Pokazywanie postów oznaczonych etykietą familijny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą familijny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 czerwca 2014

Czarownica / Maleficent

Recenzja filmu "Czarownica" 2014r.

Seans najbardziej wyczekiwanej przeze mnie premiery roku mam już za sobą. Plus jest taki, że „Czarownica” okazała się rewelacyjna! Minus - trudno mi sobie teraz  wyobrazić, by jakakolwiek tegoroczna produkcja zbliżyła się pod względem oceny do filmu Stromberga.


Film jest wariacją na temat losów znanej wszystkim małym dziewczynkom Śpiącej Królewny. A właściwie, to nie tyle Aurory (Elle Fanning), co sprawczyni ciążącej na niej klątwy, czyli Diaboliny (Angelina Jolie). To opowieść o zdradzie, która potrafi doprowadzić do szaleństwa, o zmianie anielskiej natury w diabelski temperament oraz o odwiecznej walce dobra ze złem.  

Angelina - Diabolina

Bezapelacyjnie najsilniejszą stroną „Czarownicy” jest gra fenomenalnej Angeliny Jolie. Wcielając się w postać Diaboliny znalazła się w mojej czołówce filmowych, wiedźmowych bohaterów. Doskonała gra, genialnie ukazane emocje (100% rozpaczy w rozpaczy, wściekłości we wściekłości i miłości w miłości!) oraz charakteryzacja na najwyższym poziomie sprawiły, że miano głównej bohaterki nie należy do niej tylko ze względu odtworzenie roli tytułowej.


Tej pani nie trzeba przedstawiać ;) Po wyjściu z kina bardzo nas ciekawiło, jak wyglądał proces charakteryzowania takich kości policzkowych. Efekt niesamowity :)

Oglądając ten trwający 1,5 h film nawet przez pół minuty nie poczułam się znużona fabułą, zniecierpliwiona, czy podirytowana lukami w scenariuszu. Chociaż w „Czarownicy” nie wystąpił żaden znaczący element zaskoczenia, to i tak nie można tego uznać za sprawę minusową. Pomysł na przedstawienie alternatywnej wersji wydarzeń do powszechnie znanych losów małej księżniczki spodobał mi się jeszcze bardziej, niż pamiętana z dzieciństwa tradycyjna baśń Charlesa Perraulta.




To, że „Czarownica” okazała się tak rewelacyjna można by nawet uznać za ewenement. Film jest bowiem reżyserskim debiutem Roberta Stromberga, który pomimo zaskakująco skromnej filmografii (autor scenografii wyłącznie do trzech hitów kinowych, w jednym z nich zagrał też niewielką rolę)  ma już  na swoim koncie dwa Oscary (!!!) – za „Alicję w krainie czarów” i „Avatara”, a trzeci film to „Oz wielki i potężny”. Również autorki scenariusza, Lindy Woolverton, nie można zaliczyć do najbardziej zapracowanych kobiet Hollywood. Jak dotąd, napisała scenariusz do sześciu filmów, ale za to naprawdę wartościowych i wysoko ocenianych, np.: „Piękna i bestia”, „Król Lew”, „Alicja w krainie czarów”. Jak widać, dwójkę wspomnianych artystów łączy talent do współtworzenia wartościowego kina, nieprzeciętna wyobraźnia i zamiłowanie do uniwersalnych historii przeznaczonych dla młodych i dorosłych widzów.

Piękne, żywe i kolorowe zdjęcia, umiejętne połączenie animacji z naturalnymi obrazami, sposób przedstawienia baśniowego świata w taki sposób, że chciałoby się stać jego częścią oraz wyżej wspomniane „ochy” i „achy” sprawiły, że „Czarownica” to jak na razie mój kinowy numer jeden 2014 roku.


Elle Fanning jako Aurora

Drobne minusy za: produkcję w 3D, do której chyba nigdy się nie przekonam oraz dla filmowej Aurory, czyli Elle Fanning, za jej przyklejony do twarzy uśmiech, który niestety mnie nie oczarował, tylko strasznie irytował. Jednak, taki natłok pozytywnych wrażeń spowodował, że te dwie drobne niedogodności nie były w stanie zniszczyć ogólnego pozytywnego wrażenia i dla „Czarownicy” powędrowała ocena: 9/10 – zdecydowanie i bez zmrużenia oka! 

sobota, 30 marca 2013

Strażnicy marzeń / Rise of the Guardians

   Tak jak napisała SzutkiPlochi - w Święta chcąc nie chcąc spędzamy czas z rodziną, a naszym zadaniem na te dni jest polecenie Wam filmów, przy których wszyscy będziecie się świetnie bawić. Z racji tego, że mam młodszą siostrę, jestem na bieżąco ze wszystkimi produkcjami dla dzieci. A oglądając Strażników marzeń w kinie obie świetnie się bawiłyśmy, ku mojemu zaskoczeniu.


    Patrząc na animacje XXI wieku coraz częściej wzdycham za prostymi, ale genialnymi animacjami Disneya. Wzdycham do prostych historii, opowiedzianych w magiczny sposób. Do wciąż aktualnych morałów włączonych w niebanalną opowieść. Słuchając dialogów, choćby w Czerwonym kapturku - historia prawdziwa zastanawiam się do kogo ma trafić serwowany tam humor, bo chyba nie do dzieci. Wiele bajek pod względem humoru jest na siłę robione pod szeroką grupę docelową. Efektem są dwuznaczne wypowiedzi i sprośne żarty, których dzieciaki nie rozumieją, a dorosłych one nie śmieszą.  Dlatego do kina udałam się w dość sceptycznym nastroju, a nie ukrywam, że zrobiłam to przede wszystkim, aby odetchnąć od udręk sesji. Jakże mile się rozczarowałam.

   Tytułowi Strażnicy to po prostu postaci z naszego dzieciństwa - Królik Wielkanocny, Święty Mikołaj, Zębowa Wróżka i pierwszorzędny Piasek, który nie odezwał się ani słowem, a zaskarbił sobie całą sympatię widzów. Do nich dołącza Jack Mróz i razem stają w walce przeciwko Panu Ciemności,  którego celem jest zniszczenie wiary dzieci w wymienione wcześniej postaci. I wokół dziecięcej wiary i kilku świetnych efektów specjalnych kręci się ten film.

Dla kogoś, kto wychował się na animacji Misia Uszatka, gdzie ''efektem'' nazywano zjazd tytułowego bohatera na sankach -Strażnicy w 3d jest nie lada gratką. It will blow your mind - jakby to powiedzieć po angielsku. Twórcy zadbali o najdrobniejsze szczegóły. Dynamiczne sekwencje i prawdziwa obfitość efektów są jedną z wielu cech tej produkcji.

Jednak gdybym miała go Wam polecić ze względu na jedną konkretną cechę byłby to: humor. Wiadomo, że to rzecz względna, ale w moje poczucie humoru trafił ten film niezwykle. Wspomniany wcześniej Piasek, czy Yeti, które malują zabawki nie na ten kolor co trzeba, aż wreszcie elfy, które zostały stworzone jedynie po to by bawić. Humor nie jest natrętny, serwowany jest nam w delikatny sposób, ale efektywnie. Najlepszym na to dowodem były głośne śmiechy w sali kinowej. Ja też nie stanowiłam wyjątku i śmiałam się w głos.

Piaskowy Dziadek - prawdziwa gwiazda filmu.
Przyznam szczerze, że gdybym była dzieckiem, to niektóre sceny mroziły by mi krew w żyłach. Siły ciemności, które powinny wywoływać u nas strach wypełniały swoje zadanie w 100%.

Produkcja jest przemyślana i mądra. Przez te dwie godziny bratamy się z dzieckiem, które tkwi głęboko w nas. I choć wiemy, że wszystko to co widzimy jest fikcją i Jacek Mróz nie miał wpływu na śnieg w Wielkanoc, to dzięki sztabowi ludzi pracujących przy Strażnikach wychodzimy ze seansu w błogim nastroju. A ja niczym z dziecięcą naiwnością mam nadzieję, że na tym twórcy bajek nie poprzestaną i czekam na kolejne tak udane bajki.

Elfy i cały zespół redakcyjny ILWM życzą Wam Radosnej Wielkanocy! :)

piątek, 29 marca 2013

Tajemniczy Ogród / The Secret Garden


W  Święta, nawet mimowolnie, spędzamy z rodziną ponadprzeciętnie dużo czasu. A jak już się najemy do syta i poplotkujemy o wszystkim i o wszystkich, to nie zostaje nam nic innego – jak tylko włączyć film, który się wszystkim  spodoba. Wtedy idealnie się sprawdzi kino familijne, które jest mało kontrowersyjne i do oglądania w szerszym gronie.


Tajemniczy ogród to ekranizacja książki pod tym samym tytułem, napisanej przez Frances Hodgson Burnett.  Główna bohaterka, osierocona dziewczynka – Mary (Kate Maberly), przyjeżdża z Indii do Anglii, żeby zamieszkać w ogromnym domu nieznanego jej wujka. Poznaje tam kalekiego kuzyna Colina (Heydon Prowse) i chłopca z pobliskiej wsi – Dickona (Andrew Knott). Chociaż dzieci całkowicie się od siebie różnią, to z czasem zaczyna ich łączyć prawdziwa przyjaźń. Ich relacje wzmacnia wspólna tajemnica. Razem zajmują się tytułowym tajemniczym ogrodem, do którego nikt nie wchodził od śmierci mamy Colina.

Kate Maberly, Heydon Prowse i Andrew Knott
Moją ulubioną ekranizacją, o której dzisiaj piszę, jest ta z 1993 roku, w reżyserii Agnieszki Holland. Chociaż film widziałam w dzieciństwie co najmniej kilkanaście razy,  nie byłam wtedy jeszcze świadoma, że to bardzo dobre kino jest wynikiem pracy polskiej reżyserki.  Stworzyła ona film, który pomimo upływu lat mogę oglądać w nieskończoność. Nie przeszkadza mi nawet to, że większość scen znam już na pamięć.

Kolejnym (ogromnym) polskim akcentem jest muzyka Zbigniewa Preisnera (do posłuchania TUTAJ).  Idealnie dopasowana do konkretnych momentów i scen. W wielu filmach ścieżka dźwiękowa jest po prostu tłem, na które czasami nawet nie zwracam większej uwagi. Za to w Tajemniczym ogrodzie muzyka nie tylko wychodzi z cienia, ale gra pierwsze skrzypce. Preisner jest kompozytorem, który współpracował już przy około 50-ciu filmach. Do tych bardziej znanych należy na przykład cykl Trzy kolory:… (Niebieski, Czerwony, Biały) w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego.

Żeby nie wypadać z tego polskiego klimatu dodam jeszcze, że zdjęcia współtworzył również Polak – Jerzy Zieliński (Detektyw Monk, Baby są jakieś inne, Dzieci Ireny Sendlerowej, …). I znów muszę przyznać, że efekty jego pracy są jak najbardziej na światowym poziomie. Chociaż domyślam się, iż to zadanie wcale nie było łatwe. Produkcja została zrealizowana bardzo szybko, bo zaledwie w ciągu jednych wakacji – tak, by młodzi aktorzy nie musieli opuszczać zajęć w szkołach. Poza tym, co mnie bardzo zdziwiło, zdjęcia tajemniczego ogrodu wcale nie powstały w prawdziwym ogrodzie. Został on stworzony specjalnie na potrzeby filmu w brytyjskim studiu filmowym - Pinewood Studios. Chociaż tutaj na pewno największe pole do popisu mieli nie tyle operatorzy, co osoby odpowiedzialne za scenografię.



Tajemniczy ogród w Pinewood Studios
Mimo, że produkcja Tajemniczego ogrodu jest przypisana USA i Wielkiej Brytanii, to ten bardzo ważny polski wkład nasuwa na myśl stwierdzenie: „Cudze chwalicie…”. Jestem przekonana, że film będzie bardzo dobrym wyborem na niedzielne przedpołudnie, po wielkanocnym śniadaniu. Jest idealnym przykładem kina familijnego. Doskonale się nadaje do oglądania zarówno z młodszym rodzeństwem, jak i z dziadkami. To mądra opowieść o sile przyjaźni i dziecięcej fantazji. A w dodatku przedstawiona w bajkowy, piękny, a jednocześnie profesjonalny sposób.