- Ja chcę z Tobą być..
- Nie chcesz być, chcesz mnie tylko pieprzyć.
- ... ale ja Cię Kocham...
Taki dialog nie wywoływał by sensacji gdyby nie fakt, że para mówiąca go to brat i siostra.
O ''Bez wstydu'' było głośno. Kościukiewicz i Grochowska w produkcji mówiącej o kazirodztwie. Taki film w naszym dość konserwatywnym państwie to sensacja. Dlatego też z ciekawością zabrałam się do oglądania filmu Filipa Marczewskiego.
Główni bohaterowie. Grochowska i Kosciukiewicz
Opowiada on historię brata, który po dłuższej nieobecności wraca do mieszkania swojej siostry. W przeszłości doszło między nimi do intymnego zbliżenia Reżyser i aktorzy doskonale oddali niezręczność całej sytuacji w pojedynczych scenach. Brat liczy, ze historia się powtórzy, jednak jego siostra postanowiła związać się z kimś innym. Niestety wybór jest bardzo nietrafiony, w jednej z końcowych scen dochodzi do tak patologicznej sceny jeżeli chodzi o związek dwojga ludzi, ze aż nie mogłam powstrzymać wulgarnego, głośnego komentarza kierowanego do postaci granej przez Macieja Marczewskiego. I uważam, ze jest to jeden z głównych powodów dla którego warto ten film zobaczyć, bo świetna gra tego aktora sprawia, że w 5 minut zaczynamy go nienawidzić.
Produkcją ani się nie zawiodłam, ani zachwyciłam. Niewątpliwą zaletą tego obrazu jest to, że poza głównym motywem zakazanej miłości zawiera on w sobie również inne historie. Mianowicie próbę obojga głównych bohaterów budowy normalnych związków. On z Cyganką, ona z paralogicznym dupkiem. Co z tego wyniknie? Zobaczcie sami. Krytycy zarzucają ''Bez wstydu'' nadmiar wątków, jednak według mnie zostały one odpowiednio wyważone.
Film świetnie obsadzony, zwłaszcza jeżeli chodzi o główne postaci. Chociaż według mnie filmem zawładnęła Agnieszka Grochowska, od której trudno oderwać wzrok. Doskonale wyraziła emocje, głęboko współczujemy jej życiowego partnera. Nie mówiąc o tym, że sceny nagości z jej udziałem emanowały naturalnością.
Piękna Agnieszka Grochowska.
W porównaniu do wielu smutnych polskich dramatów ten nie nudzi. Film oglądamy z ciekawością i wyczekiwaniem na intymne zbliżenia Anki i Tadka. Jeżeli jednak chcecie obejrzeć Bez Wstydu tylko ze względu na to, to nie polecam, bo jest on dość subtelny. Mamy tutaj jedną scenę intymną, według mnie świetną no ale... pojedyncza. Może jeżeli poruszamy taki temat tabu i mamy być na językach ludzi to warto by postawić na więcej kontrowersji? Jednak mimo nie ukazywania kontrowersyjnych scen film daje do myślenia, a napięcie erotyczne między dwojgiem rodzeństwa jest niemal namacalne już od pierwszych scen.
Bond – chyba nie ma na naszej planecie osoby, która
nie zna tego nazwiska. O fenomenie agenta 007 można by z pewnością napisać
kilkustronicowy esej, który i tak byłby jedynie namiastką jego historii. Skyfall, czyli najnowszy film z serii, znów
nam przypomina kim jest i co robi efektowny i efektywny Bond. James Bond.
Na początek małe podsumowanie, czyli agent 007 w
liczbach: w przyszłym roku Bond skończy 60 lat; pierwsza książka została wydana
w 1953 roku, a ostatnia w 2011; łącznie powstały 44 książki, napisane przez
siedmiu autorów; pierwsza ekranizacja pochodzi z 1962 roku i w sumie możemy
obejrzeć 23 filmy; w postać Bonda wcieliło się sześciu aktorów, a całkowita
liczba dziewczyn agenta wynosi 64.
Sześciu Bondów: Connery, Moore, Lazenby, Dalton, Brosnan, Craig
W wielkim skrócie, o co chodzi - w Skyfall Bond (Daniel Craig) stara się uratować M ( Judi Dench), której zagraża niebezpieczny Raoul Silva (Javier Bardem). 007 m.in. wraz z agentką Eve (Naomie Harris) stara się dopaść wroga, choć motywy działań Silvy dopiero z czasem stają się dla Bonda zrozumiałe. Film wyreżyserował Sam Mendes, który wcześniej nigdy nie stawał za kamerą żadnego obrazu tej serii, ale zdobył sławę dzięki Drodze do szczęścia i American Beauty. Choć nie jestem fanką przygód agenta i widziałam
dosłownie kilka filmów z tej serii, to tym razem nabrałam dużej ochoty na obejrzenie Skyfall. Nie ma co ukrywać, że
zadecydowała moja ciekawość oraz pochlebne opinie, które słyszałam od
znajomych. Teraz mogę stwierdzić, że na
szczęście się nie zawiodłam i mimo 143 – minutowego seansu, nawet się nie
nudziłam.
Jeśli miałabym wskazać główną zaletę filmu to…
miałabym problem. Dlatego zacznę od tego co lubię najbardziej, czyli od obsady.
Paradoksalnie nie chcę skupić się na Craigu, tylko na czarnym charakterze Skyfall, bo Javier Bardem idealnie
pasował do roli zwariowanego, wręcz niepoczytalnego prześladowcy. Choć tego
aktora nigdy nie włączałam do grona najprzystojniejszych gwiazd, to jako Raoul
Silva wyglądał nadzwyczaj niekorzystnie. Na pewno przyczyniła się do tego
świetna charakteryzacja. Dzięki niej, hiszpańska uroda Bardema zniknęła pod blond
czupryną i nadała aktorowi typowo skandynawskiego charakteru. Również jego gra naprawdę
nie zostawiała nic do życzenia. Kolejnym plusem była Judi Dench, która ma na
swoim koncie tak różnorodne role, że nigdy nie utożsamiałam jej z jedną
konkretną postacią. To naprawdę niezwykłe, że gdy tylko ją widzę na ekranie,
przypominam sobie zarówno Pokój z
widokiem, Czekoladę, Mój tydzień z Marilyn, Hotel Marigold i szereg innych
filmów. Dench już po raz siódmy z rzędu
wcieliła się w postać M w serii o agencie 007 i myślę, że jak zawsze, dobrze w
swojej roli wypadła. No i oczywiście Craig. Dużo osób ma zastrzeżenia do jego
wizerunku Bonda, tak bardzo odmiennego od wszystkich poprzednich, do których
przez kilkadziesiąt lat się przyzwyczailiśmy. Mnie wykreowany przez niego agent
wcale nie przeszkadza, jednak tego aktora i tak najbardziej kojarzę z postacią
Blomkvista w Dziewczynie z tatuażem.
Jedynie Naomie Harris w roli dziewczyny agenta jakoś nie zachwycała. Podobno o
tę rolę ubiegały się m.in. Olivia Wilde i Rachel Weisz. Być może któraś z nich
zagrałaby ciekawiej.
Javier Bardem doskonale się sprawdził w roli czarnego charakteru.
Za to bardzo podobał mi się sposób przedstawienia
obecnego Bonda. Widać, że się starzeje, z czym trudno mu się pogodzić. Ciężej
mu wrócić do formy po ostatniej akcji i jest słabszy fizycznie. Jednak jak
zawsze elegancko wygląda w każdej sytuacji, czy to lądując z gracją na dachach
pociągów, czy wychodząc z lodowatej wody. Niezmiennie się nie poddaje i dumnie
walczy z całą rzeszą przeciwników. Zatem mimo upływu lat, wizerunek pewnego
siebie mężczyzny pozostaje nienaruszony. Tym bardziej, że nadal podoba się
kobietom, co z pewnością mu pochlebia.
Kolejnym plusem są nieziemskie widoki i krajobrazy,
które bardzo często się zmieniały, więc okiem kamery można zwiedzić spory
kawałek świata. Naprawdę jest co oglądać, bo Skyfall kręcono w Wielkiej Brytanii, Szkocji, Indiach, Turcji, RPA
i w Chinach. Moim numerem jeden został zdecydowanie Szanghaj. Za zdjęcia
odpowiada Roger Deakins (Wyścig z czasem,
Prawdziwe męstwo, Droga do szczęścia, Lektor, Piękny umysł, Tajemniczy ogród
i wiele, wiele innych hitów).
Zwiastun filmu:
Nie da się wspomnieć o Jamesie Bondzie bez zwrócenia
uwagi na product placement (czyli lokowanie produktów). Choć istnieje mnóstwo
marek, które się w to włączyły – co potwierdza fakt, że około jedna trzecia
budżetu filmu pochodzi właśnie z reklam tych marek – to lokowanie owych
produktów wcale nie raziło, a często było nawet niezauważalne. Istnieje tylko
kilka najbardziej zaangażowanych marek, które dobrze widać na ekranie. Jest to
temat, który być może nie wszystkich interesuje tak bardzo, jak sam film.
Dlatego dalsza część tekstu pojawi się po kliknięciu „czytaj dalej”. Dodam, że
naprawdę warto, bo znajdziecie tam mnóstwo zdjęć, filmików reklamowych i ciekawostek finansowych J
Siły reklamy i promocji chyba nie trzeba nikomu
tłumaczyć. Niejednokrotnie chwytliwe slogany działają na nas tak strasznie
kusząco, że trudno się oprzeć zachęcającej ofercie. Dotyczy to w zasadzie
wszystkiego – zakupów, wakacyjnych wyjazdów, pożyczki w banku, no i oczywiście filmów. Whisky dla aniołów jest doskonałym
przykładem tego, jak strategia marketingowa może wprowadzać widzów w błąd.
Hasła z plakatu: „Totalna zabawa” i „Brytyjska
komedia, którą pokocha 38 milionów Polaków” brzmią jak zapowiedź doskonałego
kina rozrywkowego, mającego nam dostarczyć kilkudziesięciu minut śmiechu. W ten sam sposób przygotowano trailer, ponieważ zmontowano w nim dosłownie wszystkie momenty, które można by ewentualnie uznać za
śmieszne. Sceny wyrwane z kontekstu i wesoła muzyczka w tle, tworzą wrażenie
świetnie się zapowiadającej komedii roku. Zastanawiałam się po co tak właściwie
twórcy na siłę przedstawiają Whisky dla
aniołów w świetle komedii, skoro nie da się ukryć, że komedią nie jest.
Jeśli zrobili to celowo, to być może stwierdzili, że wówczas zarobią więcej,
niż na przeciętnym filmie obyczajowo – dramatycznym (trudno mi określić jaki to
właściwie gatunek). Jeśli jednak zrobili to nieświadomie, to jest to jeszcze
gorsze, bo z taką promocją zdecydowanie nie trafiają w odpowiedni target. Do
kin wybiorą się miłośnicy komedii, którzy w trakcie seansu mogą mieć wrażenie,
że pomylili salę.
Fabuła - W
filmie śledzimy losy czwórki znajomych, mających różne problemy z prawem. Głównym
bohaterem jest Robbie (Paul Brannigan) – młody tata, który wcześniej brał udział w licznych bójkach,
ale ze względu na synka, chce zerwać ze swoim starym życiem. Pomaga mu w tym
opiekun Harry (John Henshaw), wprowadzając go w tajniki fascynacji whisky. Dziwnym trafem
okazuje się, że Robbie ma doskonały zmysł smaku i węchu, przez co mógłby być
dobrym degustatorem tego trunku. Pewnego dnia wpada na pomysł, jak wykorzystać
whisky (niekoniecznie swoją i niekoniecznie legalnie) do tego, by się szybko
wzbogacić. W realizacji planu pomagają mu: kleptomanka Mo (Jasmine Riggins); Rhino (William Ruane) – najbardziej
nijaki i Albert (Gary Maitland), najdziwniejszy z całej czwórki: odrzucający i
obleśny, życiowo nieporadny i głupi, ale wpadający czasami na dobre pomysły.
Plan idealny z whisky w tle ?
Jak już się w trakcie filmu zorientowałam, że jednak nie oglądam komedii, to stwierdziłam,
że może chociaż Whisky dla aniołów ma
jakieś przesłanie, o którym będzie można później podyskutować. Niestety
nic z tego. Motyw przewodni zupełnie do mnie nie trafił. Whisky jako złoty lek
na wszelkie kłopoty jest dla mnie totalną bzdurą i absurdem, na miarę filmu
fantasy i chętnie już bym o nim zapomniała. Kolejnym minusem są zupełnie przeciętni
aktorzy. Nie znam ich z żadnych wcześniejszych ról i na pewno nie będę teraz szukać informacji, gdzie będzie można znów
ich zobaczyć. Jedynie wspomniany wyżej Maitland, grający Alberta, idealnie
pasował do swojej roli. Nie jestem jednak pewna czy to dobrze, bo pewnej odrzucającej sceny z jego udziałem na pewno tak
szybko nie zapomnę.
Gary Maitland, filmowy Albert
Czytałam w internecie różne komentarze widzów na temat
tego filmu. Opinie były bardzo skrajne, bo jedni uważali, że film jest
niesamowicie nudny i ciężko go obejrzeć do końca. Inni z kolei bardzo go zachwalali. Znalazłam nawet takie podsumowania jak: „rewelacyjny”, „film z przekazem”, „ambitne
kino”. Ja jednak uważam, że Whisky dla
aniołów ciężko sklasyfikować. Film nie był aż tak przeraźliwie nudny, a to
sto minut jakoś mi minęło. Za to na pewno nie powiem, że jest to kino ambitne, bo motyw:
spróbuj whisky, a życie ci się ułoży – nie jest dla mnie żadnym przekazem.
Podsumowując: Nie polecam, bo nie wiem za co można
by go polecać.
I znowu zawitaliśmy w Paryżu! Powitał nas świat miliona kolorów, ciasnych gorsetów, cylindrów, muzyki, diamentów, rozłożonych nóg, pięknych kobiet, pieniędzy, kankana... Powitał nas Moulin Rouge!
Film nagrodzony dwoma Oscarami w 2002 roku - za najlepszą scenografię i najlepsze kostiumy.
Scenariusz filmu jest banalnie prosty. Mamy ubogiego pisarza chcącego zasmakować paryskiej bohemy. Wpada w otchłań skandalizującego, sławnego w Paryżu kabaretu Moulin Rouge (''Czerwony Młyn''). Zakochuje się w kurtyzanie. Na przeszkodzie ukochanym staje obrzydliwie bogaty Ksiaże. Historia miłosci zaserwowana na deskach kabaretu. Podobne historie towarzyszą nam od zawsze. A jednak Moulin Rouge ma to ''coś''!
Królowa Moulin Rouge! Uwodzicielska Satine.
Przede wszystkim (i tutaj będzie malutki spoiler); film nie kończy się happy endem. I to odróżnia go od wszelkich bajek i historii tego typu. Zwrócić uwagę należy na kreacje dwóch głównych postaci - Nicole Kidman i Ewana McGregora, którzy stworzyli piękną, filmowa parę. Zagrali naturalnie i znaczenia całej produkcji.
Dla mnie ogromną zaletę stanowiła muzyka. Nie spodziewałam się, że będzie ona tak nowoczesna a jednocześnie tak naturalna dla tej produkcji. Wszystko to zasługa Craiga Armstronga II, który stworzył ścieżkę dźwiękową dla tej produkcji (był tez odpowiedzialny za muzykę m.in. w ''To właśnie miłość'' - numer jeden na Święta, a muzyka i tam zachwyca).
Magia i sposób w jaki ten film wciąga jest nie do opisania. I nie wiem czy winien temu Paryż, świetnie dobrani aktorzy, momenty komedii, ciekawe ujęcia, postać Satine czy kroki kankana ale film zafascynował mnie od pierwszych minut.
Główny powód dla którego jednak chciałam przybliżyć Wam ten film jest inny. Chciałam dać Wam powód do dumy i zapoznać z ciekawostką o której (jak ja wcześniej) może nie mieliście pojęcia. Jest to również odpowiedź na zadane rano pytanie na naszym fanpage: KLIK
Możemy (jako Polacy) być dumni bo w tej Oscarowej produkcji zagrał Polak o którym mogliście nie słyszeć (nie tak jak o Izie Podbijam LA Miko), Polak, który zagrał tez wiele innych ciekawych i poważnych ról: Jacek Koman. Nazwisko Wam nic nie mówi ale na pewno kojarzycie go z roli ordynatora szpitala w nowej TVNowskiej produkcji ''Lekarze'', gdzie gra u boku Różdżki i Małaszyńskiego. A w Moulin nie tylko dobrze gra, ale też śpiewa (i to nie byle co ale El Tango De Roxanne) i tańczy:
I poprzez tą rolę pokazuje nie tylko, ze jest wykwalifikowanym aktorem ale tez człowiekiem o świetnym głosie Jeżeli ciekawi jesteście Jacka, jego hollywoodzkiej biografii to polecam Wam jego występ w show Kuby Wojewódzkiego: KLIK
Jacek Koman w Moulin!
..i w ''Lekarzach''.z Agnieszką Więdłochą.
Jeśli zaś film Moulin Rouge zachęcił Was do obejrzenia występu na żywo to wspomnę jedynie, że bilet kosztuje ponad 100 euro. Dzięki internetowi na szczęście doskonałe przedstawienie mamy za darmo!