Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie kino. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 października 2014

Bogowie

  Film opowiada o trzech najważniejszych i najcięższych dla Zbigniewa Religi latach - od 1983 do 86 roku. Jeżeli więc ktoś liczył na pełniejszą biografię, to może czuć się rozczarowany. Kardiochirurg podjudzony stażem w USA postanowił jako pionier rozpocząć prace nad transplantacją w Polsce.


  Przed seansem, na pytanie ''kim był Religa?'', śmiało odpowiedziałabym, że to on, jako pierwszy, wykonał udany przeszczep serca w naszym kraju. Biorąc pod uwagę film moja odpowiedź brzmiałaby: ''Jest to człowiek, któremu kilka razy transplantacja nie wychodziła''. Nie wiem skąd u Polaków ten kompleks, by bardziej niż na sukcesach skupiać się na porażkach. Zgadzam się z wieloma krytykami, że film jest jak najbardziej hollywoodzki, jednak podobnie jak np. w Jobs'ie, czegoś tu dla mnie zabrakło.

  Najbardziej wyczekiwanym przez widzów w kinie (a sala pękała w szwach! Dokładnie pamiętam, kiedy ostatnio siedziałam w pierwszym rzędzie. Na Harrym Potterze) elementem był Kot jako Religa, czy tez Religa jako Kot, dobry był! Aktor, który podobno swoją rolę przypłacił garbem, oddał postać bezbłędnie. Dziwny, czasem nawet nieprzewidywalny, uparty kardiochirurg, z przyklejonym papierosem i alko-kawą to z całą pewnością życiówka Kota. Podobnie, jak Religa maniakalnie dążył do sukcesu, tak Kot fanatycznie dążył do Religii. Obojgu się powiodło.

  Bogowie to film o pokonywaniu trudności, biurokracji i walce z ludzkimi słabościami. Niezłe zdjęcia i  niecodzienny humor na pewno usatysfakcjonowały sporą część sali. Jednak film, jak niektóre kobiety - niby piękne, niby błyskotliwe, ale brakuje tego ''czegoś'' by się zakochać. Gdy na koniec pojawiły się napisy końcowe, zostałam z jedną jedyną myślą ''Jak ja to opiszę, skoro to było takie bez wyrazu''. Zostańmy więc przy Kocie, wyrażonym w obrazie sukcesie Religi, przepisie na wzmacniania kawkę i tyle. Siódemka!

P.S Warto, naprawdę warto po filmach biograficznych, w trakcie napisów pokazywać podobieństwo między aktorem, a postacią, poprzez zdjęcia, jak np. po Jobsie. Jednak dobrze by było i na pewno docenilibyśmy pracę charakteryzatorów bardziej, gdyby te zdjęcia dotyczyły tego samego lub podobnego wieku odgrywanej postaci. Tak na przyszłość. Lekki facepalm. Dziękuję.



niedziela, 19 października 2014

Ida

Chociaż od polskiej premiery filmu minął już prawie rok, to ani Monika, ani ja nie miałyśmy dotąd okazji zobaczyć sławnej już na całym świecie „Idy” – wstyd i hańba! Jak to dobrze, że na łódzkim Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja w repertuarze znalazł się ten zacny tytuł i jak dobrze, że w natłoku atrakcji go nie przegapiłyśmy. Obejrzenie „Idy” na dużym ekranie powinno stać się obowiązkowe dla każdego, kto choć w minimalnym stopniu interesuje się kinem.


Fabuła jest prosta, bez zbędnych pobocznych wątków. Przed złożeniem ślubów zakonnych Anna (debiutująca Agata Trzebuchowska) zgodnie z zaleceniami matki przełożonej odwiedza swoją ciotkę (Agata Kulesza). Razem ruszają w podróż, która pomoże im obu odkryć, kim są (opis:Filmweb).

Pierwsze słowo, które przychodzi do głowy, kiedy myślę o „Idzie” to: minimalizm. Czarno – białe zdjęcia, długie ujęcia, spokojne tempo i dużo ciszy to elementy charakterystyczne dla kina artystycznego, którego (delikatnie ujmując) nie jestem fanką. Wszystkie wymienione cechy pojawiły się w filmie Pawlikowskiego, więc byłam konkretnie zaskoczona, że tak bardzo mi się one spodobały. „Ida” nie przynudza ani przez sekundę, o dziwo nie ma w niej dłużyzn, seans mija błyskawicznie, nie ma czasu na spoglądanie na zegarek, kończy się w idealnym momencie. Ciężko wytłumaczyć, dlaczego film, który teoretycznie jest totalnie nie w moim typie – w praktyce wyrył w mojej głowie trwały ślad i chwycił za serce. Po prostu magia kina J

Wspomniany minimalizm dotyczy również liczby bohaterów, których poznajemy w „Idzie”. Film skradła oczywiście Agata Kulesza – najzdolniejsza, najbardziej świadoma aktorka w kraju. Granie przychodzi jej z taką łatwością, że gdyby nie to, iż wykreowała już dziesiątki przeróżnych bohaterek – można by pomyśleć: „Ona w tym filmie wcale nie udaje, ona po prostu taka jest”. Nic więc dziwnego, że w ostatnim czasie jej nazwisko jest jednym z najgorętszych przy wspominaniu o przyszłorocznych nominacjach do Oscarów, w głównej aktorskiej kategorii (aktorka drugoplanowa). Nominacja byłaby gigantycznym sukcesem, a wygrana sprawiłaby, że Kulesza zostałaby nową bohaterką narodową (btw.już widzę ilu scenarzystów zaczęłoby się brać za tworzenie jej biografii). Trzymam kciuki już teraz!

Agata Kulesza

Agata Trzebuchowska

Po wyjściu z sali kinowej zastanawiałyśmy się z Moniką, jak to właściwie jest z Agatą Trzebuchowską. W związku z tym, że Ida jest jedyną postacią, w którą się wcieliła – nie jest łatwo stwierdzić, czy Trzebuchowska wykonała przed kamerą ciężką pracę, czy po prostu zachowywała się tak jak zwykle, bo prywatnie ma naturę Idy. Właśnie dlatego bardzo chciałabym ją zobaczyć w jeszcze wielu filmach. Piękne, zdolne tło „Idy” zagwarantowali: Joanna Kulig i Dawid Ogrodnik – członkowie klimatycznej kapeli, której aranżacje znanych utworów na długo zostają w pamięci.

Joanna Kulig (solistka), Dawid Ogrodnik (saksofonista) - nie pogardziłabym ich koncertem
Btw - wiecie, że Kulig i Ogrodnik razem nagrali piosenkę pt."Dość"?

„Ida” zrobiła furorę na całym świecie. Zachwycają się nią i polecają  najbardziej wpływowi recenzenci, ale co ważniejsze doceniają też „normalni” widzowie. Pawlikowski stworzył film, który jest naprawdę silnym kandydatem w wyścigu po Oscara za film nieanglojęzyczny. Nawet jeśli statuetka nie wpadnie w ręce Polaków, to nie wyobrażam sobie, by „Ida” nie otrzymała nominacji.

Na koniec apel - ogłaszam zakaz marudzenia na polskie kino! Po co skupiać się i mówić wyłącznie o gniotach? Przecież powstają one nie tylko w naszym kraju. Polacy mają prawdziwy talent do filmowania dramatów i kina obyczajowego. Zapominamy więc o komediach – pamiętamy o  ambitnych tytułach, które doceniają ludzie na całym świecie.


8/10

Za możliwość obejrzenia filmu serdeczne podziękowania dla organizatorów tegorocznego Festiwalu Kamera Akcja w Łodzi


wtorek, 14 października 2014

Małe Stłuczki

Jeden z filmów, który mogłyśmy obejrzeć na Festiwalu Kamera Akcja w Łodzi. Pomimo, że ten tytuł nie przypadł nam do gustu, to nie umiecie sobie nawet wyobrazić ile przyjemności dał nam ten całkowicie filmowy weekend.

Przejdźmy do recenzji, czyli o tym, jak festiwalowy zachwyt najczęściej mija się z moimi upodobaniami.


Idź na Małe Stłuczki - mówili
Będzie fajnie - mówili.

Czy potraficie sobie wyobrazić, że są na świecie ludzie, którzy wolą hollywoodzkie produkcje od ambitnych dzieł światowej kinematografii? Osobniki takie męczą się na Bergmanie, a Mechanicznej Pomarańczy kosztowali zaledwie przez 10 minut. Męczą mnie ultraartystyczne produkcje, w których nic się nie dzieje, a widzowie emocjonują się odjeżdżającym przez 15 minut samochodem. I tak Małe Stłuczki idealnie wpasowały się w kategorię przyznawaną tylko przez ILWM ''Złoty Gołąb''.

Jeden z niewielu filmów, których fabułę trudno określić, bo każdy opis będzie w tym wypadku lepszy od tego, co zobaczymy na ekranie. Prawda jest taka, że obie wyszłyśmy z kina i nie umiałyśmy sklecić jednego zdania, które byłoby odpowiednią na pytanie ''O czym to w ogóle było''. A zwykle takich problemów nie mamy (po Idzie żadna z nas nie chciała się zamknąć, ale o tym następnym razem).

Poniekąd chodzi o to, że dwie dziewczyny likwidują stare domy, wynoszą z nich przedmioty, jedne lądują od razu w koszu, inne na pchlim targu. Drugi wątek historii odnosi się do zapoznanego przez bohaterki chłopaka, który w 10 sekund zgadza się na ich propozycję współpracy. Potem, czyli od połowy filmu nie dzieję się absolutnie NIC! Poza rozterkami bohaterów nad tym, czy się kochają wszyscy, czy tylko z osobna, czy jednak wolą żyć w samotności... Wszystko jednak jest przesiąknięte tym artyzmem, o którym pisałam na początku. Przykład? Bohaterka, która od pierwszych scen drażniła mnie niezmiernie wchodzi na huśtawkę. Skręca ciałem w prawo, w lewo, mówi: "Jestem Rybą". A ja w tym momencie myślę ''Zlitujcie się''.

Umówmy się, że film, w którym jedną ze scen jest jedzenie kanapki, mógł stworzyć praktycznie każdy. Wystarczyłby smartphone. Instagram byłby w takim razie galerią sztuki lepszą od Luwru, Agata zasłyszała gdzieś, że jest to polska odpowiedź na "Wyśnione Miłości" Dolana. Mam więc coś do przekazania polskim twórcom, zabierającym się za kolejną ''odpowiedź'' - odpuśćcie sobie. Nie wyszedł "Dżej Dżej", czyli polska "Ona", i nie wyszły "Wyśnione Miłości". Nie ta estetyka, za wysoka poprzeczka.

Aktorzy Pawelkiewicz i Czacki pokazali poprzez bohaterów jakąś osobowość, muszę przyznać, że byli całkiem nieźli. Za to, jak już wcześniej wspomniałam, gdy tylko pojawiała się ta pani:

H. Sujecka

.. to czułam się jakby nagle mój fotel stał się bardzo niewygodny. Nie wiem czy to kwestia amatorskiej gry aktorskiej, ekscentrycznych dialogów czy abstrakcyjnego humoru, który był daleki od moich upodobań. Nie zrozumcie mnie źle, nie każdy film musi mieć w sobie tyle akcji co Transformersy, lubię spokojną narrację w filmach, o ile za tym coś idzie: konsekwentnie pociągnięta fabuła, dramat psychologiczny bohatera, błyskotliwość scenariusza.. "Stłuczki" były dla mnie nijakie.

Musicie wybaczyć długość recenzji, ale czuję, że całkowicie wyczerpałam temat. Film dostaje 5 punktów na 10 możliwych.

P.S Pocieszę Was, że jeżeli chodzi o filmy festiwalowe, to teraz będzie tylko lepiej :)

P.S Łódź się stara, naprawdę nie można by pokazać tego miasta ładniej w tym filmie?


sobota, 27 września 2014

Miasto 44

Bunt w rytmach Skrillexa czyli recenzja polskiego Miasta 44.



   Głęboko zakorzeniony uraz do wojny i naszej przeszłości raz na jakiś czas pcha filmowców do tworzenia mniej, lub bardziej udanych (jak w tym przypadku) filmów, upamiętniających te ciężkie czasy. 

    Rożnica 70 lat jest bez znaczenia. Młodzież (bo to film o młodych dla młodych) jest taka sama teraz, jak była 1 sierpnia 1944. Beztroska, lubiąca zabawę, alkohol i dymek. Priorytetem nie było państwo, ale wakacyjna miłość, wakacje i pocałunki. Komasa dobitnie pokazuje wagę czasów i piekło, w jakim znaleźli się na własne życzenie, lecz nie do końca świadomie, uczestnicy powstania. Uwydatnia nasze nieprzygotowanie, oszałamiającą przewagę wroga, a przede wszystkim to, że na powstanie szli głównie młodzi ludzie, którzy nie mieli pojęcia z czym przyjdzie im się zmierzyć. Jak to określiła współautorka tego bloga ''traktowali to powstanie jako taki spontan''. I tak było. ''Przetrwamy trzy dni i idziemy do domów''. Jednak po wszystkim nie było już gdzie wracać, bo większości domów fizycznie nie było. I żal było naszej pięknej Warszawy, naszego Paryża Wschodu, ah jaki żal.

   Ogromne brawa należą się przede wszystkim za realizm, którego pozazdrościć nam mogą zagraniczni twórcy. Ile razy w amerykańskich produkcjach widzimy, jak bohaterowie tracą całe swoje rodziny i przyjaciół, chwilę się krzywią, po czym jakby nigdy nic chwytają broń i idą zwyciężać w rytmach jakiejś podniosłej piosenki. Reżyser nie tylko w sposób bardzo naturalny pokazuje wybuchy, morderstwa na warszawskich ulicach, ale też emocje bohaterów. Gwarantuję, że chociaż raz, nawet największemu twardzielowi zakręci się łezka w oku.

   Aktorzy postawili wysoko poprzeczkę dla równolatków z branży. Zarówno Józef Pawłowski, jak i Zofia Wichłacz nie tylko świetnie prezentują się na ekranie, co i radzą sobie z aktorskim wyzwaniem. Chylę czoła zwłaszcza dlatego, że nie były to postaci usadzone w komedii romantycznej, w której trzeba dobrze wyglądać i sprawnie prowadzić dialogi, ale w filmie o ciężkiej tematyce, która jest nie lada próbą. Pawłowski był nawet tak dobry, że pomimo, iż jego postać milknie na pół filmu, to on w  samym tym milczeniu również jest bardzo dobry.



  Muzyka, coś co w filmach Komasy uwielbiam najbardziej. Doskonale dobrane ścieżki dźwiękowe zachwycały mnie i tym razem. Usłyszymy Chryzantemy Złociste, Dziwny Jest Ten Świat, ale i Skrillexa.

   Technicznie film również wypada bardzo dobrze. W pierwszej scenie informowani jesteśmy o tym, że same efekty specjalne pochłonęły 30 tysięcy godzin pracy, a na plan zwieziono kilka tysięcy ton gruzu. Ośmioletnie przygotowania dały nam amerykański polski film, w dobrym tego słowa znaczeniu. A scena, gdy po wybuchu bomby z nieba spadają szczątki ciał i krew, chyba na zawsze kojarzyć mi się będzie, gdy tylko ktoś wspomni o tym filmie.

Jedyne, do czego muszę się przyczepić, to dziwny powrót Komasy do Sali Samobójców w Mieście 44. Na pewno pamiętacie sceny z gier w tym pierwszym filmie. Dobra muzyka, graficzne szaleństwo, wirtualne walki postaci. Reżyser chyba na chwilę się zapomniał i dopuścił do realizacji dwóch przedziwnych scen, które bardzo przypominały te z Sali. Akurat były to wątki miłosne, ale może znajda one swoich amatorów. Jak dla mnie było odrobinę kiczowato.

   Na film redakcja ILWM wybrała się w doskonałych humorach, na zwiastunach nie mogłyśmy opanować śmiechu. Z każdą sceną nasz nastrój zmieniał się na coraz poważniejszy. Po kilkunastu minutach opanowałyśmy się całkowicie, nie było nam wcale do śmiechu. Obie zdałyśmy sobie sprawę, że w porównaniu ze wszystkimi filmami, na jakie ciągnięto nas na silę w szkołach, w ramach zapoznawania się z historią, ten jest wyjątkowy. Doceniłyśmy go wspólną oceną 8/10.

Ja natomiast wychodząc z kina myślałam o tym, że gdyby powstańcy znali twórczość Lady Pank, mogliby zaśpiewać fragment ''Stacji Warszawa'':

Zniknie Warszawa
Tak jawa, jak sen
Życie to nie zabawa
Dobrze to wiem

I jeszcze kilka zdjęć pięknej Warszawy z przed 1 sierpnia 1944 i po:




niedziela, 18 maja 2014

Powstanie warszawskie

Recenzja filmu z 2014r.

Pierwszy taki film historii kina. Nie tylko w historii kina polskiego, ale kina w ogóle. Sześć miesięcy pracy nad sześcioma godzinami oryginalnych nagrań kronik z Powstania warszawskiego zaowocowały stworzeniem pierwszego na świecie dramatu wojennego non-fiction.


Narratorami filmu są dwaj bracia - Witek i Karol - operatorzy Biura Informacji i Propagandy, których zadaniem jest  udokumentowanie Powstania. Traktując swoją rolę bardzo poważnie, młodzi mężczyźni (chłopcy?) postanawiają przyłączyć się do jednego z powstańczych oddziałów i zrobić wszystko, by nakręcić prawdziwą wojnę. Misja okazuje się raczej trudna do spełnienia, ponieważ walczący żołnierze są niechętnie nastawieni do ludzi z kamerami. W związku z tym, bracia najpierw dokumentują życie cywilów: prace w kuchni, proces pieczenia chleba, wygląd ulic i mieszkańców miasta, a nawet ślub. Dopiero po jakimś czasie udaje im się dołączyć do jednego z oddziałów i iść na prawdziwą akcję.

Pomysłodawca filmu, Jan Komasa, z pewnością wiedział jak żmudnym i czasochłonnym procesem będzie stworzenie sfabularyzowanego filmu, który ma się składać wyłącznie z autentycznych kronik filmowych wykonanych w sierpniu 1944 roku. Pod względem technicznym „Powstanie warszawskie” robi naprawdę ogromne wrażenie. Wszyscy doskonale znamy czarno-białe zdjęcia przedstawiające Warszawę z tamtego okresu, ale oglądanie tych samych obrazów w kolorze oraz ruchu, gwarantuje zupełnie nowe, silniejsze przeżycia. Patrząc na nieśmiało lub wstydliwie zerkających w kamerę powstańców, trudno wyjść z podziwu, że potrafili znaleźć w sobie siłę na odgruzowywanie miasta w poszukiwaniu ciał poległych, często znajomych i bliskich im osób. Widok walących się budynków, rannych i konających ludzi oraz martwych dzieci i dorosłych na długo zostaje w pamięci. Świadomość autentyczności wymienionych obrazów działa na wyobraźnię o wiele bardziej, niż nawet najdrastyczniejsze (ale wykonane przy pomocy kaskaderów i statystów), stworzone w doskonałej jakości filmowe zdjęcia.

W filmie nie brakuje poruszających scen. Tutaj jedna z nich - powstańcy zatrzymują grupę Niemców. Jestem pewna, że każda osoba w kinie zastanawiała się wtedy, jak by ich potraktowała.

Chociaż sam pomysł wplecenia do filmu fabuły początkowo bardzo mi się podobał, to jego realizacja już mnie nie zachwyciła. Dialogi momentami irytują i przeszkadzają, a głosy brzmią denerwująco nienaturalnie i aktorsko. Jedynie fragmenty czytania listów od kamerzystów–narratorów do matki (i odwrotnie) wpasowywały się w ton filmu, więc może warto by było się ograniczyć jedynie do takiej formuły. Zwłaszcza, że wówczas można by się jeszcze bardziej skupić na świetnej muzyce Bartosza Chajdeckiego.

Film jest ważny z jeszcze jednego powodu. Dzięki akcji „Rozpoznaj”, którą w lipcu 2013 roku rozpoczęło Muzeum Powstania Warszawskiego, jak dotąd (maj 2014) udało się zidentyfikować ponad 130 osób pojawiających się w filmie (!!!).




„Powstanie warszawskie” warto obejrzeć w kinie, zwłaszcza, że 1% dochodu ze sprzedaży biletu zostaje przeznaczone na rzecz powstańców.

wtorek, 13 maja 2014

W Ukryciu

Temat holocaustu w  kinematografii został już bardzo wyeksploatowany. Wyprodukowane zostały  takie perełki jak Pianista, Lektor, W Ciemności czy Lista Schindlera. Czy polskie ‘’W Ukryciu’’ można dopisać do listy sukcesów? Niestety nie.

Bazą tej historii jest oczywiście holocaust i ukrywanie Żydówki w domu polskiego fotografa i jego córki Janiny (Magdalena Boczarska). Film doprawiony lesbijskim seksem i romansem. Sceptyczna z początku Janina powoli zakochuje się w Ester (Julia Pogrebińska) i … dalej nic się nie dzieje. Owszem, napotykamy jakieś kryminalne historie, ale są one doklejone do całej historii, niż wtłoczone w jej sens. Niektóre historie żyją swoim życiem w tym filmie.

Temat produkcji wybrany jakby z braku laku. Nie wiemy o czym kręcić, to nakręcimy o holocauście, bo to się przecież sprzedaje. Całość jest chwilami do bólu NUDNA, wrażenie robić mogą jedynie nagie sceny Boczarskiej i Pogrebińskiej. Historia tamtych czasów potraktowana jest po macoszemu. Widz rzadko ma okazję wyjść poza mury domu Janiny i jej piwnicy, gdzie ukrywa się Ester. Poza kilkoma scenami nie widzimy wojennej Warszawy, łapanek, palenia getta. Chwilami Kidawa-Błoński chyba w ogóle zapomina o tym, że wojna trwa w najlepsze. Estera co chwilę wychodzi z piwnicy, lekceważąc fakt, że może przypłacić to życiem.

Filmowi bliżej jest do "Rzezi", niż do "Listy Schindlera". Akcja rozgrywa się w klaustrofobicznych  warunkach. U Polańskiego jednak nie ma mowy o nudzie, u Kidawy psychodrama odbywa się bez ‘’psycho’’ bo psychologii w tym filmie nie ma. O ile o Janinie możemy się czegoś dowiedzieć, poznać ją, o tyle Ester znamy jedynie z tego, że tęskni do swojego ukochanego. Sam wątek lesbijskiej miłości jest po prostu bezpłciowy. Nie wystarczy pokazać nagiego kobiecego ciała i liczyć na to, że ktoś okrzyknie naszą produkcję głęboką, genialną i artystyczną.


Każdy, kto umie czytać i widział plakaty liczył na thrillera, a zapowiedzi jeszcze mocniej to podkreślały. Tutaj tez kicha. Nie wgniata nas w fotel, bo jedynymi momentami ‘’zaparcia dechu’’ są te, gdy ktoś Janinę pyta o to, czy w jej mieszkaniu mieszka tylko ona z ojcem (Faktycznie... aż ciary przechodzą). Otwieramy buzie, ale nie ze zdziwienia, lecz niekontrolowanego odruchu ziewania, który pojawia się podczas tego filmu nad wyraz często. I jeszcze ta gra aktorska... trącająca amatorszczyzną.

Podsumowując: film o wojnie bez wojny, za to z seksem. Wydaje się, że był jakiś pomysł, ale Kidawa gdy tylko zbliżał się do realizacji konkretnego wątku, za chwilę się wycofywał. I tak mamy niedokończone, zaniechane elementy, jak np. prostolinijność głównej bohaterki, metamorfoza, jaką rzekomo przechodzi, wątek miłosny Ester i Dawida… i niestety tak wyliczać możemy bez końca. 

Twórcy zaostrzyli nasz apetyt zwiastunami, zapowiedziami i historią. Całość okazała się niedoprawiona i bez smaku.

5/10! Szkoda czasu!

Słabego filmu należy bronić na wszelkie sposoby.

niedziela, 4 maja 2014

Długi weekend – Cykl: Święta polskie

„Święta polskie” to cykl, w którego składzie znajduje się (dotychczas) 13. godzinnych filmów telewizyjnych, związanych z różnymi świętami - katolickimi i świeckimi - obchodzonymi w naszym kraju. Każdy film z cyklu, którego tłem jest wybrane święto, opisuje postawy i zachowania typowe dla większości Polaków.




Najbardziej znanymi tytułami z serii są: „Żółty szalik” nawiązujący do świąt Bożego Narodzenia, z Gajosem w roli głównej, który dzięki występowi w tym filmie był przez długie lata traktowany jako najwiarygodniejszy filmowy alkoholik. Obecnie na ten tytuł zasługuje już Więckiewicz, bo to co pokazał w „Pod mocnym aniołem” jest mistrzostwem świata.  Drugi bardzo znany film z „Świąt polskich”, to emitowana w każde Boże Ciało „Biała sukienka”.

W związku z tym, że jest to najciekawsza seria, jaka jak dotąd powstała, pokazująca polską obyczajowość oraz przywiązanie (lub jego brak) do tradycji i świąt – warto o niej przypomnieć, lub przedstawić tym, którzy jeszcze o niej nie słyszeli.



Akcja „Długiego weekendu” rozpoczyna się w programie prowadzonym przez Tomasza Kamela (wtedy jeszcze nie Kammela), czyli w bardzo sławnej „Randce w ciemno”. Bogdan Lewicki (Krzysztof Globisz), stremowany pan w średnim wieku, z zawodu wojskowy, wybiera kandydatkę nr 3 – Martę Walkowską (Joanna Żółkowska) – powściągliwą i niedostępną kierowniczkę biblioteki publicznej niewielkiego miasteczka pod Warszawą. Para wygrywa możliwość spędzenia długiego weekendu majowego w pięciogwiazdkowym hotelu w Wodzimyślu. Pomimo takich niecodziennie ekskluzywnych okoliczności, Bogdan i Marta nie przypadają sobie do gustu. Mężczyzna początkowo stara się ocieplić ich stosunki, jednak wspomnienia kobiety z jej młodzieńczych lat nie pozwalają jej zaangażować się w nowy związek, zwłaszcza z wojskowym. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Bogdan postanawia zorganizować w hotelu obchody święta 1 maja, a Marta ma plan na uczczenie święta 3 maja. Prowadzi to nawet do podziału innych hotelowych gości i powstaniu dwóch różnych, świętujących obozów.

„Długi weekend” nie jest typowym przykładem wielkiego, zaangażowanego kina. Przypomina raczej kolejny odcinek serialu wyprodukowanego przez telewizję polską. Chociaż za reżyserię odpowiada Robert Gliński („Kamienie na szaniec”, „Świnki”, „Cześć Tereska”), to niskobudżetowość tego obrazu pozostawia po sobie widoczne ślady. Nie to jest jednak najważniejsze, bo mimo wszystko udało się zachować istotę rzeczy, czyli zgodność filmu z założeniami cyklu „Święta polskie” – a zatem,  wbrew pozorom nie „Randka w ciemno” odegrała najważniejszą rolę, lecz specyfika polskiego społeczeństwa.

W tym krótkim filmie pojawiło się pokaźne grono znanych, polskich aktorów: Krzysztof Globisz, Joanna Żółkowska, Maciej Damięcki, Krzysztof Dracz, Tamara Arciuch, Paweł Królikowski, Piotr Głowacki, Joanna Liszowska, Ilona Ostrowska, Małgorzata Socha (…).  Niektórzy z nich rozpoczynali wówczas swoją filmową karierę, dla innych były to najbardziej kasowe lata. „Długi weekend” warto zobaczyć chociażby dla nich, bo można dostrzec, że upływający czas jest często sprzymierzeńcem rozwoju talentu aktorskiego i metamorfoz fizycznych.

Filmy z cyklu „Święta polskie” często zawierają wątki humorystyczne i  z pozoru opowiadają w lekkim tonie o ważnych świętach, są takie w sam raz do oglądania i z babcią i z dzieckiem. Jeśli jednak ktoś im się przyjrzy dokładniej, to zrozumie, że przedstawiają też ludzkie zobojętnienie, zmiany priorytetów i smutny upadek kiedyś wyznawanych ideałów.

A na koniec krótkie pytanie: komu weekend majowy kojarzy się z podkreślaniem swojego patriotyzmu, a komu z grillowaniem? 

niedziela, 30 marca 2014

Płynące Wieżowce

   Nie pamiętam już jakie okoliczności sprawiły, że w listopadzie nie usiadłam wygodnie w kinowym fotelu, by zobaczyć najnowsze dzieło Wasilewskiego. A wszystko temu sprzyjało, świetne recenzje, ciekawy zwiastun. Dziś, po obejrzeniu Płynących Wieżowców ośmielam się myśleć, że okoliczności te były bardzo sprzyjające i na szczęście do kina nie trafiłam, byłoby to marnotrawstwo pieniędzy i mojego czasu. A zwiastun okazał się znacznie lepszy od zapowiadanego przez niego dzieła. Do rzeczy.


Po raz kolejny nie zgadzam się z ogólną, chwalebną opinią odnośnie jakiegoś filmu.

Najpierw o zaletach.

  Na pierwszym miejscu postawiłabym świetnie zagrane sceny erotyczne, bardzo dobre jak na rodzime podwórko, niezwykle hollywoodzkie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wszystko dzięki Mateuszowi Banasiukowi i niepozornej, znanej głównie z seriali typu Barwy Szczęścia (imponujący punkt w każdym aktorskim CV) Marcie Nieradkiewicz.

  Sam temat również zachęcał do obejrzenia produkcji. Wydaje mi się, że w Polsce filmy o homoseksualistach nadal są pewnym novum i wywołują masę kontrowersji. A gdzie tabu, tam i pożywka dla mnie. Sami przyznacie, że fabuła, która mówi, o tym, że chłopak w stałym związku poznaje drugiego chłopaka (w tej roli Geiner) i odkrywa w sobie nieznane, homoseksualne ciągoty wydaje się ciekawa i ciężko taki temat spieprzyć.

   Trzy: Mateusz Banasiuk i usytuowanie go w roli geja. Podoba mi się odejście od schematu jakoby homoseksualni faceci byli skrajnie zniewieściali i ''dziwni'' (jak na przykład bohater Sali Samobójców). Bohaterowie filmu nie są umalowani, ich ust nie pokrywa kilogram szminki, nie są roszczeniowi, nie pokazują się na paradach równości w piórach. Kuba (Banasiuk właśnie) jest męski, bije się jak typowy samiec alfa. Homoseksualizm w ujęciu Wasilewskiego to pewnego rodzaju wrażliwość. Plus dla reżysera za pokazanie ''normalności'' homoseksualistów.

Zapowiada się nieźle, prawda? Niestety, jest się do czego przyczepić.

  Cała historia to zlepek scen ''typu gołąb''. Stali czytelnicy bloga wiedzą o co chodzi. Nowych uświadomię. Scena ''typu gołąb'' to potocznie nazywana przez nas pseudo-artystyczna, przydługawa scena, mająca podkreślić artyzm twórcy, reżysera. Są to momenty, w których na przykład przez zgoła pięć minut towarzyszymy odjeżdżającemu autobusowi. Czyli fragmenty, które nic nie wnoszą, a zamieszczone są przez ''widzimisię'' scenarzysty. Dla mnie królową tej kategorii jest Małgorzata Szumowska. I niestety, Wasilewski również podobny zabieg zastosował. Wyobraźcie sobie, że kazał nam oglądać samochód podczas jazdy na piętrowym parkingu w centrum handlowym. I nie wiem, gdzie tu głębia. Jedyna rzecz, jaką ten fragment mógł podkreślać to fakt, że polskie parkingi w galeriach są wąskie, a niektórzy parkują po prostu ch*jowo.

  Marta Nieradkiewicz była świetna w scenach łóżkowych, owszem. Jednak poza nimi, gdy musiała się odezwać, wypadała niezwykle irytująco. Nie udźwignęła postaci, nie stworzyła jakiejś ciekawej, intrygującej widza postaci. Chyba, że odgórnym zamierzeniem było zagranie przez nią jedynie ''dziewczyny Kuby'', jeżeli tak, to sprawdziła się doskonale. Emocjonalnie pozostała w serialu.

  W tym filmie w ogóle wszystko jest takie mało wiarygodne. To chyba najwłaściwsze słowo. Mamy niby Kubę, który zawodowo pływa, i chyba jest całkiem dobry w tym, jednak nie mamy pewności, ponieważ ten wątek został wyjątkowo zaniedbany. Nie mamy pewności, co do jego homoseksualizmu  Jeżeli ktokolwiek liczy na poznanie postaci, to również się rozczaruje, ponieważ nie dowiemy się o nich nic, poza tym, że tkwią w miłosnym trójkącie. Nie lubię, gdy po 3/4 filmu twórca stwierdza, że musi wprowadzić jakiś dramat, żeby film nie pozostał nijaki. I tak się właśnie dzieje. Wasilewski chwyta się niczym tonący brzytwy wątku Sylwii, która wyjeżdża z faktem, po którym My, widzowie mamy chyba zareagować ''OOOOO Jakie to mocne!!''

Ona kocha jego, a on innego i chyba ją. Trójkąt bez rozwiązania, a raczej błędne koło.

Wszystkie te czynniki zsumowały się w ocenę 6/10.


wtorek, 18 marca 2014

Ostra randka

1 kwietnia br. odbędzie się wręczenie Węży – nagród przyznawanych najgorszym polskim filmom, ich twórcom oraz aktorom. „Ostra randka” Macieja Odolińskiego jest w tym roku jednym z silniejszych kandydatów do otrzymania statuetek, bo nominacje w ośmiu kategoriach zdecydowanie nie są przypadkowe.


Współczesny Poznań. Gosia (Sylwia Boroń) jest na nieudanej randce w klubie. Przy barze poznaje groźnego faceta (Paweł Wilczak), czego jeszcze nie jest świadoma. Wypija wino z tabletką gwałtu (czy czymś takim), zostaje porwana i przewieziona do hotelu. Budzi się z wielką dziurą w brzuchu, bo ktoś się rzucił na jej nerkę (to nic, że nerki raczej się wycina z tyłu…). Brzmi schematycznie i znajomo? A to dopiero początek :D


Paweł Wilczak, Sylwia Boroń, Poznań w tle

Dawno nie widziałam filmu, w którym aż tak roi się od absurdów. Podziurawiony scenariusz wywołuje jeszcze większą grozę, niż całkiem realistycznie pokazany dziurawy brzuch głównej bohaterki. Scenariusza nie dało się zszyć, za to brzuch i owszem – to po prosu TRZEBA zobaczyć! Zaradna Gosia, w pewnym momencie nie martwi się już bólem i potrafi się nawet teleportować spod łóżka do szafy. Gdy już ma kolejną okazję, by spokojnie sobie pójść na recepcję i poprosić o pomoc (bo kto by tam telefonował, chociaż mógł to zrobić pół godziny wcześniej – lepiej zrezygnować po pierwszej nieudanej próbie), to znów wpada w ręce porywacza. O jejku, jaki splot niefortunnych wydarzeń.



"Ostra randka" to film gangsterski, z bohaterami, których cechuje głupota charakterystyczna dla bohaterów amerykańskich horrorów. Spośród wszystkich dostępnych opcji zawsze wybierają te najgorsze. Kulminacją tej zasady jest pościg samochodowy ulicami miasta. Sam pomysł nakręcenia filmu w Poznaniu bardzo mi się spodobał. Warszawa - chociaż fotogeniczna ;) - nie jest przecież jedynym polskim miastem, które warto pokazywać na dużym ekranie. Teraz jednak mam nadzieję, że stolica Wielkopolski szybko zapomni o tym, Odoliński poczuł w niej potencjał. Bo to raczej nie jest komplement. 

Chyba istnieje taki zwyczaj, że gdy widz głośno krytykuje błędy w filmie, to reżyser ma gotową i niepodważalną wymówkę: tak miało być, jest to kino gatunkowe, które można traktować z przymrużeniem oka, a nie na serio. Odoliński też zna te argumenty. Szkoda tylko, że wszystko, co w „Ostrej randce” jest śmieszne, wygląda na przypadkowe i wynikające z niedopatrzeń.

Zawsze się zastanawiam, co sobie myśli cała ekipa filmowa, w trakcie pracy nad taką „perełką”. Czy scenarzysta faktycznie uważa, że odwala dobrą robotę? A aktorzy wypowiadając kolejne kwestie myślą sobie: „Mocne. To jest naprawdę mocne.” ?? Później przychodzi czas premiery, czerwone dywany, ładne sukienki, flesze i szerokie uśmiechy. Czy oni nadal się nie wstydzą? Wilczak i Boroń chyba się zreflektowali na czas, bo na premierę w poznańskim kinie Rialto nie dotarli. Oczywiście zdarzenia losowe tak nieszczęśliwie im przeszkodziły.


Premiera - moment, w którym twórcy (teoretycznie) czują się dumni z wykonanej pracy

Silny, bardzo silny kandydat do Węży. „Ostra randka” może ode mnie liczyć na co najmniej kilka głosów, w tym (najprawdopodobniej) w najważniejszej kategorii – Wielkiego Węża, bo oceniłam 2/10.

Wszystkie nominacje dla „Ostrej randki”:


Wielki Wąż – najgorszy film

Najgorsza reżyseria – Maciej Odoliński

Najgorszy scenariusz – Maciej Odoliński

Najgorszy aktor – Paweł Wilczak

Najgorsza aktorka – Sylwia Boroń

Najgorszy duet na ekranie – Sylwia Boroń i zszywacz

Żenująca scena – Sylwia Boroń ze zszywaczem

Najgorszy efekt specjalny – scena ze zszywaczem

niedziela, 16 marca 2014

Mój Biegun

Gdyby Polacy nakręcili film o Margaret Thatcher, ona przez półtorej godziny lepiłaby pierogi wraz ze swoją rodziną. Gdyby w Polsce robiono film o Neil'u Armstrongu ukazano by jego, pijącego Coca Colę razem z ojcem, na ganku. Gdyby Polacy realizowali film Jobs, skupiałby się on na problemach z otwarciem garażu, w którym tytułowy bohater zaczynał swoją zabawę z komputerami. Gdyby w Polsce powstał film o Zuckerbergu fabuła opierała by się na tym, jak Mark w collegu poznał uroczą dziewczynę i jak śpiewał jej serenady pod oknem, jak wspólnie chodzili na spacery w sadzie, w Grabinie. W napisach końcowych widzielibyśmy ''A tak by the way..'' i kolejno: ''... została premierem Wielkiej Brytanii, pierwszy stanął na księżycu, twórca Apple, założyciel Facebooka''. Innymi słowy chcę napisać, że tytuł ''Mój biegun'' jest cholernie mylący.


Przez cały film czułam się jakbym oglądała kolejny, dwutysięczny odcinek serialu Klan albo M jak Miłość, w których scena polega na tym, że X wchodzi do pokoju, jego małżonka Y prasuje:

X: Prasujesz?
Y: Samo się nie wyprasuje.

X wychodzi. Klaps. Koniec sceny.

Co jest z tą serialową wrażliwością? Czy naprawdę życiowym osiągnięciem Jasia Meli było przyjście w protezie na cmentarz, na którym leżał jego brat. Czy aż tak cholernie istotny był konflikt między nim, a ojcem? Czy zamiast sceny malowania pokoju nie można by skupić się na czymś innym? SERIO?!

Tych, którzy chcą widzieć na ekranie emocje i niezłomność, bohaterstwo bohatera, czeka rozczarowanie. Sama nie wiem, czy to wina Musiała, który był po prostu ''ok'' (nieporównywalny z Ogrodnikiem w Chce się żyć), czy mało porywającej fabuły, czy może tego, że ktoś stara się wyeksponować niezwykłą głębię bohaterów i ich relacji, ale mu to nie wychodzi.

Jedyna z niewielu scen wyrywająca widza z nudy.

Produkcję ratuje Bartłomiej Topa oraz Magdalena Walach, czyli filmowi rodzice Meli. Całkiem wiarygodni, pokazali trud sytuacji, w jakiej znalazły się rzeczywiste osoby. Przechodzimy przez wszystkie fazy związku w obliczu tragedii i patrzymy, jak z trudem starają się poskładać, wydawałoby się nieposkładalne, elementy.

Film miał mówić o trójliściach, gdy tymczasem jedyną wyeksponowaną trudnością  jaka się nasuwa  jest nieporadzenie sobie ekipy z tematem. Nie ma bohatera, który udźwignąłby 90 minutowy film, jest za to rodzinny dramat.




Ocena: 5.5 na 10.


sobota, 15 lutego 2014

Jack Strong

Bardzo lubię polskie, współczesne kino i cieszę się, że nie jestem w tym odosobniona. Jak wynika z box office’ów od początku roku w naszych kinach wiodą prym rodzime produkcje. Najpierw „Pod Mocnym Aniołem”, a teraz „Jack Strong” są filmami najchętniej wybieranymi przez widzów, zostawiając daleko w tyle zagraniczne hity. Sukces jest tym większy, że trzeba konkurować z oscarowymi kandydatami, których polskie premiery (w większości) przypadają właśnie teraz.


O tym, że Ryszard Kukliński to postać co najmniej kontrowersyjna, nie trzeba nikomu przypominać. Mimo tego, Pasikowski znów postanowił się podjąć trudnego tematu i niezrażony szumem po „Pokłosiu” przedstawia historię Stronga jako bohatera, świadomie rezygnując z części negatywnie nastawionej widowni – o czym wprost opowiada w wywiadach. Jednak tylko naiwniacy mogą sądzić, że z filmu dowiedzą się prawdy, bo cytując reżysera (i scenarzystę w jednym): „Jak było naprawdę, wie kilka osób na  świecie i nie jestem to ani ja, ani nawet ci nieliczni i pewnie sumienni autorzy książek o pułkowniku”. Dlatego scenariusz powstał na podstawie dostępnych, oficjalnych dokumentów i właśnie on  jest jedną z najmocniejszych stron „Jacka Stronga”, bo nawet jeśli widz zna zakończenie tej historii, to Pasikowski tak zręcznie żongluje  fabularnymi tropami, że napięcie spada dopiero wraz z napisami końcowymi. Szkoda tylko, że takich samych emocji zabrakło w pierwszej części filmu, bo druga połowa to prawdziwie thrillerowski hit.

Zaletą „Jacka Stronga” jest też nieczęsto spotykana w polskich produkcjach międzynarodowa obsada. Oleg Maslennikow z impetem wcielił się w Wiktora Kulikowa i to od sceny z jego udziałem („W Polsce pracuje szpieg!”) zaczyna się ta lepsza część i tak dobrego filmu.  Z kolei  Patrick Wilson udowodnił, że amerykański aktor może bardzo dobrze zagrać w polskim kinie mówiąc właśnie po polsku (sprzedam Wam ciekawostkę: pewnie język szlifuje z żoną Dagmarą Dominczyk, która w „Jacku Strongu” też się pojawia w dość znaczącej roli). Również Polacy stanęli na wysokości zadania. Dobra rola Marcina Dorocińskiego, który chyba najbardziej się nadawał do zagrania Kuklińskiego - znów jest małomówny oraz poważny i znów mu z tym do twarzy. Maja Ostaszewska, czyli filmowa Kuklińska, przez większość filmu pozostaje w cieniu, ale scena awantury o kochankę naprawdę przyciąga uwagę. Można wymienić więcej polskich, znanych nazwisk: Ireneusz Czop, Zbigniew Zamachowski, Mirosław Baka, Paweł Małaszyński, czy też Krzysztof Dracz, który zagrał Jaruzelskiego (świetna charakteryzacja!).

Niektórzy mówiąc o Strongu nazywają go polskim Bondem. Chociaż skala jest zdecydowanie mniejsza -  gadżety od Amerykanów, które odmawiają posłuszeństwa, czy też samochodowy pościg, który wygląda jak w zwolnionym tempie – to Kuklińskiemu nie można odmówić zimnej krwi, determinacji oraz bystrego umysłu.

STRONG  CZY  BOND ?
Żeby jednak nie było za kolorowo, to wspomnę o dwóch przeszkadzających mi rzeczach. Po pierwsze, to strasznie irytująca, totalnie tandetna muzyka, która pasowała tak, jakby motyw z „Czterech pancernych” wstawić do „Szybkich i wściekłych”. A po drugie, to młode pokolenie aktorów. Ciężko mi uwierzyć, że nie było nikogo innego, kto mógłby się wcielić w synów Kuklińskiego. Zwróćcie uwagę na scenę w więzieniu – to zestawienie amatorszczyzny (filmowy syn)  z doświadczeniem (filmowy ojciec) aż kłuje w oczy.


Podsumowując: zachęcam do obejrzenia, daję 8/10 i czekam na jeszcze więcej tak dobrych, polskich filmów! A kto wie, może w tej chwili sami jesteśmy „nieświadomymi świadkami” przełomowych dla Polski i świata wydarzeń, które zostaną zekranizowane za 20-30 lat?


piątek, 24 stycznia 2014

Pod Mocnym Aniołem

   Polska to smutny kraj. Uwielbiamy narzekać i hejterzyć. Dramat przenosimy na ekrany kin. Bo w tym gatunku jesteśmy całkiem nieźli. W pierwszy weekend 250 tysięcy osób pobiegło na najnowsza produkcję Smarzowskiego. Wszyscy wychodzili odurzeni... dramatem. Film w sposób bezwstydny obnaża ludzkie słabości, reżyser nie zasłania nam oczu, ale każe patrzeć i wyciągać wnioski.


   Siłą reżysera jest pokazywanie spraw niewygodnych, kontrowersyjnych. Tym razem zabiera nas na posiadówkę w ośrodku odwykowym. Poznajemy tam zniszczony wódą i życiem margines społeczny. Jurka (Więckiewicz), butnego i aroganckiego pisarza, który poza ośrodkiem nie trzeźwieje, całe jego życie to nieustanne powroty na odwykówkę, ale Jurek wciąż przekonany jest, że on może z tym skończyć. Kolumb (Braciak), proboszcz, raczący nas swoimi złotymi myślami, jego popisowym numerem jest wymiotowanie na mszy, którą własnie odprawia. Borys (Dorociński), utalentowany młody reżyser, który szansy na dalszą karierę pozbył się, przez zalanie w trupa na imprezie promocyjnej własnego filmu. Towarzyszą im również Kinga Preis, Arkadiusz Jakubik, Izabela Kuna i Andrzej Grabowski (Ci dwaj ostatni akurat nie na odwyku). Taki pokaz talentów aktorskich to siła całego filmu. Specjaliści od charakteryzacji też odwalili dobrą robotę, wystarczy porównać zdjęcia z premiery, od tego co serwowane jest nam na ekranie  Niektórzy wyglądają, jakby pili od dwudziestu lat, byleby tylko przygotować się do tej roli.


  Zarówno najmocniejszym punktem, jak i największą słabością produkcji jest alkoholizm. Najciekawsze momenty to te, od których musimy odwrócić wzrok. Film chwilami jest tak niewygodny, że czujemy się jakby ktoś rozbił butelkę wódki, a my musimy siedzieć na odłamkach szkła. Wiercimy się, krzywimy, brzydzimy, głównie dlatego, ze prawda jest cholernie niewygodna. U nas piją wszyscy. Zapijamy problem jakim jest alkoholizm oraz problemy, których jest on przyczyną. Pijemy bo zimno, pijemy bo ciepło, bo weekend, bo ''po pracy'', bo okazja, bo imieniny, nie ważne czyje.


  A kto jest pierwszym alkoholikiem III RP? Oczywiście,  że Więckiewicz. Cokolwiek bym tu nie napisała, komplementów jakich bym tu nie użyła, wszystko to za mało. Absolutnie wiarygodny, absolutnie prawdziwy i absolutnie genialny.
  
  W porównaniu do ''Drogówki'' w filmie nie ma momentów komediowych, czego wielu oczekiwało. Razem z bohaterami przechodzimy przez kolejne fazy uzależnienia, a naturalistyczne sceny wywołują obrzydzenie, a nie uśmiech.

  Trochę naciągany jest według mnie wątek romantyczny, związku miedzy Jerzym a młodą studentką (Julia Kijowska). Ale to akurat można reżyserowi wybaczyć. Celem było zapewne ukazanie tego, że alkoholizm nie dotyczy jedynie osoby która pije, ale również tych w jego najbliższym otoczeniu.

   Rację miał Kuba Wojewódzki, że po tym filmie nie patrzysz już tam samo na alkohol. Czy obraz jest mocny jak 40% wódka, powalający jak spirytus, czy raczej jak małe bezalkoholowe? Z kina wychodziłam z takim obrzydzeniem do alkoholu, jakbym była na wielkim kacu. Mocna 8mka. Biegnijcie do kina.



czwartek, 21 listopada 2013

Plac Zbawiciela

  On wyreżyserował ''Dług'', razem stworzyli ''Papusze'', która wchodzi na ekrany kin - małżeństwo Krauze udowadnia, że polskie dramaty, to jedyne rodzime kino, na jakim trudno się przejechać.


  Plac Zbawiciela to ciężka, emocjonalna przeprawa. Jeżeli więc liczycie na odmóżdżający, milutki seans - nie klikajcie ''Oglądaj''.

  W większości recenzji tego filmu, autorzy skupiają się na bankructwie dewelopera, któremu zaufało młode małżeństwo, jednak według mnie, wątek ten jest jedynie tłem i absolutnie nie stanowi źródła problemów i patologii. Scenariusz opowiada o młodym małżeństwie, Beacie i Bartku Zielińskich, którzy utknęli w sytuacji bez wyjścia. Wszystkie pieniądze, jakie odkładali przez lata  przeznaczyli na kupno nowego mieszkania. Niestety, przez dewelopera nie doszło nawet do budowy mieszkań, w które zainwestowało kilkanaście rodzin (nauczka żeby kupować mieszkanie, które możemy sprawdzić i zobaczyć, a nie wizję). W rezultacie bohaterowie, wraz z dwójką dzieci lądują na garnuszku u matki chłopaka (Ewa Wencel). Kobieta jest uosobieniem najgorszych kawałów o teściowej, nie da się jej lubić. W domu dochodzi do takich patologii, że trudno jednak mówić o śmiechu. Teściowa poniża Beatę, traktuje ją jak więźnia, a niekiedy nawet zmusza do przespania nocy na klatce schodowej, gdyż nie otwiera jej drzwi do mieszkania.

  Trudno mianować kobietę jedyną czarną postacią w tym filmie. Tak naprawdę, to z całą trójką jest coś nie w porządku. Młoda Beata, grana przez Jowitę Budnik, nie jest zrównoważona psychicznie, a momentami doprowadza widza do szału. W kryzysowych momentach poddaje się, mobilizacją do życia nie są dla niej nawet dzieci, jest tak ślepo oddana mężowi, że po najgorszej z kłótni leży w łóżku tygodniami, nie fatygując się nawet do toalety, w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych. Bartek (Arkadiusz Janiczek) również nie zasłużył sobie niczym na tytuł ''Ojca roku'', żyje wciąż w dziecięcej bańce mydlanej, myśląc, ze ojcostwo polega na cotygodniowym zjedzeniu lodów z dziećmi. W dodatku to maminsynek i egoista.

Pink - Family Portrait
  Nadmiar patologii absolutnie nie oznacza, ze film jest zły. Wręcz przeciwnie. Dobrze napisany, kipiący realizmem film, zmusza widza do refleksji. W dodatku, oparty na autentycznej historii. Smutna historia, która może odbywać się za drzwiami każdego sąsiada.

  Jednak ostrzegam, że do tego filmu trzeba podejść świadomie, bo takich kłótni i obrazów nie widzimy na co dzień. Moja ocena: 7/10.

wtorek, 22 października 2013

Ambassada

   Kolejna wyczekiwana przeze mnie premiera. Cieszyłam się, że w końcu Polacy załapali trochę dystansu. Po wszystkich dramatach, gdzie jesteśmy pokazywani jako ofiary. Obrazach pełnych patosu i cierpienia, nagle Machulski stwierdził, że ''jest już ok'' i można, po kilkudziesięciu latach po Wojnie pośmiać się z Hitlera. I jakże byłoby cudownie, gdyby film okazał się udany. Albo przynajmniej nie rozczarowujący... tak dobry jak zapowiedzi. No, ale niestety - tak nie było. Tydzień temu opisałam Chce się żyć jako polskich Nietykalnych. Teraz miały być polskie Bękarty Wojny, jednak zostaliśmy głęboko w okopach.


   Sam pomysł na film wydawał mi się świetny. Sama idea przeniesienia się do czasów II Wojny jeszcze jakoś wyszła. Ale poza tym, film był tak naprawdę o niczym. Ot, młodzi Polacy żyjący w 2012 roku przenieśli się w czasie i zaplanowali zamach na Hitlera. Wszystko za sprawą windy w jednej z warszawskich kamienic. 

W filmie nie było jednak wybitnych, godnych zapamiętania dialogów, długo planowanych strategi, przekonywujących zwrotów akcji. 90% filmu wypada nam z głowy jeszcze przed pojawieniem się napisów końcowych.

   Przemek i Mela, czyli wspomniani zamachowcy, to młode małżeństwo. Jednak w ich związku nie ma ani grama wiarygodności, szczęścia, czy miłości. Mela (Grąziowska) stara się być optymistyczną ekscentryczką, a Przemek (Porczyk) to zapatrzony w siebie egocentryk. Widz nie ma zielonego pojęcia dlaczego ta dwójka postanowiła być razem i wziąć ślub, skoro nawet zdrada przechodzi przez nich obojętnie. Oboje są chwilami irytujący.

   Dalej. Rozumiem, że zatrudnienie duetu Więckiewicz i Nergal, miało przyciągnąć tłumy do kin. Jednak żadna z ról tej dwójki nie była szczególnie wybitna. Hitler grany przez Wałęsę miał rozśmieszyć nas... hmmm.... biegunką, która mu doskwierała. A Ribbentrop grany przez lidera Behemotha miał zapewne szokować, gdy wspominał o okultyzmie. I tyle.


  Ambasada dostaje plusa za ciekawą muzykę i dobre zdjęcia samej Warszawy. No i za alternatywny scenariusz, w którym II wojna miała się nigdy nie odbyć, a świat miał być lepszy. Poza tym ekranizację można potraktować jako małą powtórkę z historii.

   I chciałoby się napisać coś więcej, ale przy tak nijakim filmie, bez polotu, trudno pisać długie recenzje. Jeżeli lubicie motywy cofnięcia się w czasie, to już lepiej zobaczcie ''Ile waży koń trojański''. Tam jest szansa na zaśmianie się, gdy tymczasem Ambassada serwuje chwilami jedynie uśmiech.


Moja ocena: 6/10.
A miało być tak pięknie.