sobota, 21 lutego 2015

Trzecie urodziny ILMW :)


Przypominajka!

21.02.2012 pojawił się na InLoveWithMovie.bogspot.com pierwszy wpis :) 

Nasza miłość do filmu wcale przez ten czas nie zmalała - wręcz przeciwnie, więc jesteśmy pewne, że blogowanie zajmie nam jeszcze dużo, dużo czasu.

Świętujemy tak naprawdę codziennie, od trzech lat, bo praktycznie nie ma dnia, w którym nasze myśli nie wędrowałyby wokół filmów i kina.

Dziękujemy wszystkim, którzy nas czytają, komentują i obserwują :)









Grand Budapest Hotel

9 nominacji: film, reżyser (Wes Anderson), scenariusz oryginalny (Wes Anderson), zdjęcia, muzyka oryginalna, scenografia, kostiumy, charakteryzacja i fryzury, montaż



Rok 1968. Młody pisarz (Jude Law) przebywa w podupadłym europejskim hotelu, gdzie nawiązuje znajomość z panem Zero Moustafą (F. Murray Abraham), obecnym właścicielem. Tajemniczy mężczyzna zgadza się opowiedzieć zainteresowanemu pisarzowi o tym, jak wszedł w posiadanie budynku. Historia zaczyna się w 1932r., w burzliwym okresie międzywojennym i czasie największej świetności hotelu. Zero, jako młodzieniec, pod czujnym okiem legendarnego konsjerża – Gustava H. (Ralph Fiennes) rozpoczyna pracę jako lobby boy. Z czasem zostaje nie tylko zaufanym pracownikiem, ale też przyjacielem Gustava. Pewnego dnia konsjerż dowiaduje się, że jedna z jego ulubionych pensjonariuszek, Madame D. (Tilda Swinton), umarła i zapisała mu w spadku bardzo wartościowy obraz, czym jej psychopatyczny syn, Dimitri (Adrien Brody), jest niezwykle oburzony. Wkrótce Gustave zostaje oskarżony o morderstwo. (Źródło: Filmweb)



Nieczęsto zdarza mi się wracać do filmu, którego nie uwielbiam albo chociaż nie darzę jakimś sentymentem. Do „Grand Budapest Hotel”  wróciłam po prawie rocznej nieobecności… pomimo braku uwielbienia i pomimo braku sentymentu. Wróciłam, bo Oscary, BO DZIEWIĘĆ NOMINACJI DO OSCARA.

Najpierw plusy, bo oczywiście są! Film Wesa Andersona jest najoryginalniejszym obrazem spośród tegorocznych nominowanych w kat. najlepszy film. Nie jest biografią, ani typowym dramatem, nie opowiada też historii opartej na faktach. Przenosi widza w ekscentryczny, wręcz baśniowy świat pozbawiony szarości i przyziemności. Kolorowe jest tutaj dosłownie wszystko: wystrój wnętrz, stroje, a nawet osobowości. Pozostając przy osobowościach – już dawno nie powstał film z tak dużym nagromadzeniem znanych nazwisk w obsadzie (Fiennes, Brody, Norton, Swinton, Law, Murray). Wszyscy świetnie ucharakteryzowani i nawet jeśli pojawili się na ekranie przez dosłownie kilka minut, to sprawili mi swoją obecnością ogromną radość.  


Jedyny, ale za to najistotniejszy minus – to nie moja bajka. Dzisiejszy seans trochę mnie wymęczył i wynudził. Mało komedii w komedii i mało dramatu w dramacie. Trudno sprecyzować jaki to gatunek filmowy i trochę mi szkoda, że nie zatraciłam się w bajkowych i wielobarwnych obrazach, które rozsądek karze docenić, ale nic z tego nie wychodzi. Coś czuję, że Wes Anderson należy do grupy tych twórców, których charakterystyczny i rozpoznawalny na kilometr styl albo widzowi mocno przypada do gustu, albo mu nie odpowiada. Ja jestem jeszcze na etapie poznawania jego pracy (oprócz „Grand..” widziałam jedynie „Kochanków z księżyca”, których nawet polubiłam), ale już się boję, że każdy kolejny jego film będzie dla mnie powieleniem pewnych przyjętych schematów.

Miałam szczerą nadzieję, że tym razem (tzn. po drugim obejrzeniu) będę zachwycona filmem Andersona. Pełna pozytywnego nastawienia chciałam podwyższyć ocenę, którą wystawiłam rok temu. Nie udało się. Jest  nawet gorzej.  Kiedyś dobry, dzisiaj okazał się jedynie niezły, ale za to z serduszkiem dla aktorów J

Ewentualne statuetki w kategoriach estetycznych będą zasłużone.

piątek, 20 lutego 2015

Whiplash

5 nominacji: film, aktor drugoplanowy (J.K.Simmons), scenariusz adaptowany, montaż, dźwięk


Młody perkusista Andrew Neyman (Milles Teller), uczeń jednej z najlepszych szkół muzycznych w kraju, trafia do klasy wybitnego nauczyciela Terence’a Fletchera (J.K. Simmons). Prowadzony przez niego zespół składa się z wybitnych młodych muzyków, a uczniowie Fletchera uchodzą za najlepszych absolwentów (…). Jednak cena, jaką płacą za udział w zajęciach, często przewyższa ich psychiczne możliwości (Źródło: Fimweb).


Krew, pot i łzy – chyba nie ma osoby, która oglądając „Whiplash” nie pomyślałaby o tym znanym zlepku słów. Patrząc na historie takich bohaterów, jak Andrew nietrudno sobie uświadomić, jak ciężką pracę trzeba wykonać, by osiągnąć obrany cel. O tym, czy odniesie się sukces często decyduje dosłownie kilka kluczowych minut, na które laureat w rzeczywistości musiał pracować przez długie lata. W przypadku sportowca jakoś łatwiej sobie wyobrazić jego treningi, ale oglądając/słuchając  muzyka, czy jakiegokolwiek innego artystę, treningi te nie wydają się już tak bardzo oczywiste. W głowie pojawiają się raczej myśli: „ci to mają dobrze – nie dość, że robią to co lubią, to jeszcze im za to płacą…”. „Whiplash” przypomina, że wiedza i technika to nie są rzeczy wrodzone, a bez systematycznej pracy samym talentem nie uda się podbić świata.


J.K.Simmons zasługuje na Oscara! To mój jeden z nielicznych tegorocznych faworytów, więc mam nadzieję, że statuetka powędruje w jego ręce. Wykreowany przez niego Fletcher posiada charakterystyczną dla wielu negatywnych bohaterów charyzmę i to coś, co nie pozwala oderwać od niego wzroku. Właśnie przez to, że tak bardzo nie polubiłam Fletchera teraz lubię Simmonsa. Cieszę się też z roli Millesa Tellera – jestem pewna, że słysząc jego nazwisko moim pierwszym skojarzeniem nie będzie już „Projekt X” (rola w tym filmie siedzi mi w głowie mocniej, niż wszystkie inne komedie  dla nastolatków, w których się pojawił). Od teraz będę mieć przed oczyma ten obrazek:



Z całej ósemki nominowanej w kategorii najlepszy film, to „Whiplash” spodobał mi się najbardziej. Chociaż nie jest rewelacyjny, to spełnił jeden z moich głównych wymogów – ani przez moment nie przynudzał. A świetne zakończenie było idealną rekompensatą dość nieudolnej sceny wypadku samochodowego, po której bałam się, że scenarzysta za daleko puści wodze swojej wyobraźni.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Gra tajemnic / The Imitation Game


8 nominacji do Oscara: film, reżyser (Mortem Tyldum), aktor pierwszoplanowy (Benedict Cumberbatch), aktorka drugoplanowa (Keira Knightley), scenografia (Maria Djurkovic,Tatiana Macdonald), scenariusz adaptowany (Graham Moore), montaż (William Goldenberg), muzyka oryginalna (Alexandre Desplat),


Opowieść o angielskim matematyku, logiku, geniuszu – Alanie Turingu (Benedict Cumberbatch), który przewodzi grupie innych ścisłoumysłowców mających na celu złamania kodu Enigmy. Historia z wojną i miłością w tle. Chociaż… z miłością to w sumie nie w tle, a na pierwszym planie.
Zabierając się do pisania tej recenzji stwierdziłam, że nie będę już skupiać się na najbardziej kontrowersyjnym dla polskich widzów wątku, a mianowicie na tym, że w filmowej „Grze tajemnic” Polacy nie zostali znaczącymi graczami. Brytyjczycy stworzyli film o Brytyjczykach, który Brytyjczykom oczywiście bardzo przypadł do gustu, czego dowodem jest m.in. tegoroczna Bafta dla… najlepszego filmu brytyjskiego.

„Gra…” toczy się w trzech okresach czasowych. Tego typu produkcje, zwłaszcza jeśli fabuła nie jest przedstawiona chronologicznie, niosą ze sobą ryzyko chaosu i ogólnie zamieszania. W filmie Tylduma wykorzystano jednak znany i sprawdzony sposób – „odatowania” zmieniających się kadrów. Rzecz bardzo przydatna, przejrzysta i czytelna, zwłaszcza gdy wygląd fizyczny bohaterów na przestrzeni kilku (nastu) lat nie zmienia się jakoś zauważalnie wyraźnie.

Szaleństwo wokół Benedicta Cumberbatcha ciągle było dla mnie nierozwikłaną zagadką. Sherlocka nie oglądam i chociaż filmów z jego udziałem widziałam kilka, to sam Benedict był mi totalnie obojętny. Rola Alana ani trochę tego nie zmienia, więc w dwóch poprzednich zdaniach powinnam użyć czasu teraźniejszego. Poza tym, trudno mi sobie wyobrazić, żeby Cumberbatch albo partnerująca mu Keira Knightley zmienili swoje nominacje na statuetki. Akademia lubi silne metamorfozy aktorów, zwłaszcza te fizyczne, długotrwałe lub intensywne przygotowania do roli, albo chociaż wyraźne naśladowanie sposobu poruszania się/mówienia/mimiki odgrywanych postaci. W „Grze tajemnic” nie ma żadnej z tych rzeczy, więc nagrody dla Benedicta czy też Keiry byłyby dla mnie sporym zaskoczeniem.


Na koniec  - mam wrażenie, że w „Grze tajemnic” Enigma wcale nie była tematem przewodnim. Trudności naukowo-zawodowe, z jakimi borykał się Alan (niechęć dofinansowywania budowy jego maszyny o imieniu Christopher, ułomność większości umysłów, które byśmy porównali do umysłu Turinga) jakoś mnie specjalnie nie poruszyły. To ciągle powracające wspomnienia z trudnego dzieciństwa, homoseksualizm i brak akceptacji (nie mówiąc już o zrozumieniu) ze strony władzy i społeczeństwa wywołały u mnie najsilniejsze emocje.


Film całkiem dobry, ale znowu bez szału. Nie zdziwiłabym się, gdyby "Gra..." okazała się tegorocznym wielkim przegranym, Aż 8 nominacji i żadnego pewniaka - w tych 8.kategoria można znaleźć lepszych kandydatów.

A tak btw. to....jak dotąd, trochę nudne te tegoroczne Oscary L