czwartek, 6 grudnia 2012

Holiday

Dziś 6 grudnia - Mikołajki. To oznacza, że Święta zbliżają się wielkimi krokami. W przerwie między bieganiem po prezenty, pieczeniem świątecznych pierniczków, zakopywaniem się w kolorowym papierze i wstążkach, ubieraniem choinki chcemy zaproponować Wam filmy, które umilą Wam czekanie na Wigilię. Przedstawiamy Serię najlepszych świątecznych filmów.


A zaczynamy z bardzo wysokiej półki, gdyż od jednego z moich trzech ulubionych filmów na Święta, mianowicie ''Holiday''. Tak swoją drogą to świetnie, że postanowiono nie tłumaczyć tego tytułu na język polski, bo boję się co mogłoby z tego wyniknąć: ''Świąteczna zamiana domów'', ''Wakacje Bożenarodzeniowe''?


Przechodząc jednak do filmu. Rzadko po obejrzeniu filmu jestem zainteresowana zdobyciem ścieżki dźwiękowej. Jednak w tym przypadku można powiedzieć, że zapragnęłam jej słuchać w kółko. Wielkie brawa należą się Hansowi Zimmerowi, który przez ponad dwie godziny zachwycał nas i wzruszał za pomocą jedynie dźwięków. Posłuchajcie, niech mówi sama za siebie, bo mnie brakuje słów by ją opisać:


Druga rzecz: iście hollywoodzka obsada! Cameron Diaz, Kate Winslet (tak, ta główna z Titanica), Jack Black i zachwycający  uwodzicielski Jude Law. Law i Diaz stworzyli według mnie jedną z najbardziej wiarygodnych filmowych par w historii. Ich rozmowy były nienaciągane, śmiech naturalny, przez co wydawali się bardzo dobrani. Uważam też, że to była życiowa rola Cameron, co scenę zachwycała bardziej, zarówno wyglądem jak i kreowaną przez samą siebie postacią.


O czym opowiada scenariusz? Mamy dwie kobiety: silną, przebojową Amandę, producentkę thrillerów i sympatyczną beksę, dziennikarkę Iris. Obie ze złamanymi sercami starają się poskładać i przez to zamieniają domami. Amanda ląduje w uroczym domku w angielskiej wsi, a Iris w willi w LA. Na początku wydaje się, że każda trafiła do tak odmiennego od siebie świata, że nie jest w stanie się w nim odnaleźć, jednak z czasem trudno im będzie wrócić. A to oczywiście przez poznanych facetów!

Najlepsza para w komedii romantycznej? Jude Law i Cameron Diaz!

Kate Winslet i Jack Black.
Holiday, mimo, że jest komedią romantyczną to nie jest filmem przesłodzonym, nachalnym w romantyczności.  Jest to subtelna komedia dla każdego. Mocnym atutem są tutaj przemyślane dialogi i humor. Kobiety są na początku w trudnym etapie swojego życia, ale film nie jest dramatyczny, patetyczny czy smutny, ale piękny i wzruszający.

Uwierzcie mi, że nie ma lepszego filmu na rozpoczęcie filmowego świątecznego odliczania! Film wciąga, zaskakuje, nie nudzi, a wspomniana przeze mnie ścieżka dźwiękowa fascynuje od pierwszej nuty. Dodajmy urokliwy klimat angielskiej wsi i mamy doskonały film! Nie tylko dla fanek Juda Law, jednak przyznam, że jego obecność działa na zdecydowany plus i podnosi walor estetyczny :). 

Moja ocena: 8/10!

A gdzie wy wolelibyście spędzić Święta?:)

Los Angeles

...i urocza angielska wieś :)

piątek, 30 listopada 2012

Chicago


Na ten andrzejkowy wieczór zostawiłyśmy dla Was najbardziej rozśpiewany i roztańczony film Projektu Kino, czyli Chicago. Musical jest dzisiaj zdecydowanie dobrym wyborem, a tak się składa, że Chicago jest na pewno jednym z najlepszych musicali XXI wieku. Dowodem na to może być chociażby 13 nominacji do Oscarów 2003 i sześć zdobytych nagród, w tym najważniejsza: za  Najlepszy film.



Proponuję by w trakcie czytania towarzyszyła Wam jedna z moich ulubionych piosenek tego filmu J




Chicago to ekranizacja musicalu Kandera, Ebba i Fosse’a. Akcja rozgrywa się w tytułowym mieście w 1929 roku, a główną bohaterką jest piosenkarka Roxie Hart (Renee Zellweger), która trafia do więzienia za zamordowanie swojego kochanka. Paradoksalnie, dzięki pomocy  prawnika Billy’ego Flynna (Richard Gere), Roxie staje się ulubienicą mediów, która nawet w więzieniu zachwyca i zaskakuje.

Renee Zellweger jako  Roxie Hart

Myślę, że naprawdę trzeba by się bardzo mocno starać, by nie zostać fanem Chicago. To kwintesencja musicalu, który dosłownie z minuty na minutę zachwyca coraz bardziej. Fantastyczna muzyka, piękne kostiumy i świetna scenografia powodują, że trudno oderwać wzrok od ekranu i jeszcze długo, długo po seansie w uszach brzmi and All that jazz… Właśnie dlatego musical (a w szczególności właśnie ten) powinien być nazywany dousznym i doocznym poprawiaczem humoru J

Nie da się również ukryć, że na sukces produkcji zapracowała cała grupa świetnych aktorów, a przede wszystkim aktorek, bo Richard Gere jakoś nie powalił mnie na kolana. Pamiętam też, że gdy oglądałam Chicago po raz pierwszy miałam mieszane uczucia odnośnie obsadzenia Renee Zellweger w roli bezwzględnej i zdeterminowanej kobiety – karierowiczki. Byłam przyzwyczajona do jej komediowych kreacji, które na pewno są bardzo sympatyczne, ale też dosyć do siebie podobne. Dlatego tym bardziej się ucieszyłam, gdy się okazało, że Renee jest dla mnie idealną Roxie.


Renee Zellweger

Catherina Zeta - Jones

Richard Gere

Jednak film należał przede wszystkim do Catheriny Zety – Jones, która doskonale zagrała Velmę Kelly – sceniczną rywalkę Roxie. Zeta – Jones zapewniła nam doskonały pokaz wokalno – taneczny, który już teraz można nazwać kultowym. Nic więc dziwnego, że wywalczyła Oscara za najlepszą aktorkę drugoplanową.

Podsumowując, oceniam 8/10, bo film jest naprawdę BARDZO DOBRY. Nawet jeśli nie jesteście fanami tego gatunku filmowego, nawet jeśli nie gustujecie w tego typu muzyce i nawet jeśli liczba Oscarów jest dla Was żadnym argumentem – to i tak zachęcam do obejrzenia Chicago. Dobry humor gwarantowany, a w dodatku jeszcze nie znam osoby, która by skrytykowała tę genialną ścieżkę dźwiękową. 






czwartek, 29 listopada 2012

Między słowami / Lost in Translation

Przedstawiamy czwarty film z Projektu Kino, czyli Między słowami, za którego reżyserię i scenografię odpowiada Sofia Coppola. Został on oznaczony jako komedia i melodramat, ale myślę, że bardziej trafne  byłoby włączenie go do grupy filmów obyczajowych.  Jest całkiem przyjemny i w sam raz na taki nieciekawy, jesienny wieczór, jaki mamy dzisiaj.




Bob (Bill Murray) to mężczyzna po 50-tce, z 25-cio letnim stażem małżeńskim. Poznajemy go gdy przyjeżdża do Tokio, by nakręcić reklamę japońskiego whisky Santory (swoją drogą, mamy tutaj do czynienia z nieskrywanym product placementem). W  hotelu, w którym mieszka, poznaje interesującą Charlotte (Scarlett Johansson). Młoda dziewczyna  przyjechała razem z zapracowanym mężem fotografem i większość czasu spędza samotnie w hotelowym pokoju. Zarówno Bob, jak i Charlotte cierpią na bezsenność, co jak się okazuje jest pierwszą łączącą ich sprawą. Z czasem odkrywają, że mają znacznie więcej wspólnych tematów i w ciągu zaledwie tygodnia znajomości stają się przyjaciółmi.

Bob (Bill Murray) w reklamie whisky Santory

Scarlett Johansson, jako Charlotte - samotna mężatka

Gdybym miała opisać  Między słowami tylko jednym słowem, to określiłabym go jako SPOKOJNY. To bardzo ciekawa sprawa, bo mimo, że nie zobaczymy tutaj żadnych nagłych i zapierających dech zwrotów akcji, to i tak  z zainteresowaniem śledzimy losy Boba i Charlotte. Pewnie między innymi dlatego w 2004 roku Sofia Coppola dostała  za ten film Oscara w kategorii Najlepszy scenariusz oryginalny.

Sofia Coppola, rok 2004 i Oscar za "Najlepszy scenariusz oryginalny"

Do zalet Między słowami na pewno zaliczam także grę Scarlett Johansson i Billa Murray’a, którzy pomimo znacznej różnicy wieku potrafili wiarygodnie przedstawić parę zaprzyjaźnionych osób. Mimo, że nie jest to film nasycony erotycznymi podtekstami, tak często widocznymi w tego typu historiach, to i tak nie da się ukryć, że ta dwójka bohaterów myśli o czymś więcej, niż tylko o przyjaźni. Teraz już chyba rozumiecie, dlaczego tak mi się spodobała gra tych aktorów.




Wątek humorystyczny, nienachlany i niegłupi, ale zabawny – to kolejna sprawa, która zdecydowanie zadziałała na plus.

Nie znalazłam żadnych rażących wątków, które by mnie zniechęciły do tego filmu. Jednak nie zaliczam go też do grona moich ulubionych. Być może niektórych widzów skłonił do głębszych refleksji na temat samotności człowieka w wielkim mieście, ale ja się do tej grupy nie zaliczam. Dlatego oceniam Między słowami 6/10. Czyli: jest to niezły film, który warto zobaczyć, ale nie wywołał u mnie jakichś głębszych przemyśleń, ani gdy go widziałam pierwszy raz, ani teraz – przy okazji Projektu Kino. 



środa, 28 listopada 2012

Dzwonnik z Notre Dame / The Hunchback of Notre Dame

Walt Disney jest moim osobistym Jezusem. Jednym z największych postaci XX wieku. A bajki jego wytwórni oglądam z takim samym zapałem, jak wtedy, gdy byłam małą dziewczynką. Gdy Disney chce nas zabrać w podróż do średniowiecznego Paryża, nie wypada odmówić.

Podróż rozpoczniemy piosenką:


Jestem pewna, że oglądaliście tą bajkę i to nie raz. Ale pokrótce przedstawię Wam fabułę. Quasimodo to wyjątkowo szpetny dzwonnik. Przez całe życie ukrywa się w wieży katedralnej, a jego jedynymi towarzyszami są ptaki i gargulce, które ożywają i dotrzymują towarzystwa głównemu bohaterowi. W dzieciństwie nasz bohater przezywa prawdziwą traumę, jego rodzice to Cyganie, których tępią ludzie okrutnego sędziego Frolo. W strachu przed piekłem po zabiciu rodziców chłopca sędzia zajmuje się sierotą. O ile zajmowaniem się możemy nazwać zamkniecie w katedrze Notre Dame, słowne znęcanie się i pogardę. Gdy chłopak kończy 20 lat przeżywa chwilę buntu i wychodzi zobaczyć festyn z okazji Dnia Błazna, przeżywa tam zarówno chwile radości jak i upokorzenia. Poznaje piękną cygankę Esmeraldę. A następnie fabuła biegnie jak oszalała.



W Esmeraldzie zakochuje się Quasimodo, następnie zaś dowódca ami Febus a na końcu sam Frolo. Każdy jednak inaczej okazuje jej to uczucie. Dzwonnik jest opiekuńczy, ratuje jej życie, żołnierz flirtuje z nią i ratuje jej przyjaciela Dzwonnika a Frolo rwie sobie włosy z głowy, nakłada na nią ekskomunikę i próbuje zabić. Gdy spytałam moją 9 letnią siostrę czy coś z tego rozumie odpowiedziała: - Nie, ale piosenki są fajne.

Wydaje mi się wiec, że Dzwonnik to nie tyle bajka dla dzieci, co dla starszych pokoleń. Ok, tak naprawdę próbuję sobie wytłumaczyć jak 23 letnia studentka tak dobrze bawi się na bajce. Ale przecież to Disney!

Mimo zaplątanej i skomplikowanej doić fabuły jak dla dzieci, Disney zaserwował nam piękną kreskę, dokładność i masę kolorów przedstawionej rzeczywistości. Szczegółowość postaci i elementów przyprawia w zdumienie! A mamy rok 1996, bez bajerów, photoshopów i cudów techniki.


Kolejną zaletą są postaci, tak wyraźne, ze mimo, iż mamy ich wiele, a każda pokazywana jest łącznie kilka minut to po seansie rysują nam się ich dokładne portrety psychologiczne. Każda z postaci jest wyjątkowa i ma coś w sobie. Mi do gustu najbardziej przypadły gargulce, no i oczywiście Quasimodo. Btw: nie uważacie, ze ten Febus to jakiś tępy osiłek? Gdybym ja pisała scenariusz zakończenie byłoby zgoła inne!

Uzupełnieniem całej produkcji oraz wykazem emocji bohaterów są piękne piosenki. Wpadające w ucho, a na dłużej w pamięć. Cudowna ścieżka dźwiękowa - jak zawsze u Disneya.

Mamy end ale czy happy? Podoba mi się takie wiarygodne rozwiązanie, Disney nie przesłodził a wypośrodkował - kolejny plus!


Przede wszystkim jednak, co najważniejsze - wytwórnia daje nam dużą lekcję tolerancji i tego, ze świat nie jest czarno-biały. Brzydki nie znaczy zły, a fucha sędziego nie dodaje rozumu. Tolerancji zarówno w stosunku do osób niekoniecznie pięknych ale też innych grup etnicznych. Wszyscy jesteśmy tacy sami a ocena nie zależy od tego jak wyglądamy i gdzie się urodziliśmy ale ile dobrego zostawiamy za sobą. Ah, piękny, bajkowy morał. Zarówno dla dzieci, jak i dorosłych ;)

Kolorowy Paryż, pełen śpiewających Cyganek i masywne, wywołujące dreszcze mury katedry Notre Dame w tej bajce oceniam na 8/10!