrory opisane przez nas wcześniej:

Ludzka Stonoga - KLIK
Obecność - KLIK
Mama - KLIKl
Kronika Opętania - KLIK
Szepty - KLIK
Demony - KLIK
Kobieta w Czerni - KLIK

A teraz zapraszam na świeżą recenzję dotycząca filmu ''Nieznajomi'' z 2008 roku.

Mocny plakat - mocny film?
  Film zaczyna się od nieudanych zaręczyn. Pomimo włożonych wysiłków Jamesa, jego wybranka Kirsten odrzuciła oświadczyny. Sytuacja zdaje się bardzo niezręczna, ponieważ lądują sami w domu, który chłopak przygotował na - wydawało mu się - najlepszą noc swojego życia. I tak widz utyka w tym domu razem z nimi, pośród płatków kwiatów, chwil nerwowej ciszy, poddenerwowania, usiłowań zmiany atmosfery poprzez seks. Do ocieplenia stosunków jednak nie dochodzi, bo do drzwi rozlega się pukanie. Godzina 4 w nocy, totalne bezludzie - na pewno to nie dostawca pizzy. Odpowiadając standardowym ''Kto tam?'' para nie ma pojęcia, że sami skazali się na śmierć. Od tego momentu zaczynają na nich polować ludzie w maskach.

  Bryan Bertino umie budować napięcie, chwilami nawet i mnie przechodzi dreszcz. Jednak to, co wydaję nam się z początku atrakcyjne, po 40 minutach zaczyna nużyć. Owszem, nadal działa na nas widok mordercy za plecami głównych bohaterów, którzy nie zdają sobie z tego sprawy. Jednak, podobnie jak bohaterowie tego filmu (w głównych rolach Liv Tyler i Scott Speedman) sam reżyser zaczyna się gubić. Ociera się wciąż o te same sytuacje i korzysta z podobnych rozwiązań. Podczas gdy Kirsten i James nie umieją odnaleźć się w sytuacji ofiar, siedzieć cicho i wymyślać rozsądny plan ucieczki. Nie. Oni wrzeszczą, uciekają środkiem drogi, chadzają po lesie i przy każdej sytuacji pogrążają się coraz bardziej. Coś jak:


Tak, wydaję się, że dokładnie na to liczą bohaterowie Strangers.

  Film jest dobrze zagrany, a przebrania morderców wiarygodne i trochę przerażające, zwłaszcza, że do końca filmu nie zobaczymy ich twarzy. Jednak brakuje elektryzującej końcówki, która miałaby zamaskować niedociągnięcia filmu. Dlatego też daję 5.5 na 10. Jeżeli jesteście ciekawi, czy niedoszłe małżeństwo przeżyje spotkanie z Maskami, zapraszam na film.

W końcu noc Halloween jest długa, starczy czasu i na takiego średniaka. Jeżeli jednak chcecie czegoś bardziej pewnego i przerażającego, polecam Sinister.

A Wy? Macie jakis ulubiony horror, który dosłownie wbija w fotel? :)

sobota, 26 października 2013

Najlepsze najgorsze wakacje / The way way back

Nie tak dawno pisałam o thrillerze, na  którym nawet ja się nie bałam (mimo, że zachował doskonały klimat thrillera TUTAJ), a na dzisiaj przygotowałam krótką recenzję smutnej komedii. Dokładniej to dramato-komedii – według producentów. „Najlepsze najgorsze wakacje” w natłoku interesujących, jesiennych premier jakoś umknęły mojej uwadze. W tym tygodniu udało mi się nadrobić ten brak i muszę stwierdzić, że film okazał się całkiem niezły.


Główny bohater to Duncan (Liam James), nieśmiały i zakompleksiony nastolatek, który musi jechać na wakacje z mamą, jej nowym facetem oraz jego córką. Perspektywa spędzenia całego lata w towarzystwie tej trójki jest dla Duncana najdelikatniej stwierdzając – przygnębiająca. Nic w tym dziwnego, bo raczej nikt by nie chciał oglądać co wieczór najaranej matki, albo wysłuchiwać kolejnych przytyków od jej chłopaka. Na szczęście, jak wskazuje na to tytuł filmu, te wakacje będą dla głównego bohatera najlepszymi z dotychczasowych. A to za sprawą nowopoznanego i optymistycznego do bólu Owena (Sam Rockwell).


Filmowy Duncan to idealny przykład człowieka, któremu nie potrafię nie współczuć. Albo może raczej przykład człowieka, którego nie może mi nie być żal. Chłopak jest tak przygnębiony, spięty i niedowartościowany, że aż miałam ochotę potrząsnąć laptopem, w nadziei, że Duncan może w końcu zmieni swój wyraz twarzy. Trochę emocji i humorystycznych akcentów wprowadziło dopiero pojawienie się Owena – dorosłego faceta, którego pozytywne i lekkoduszne nastawienie do wszystkiego i wszystkich podziałało także na głównego bohatera.
Filmowi: Owen i Duncan (już z zaczątkami uśmiechu)

Raczej banalna i już wiele razy odtwarzana fabuła, o dziwo wcale nie była nużąca. Film ogląda się bardzo lekko, bo nie trzeba się specjalnie skupiać na rozumieniu skomplikowanych wątków oraz tworzeniu własnych domysłów w stylu: „co reżyser miał na myśli?”. Chociaż nie jestem jakąś specjalną fanką filmów familijno-obyczajowych (bo właśnie pod taką kategorię podpięłabym ten tytuł), to „Najlepsze najgorsze wakacje” były przyjemną odskocznią od dramatów i biografii, które oglądam co drugi dzień. Już kilka razy spotkałam się z porównywaniem opisywanej dzisiaj produkcji do filmu pt.  „Królowie lata” – nie o jednym, a o trzech chłopakach z problemami. Faktycznie, można zauważyć sporo podobieństw w obu tych historiach, jednak „Królowie…” byli dla mnie nieco przerysowani, przez co o wiele mniej wiarygodni. Z kolei „Najlepsze najgorsze wakacje” myślę, że mógł w swoim życiu przeżyć niejeden nastolatek.


Jeśli liczycie na spektakularną grę aktorską, wyjątkową i zaskakującą opowieść, albo historię z podwójnym dnem, to seans „Najlepszych…” lepiej odłożyć na inny dzień. Natomiast, jeżeli macie ochotę na film lekki, ale nieodmóżdżający, który spokojnie można obejrzeć w towarzystwie całej rodziny, to już się pewnie domyślacie, co bym Wam poleciła. Daję 6,5/10.