Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 stycznia 2015

Nie Jesteś Sobą / You're Not You

  W 2013 roku świat obiegła informacja, o pewnym Wietnamczyku, który przez 40 lat ukrywał się z synem w lesie w obawie, ze wojna w Wietnamie wciąż trwa. Myślę, że gdyby podobna sytuacja miała miejsce i w poprzednim roku, to nawet odizolowana od świata osoba słyszałaby o Ice Bucket Chalenge. Moim zdaniem - genialna zbiórka, przyniosła mierzalne efekty finansowe. W Polsce przez kilka tygodni zebrano takie środki, jakich wcześniej nie skumulowano przez rok. Problemem natomiast była nieświadomość entuzjastycznie oglądających filmiki IBC widzów.

Gorliwość co poniektórych osłabła, gdy tylko okazało się, że nie chodzi o oblewanie się samo w sobie i nie ma to na celu jedynie bawienia obserwatorów, ale i walkę z nieznaną chorobą - ALS. Zwaną inaczej schorzeniem Lou Gehriga, od nazwiska sławnego amerykańskiego bejsbolisty, który zmarł na ALS w 1941 roku.

  We wrześniu 2014 roku miała miejsce światowa premiera filmu Nie jesteś sobą. W śmiertelnie chorą na stwardnienie zanikowe boczne wcieliła się Hilary Swank. W niedoświadczoną, ekscentryczną opiekunkę nieznana mi wcześniej Emmy Rossum.


  Film mnie zachwycił. Pod koniec, choć nie wydarzyło się nic czego bym się nie spodziewała byłam autentycznie wzruszona. Murem stanę za pierwszoplanową aktorką, która tak doskonale radzi sobie z trudnymi rolami. Podziwiałam ją w Za wszelką cenę i w Nie czas na łzy. Tutaj, w ukazanej końcowej fazie choroby nie mogłam nadziwić się, jak ona to robi. Nie dość, że wchodzi w rolę osoby chorej, sparaliżowanej, cierpiącej, to jeszcze nie wychodzi z roli normalnej kobiety. Takiej, która w pewien sposób była perfekcyjna i której zazdrościły inne. Film odsłania też najprostszą prawdę, że nasze życie mocno weryfikuje się w przyjaźnie, gdy nie tryskamy wolą życia i gdy sami stajemy się problemem.

  Mocnym atutem historii jest jej prawdziwość i nie uciekanie od trudnych pytań. Podobnie, jak w Nietykalnych Omar Sy nie umiał sobie początkowo poradzić z pracodawcą na wózku, tak i postać Emmy Rossum dziwi się, że musi pomóc młodej kobiecie skorzystać z toalety. Upuszcza ją, co bawi tylko jedną stronę w tym zakręconym duecie.

  Film porusza kolejną kwestię, rzadko pokazywaną. Czy będąc w związku druga osoba ma obowiązek zająć się chorą? 99.9 % filmów odpowiada ''Jeżeli ją kocha - to bezsprzecznie tak''. Osoba taka ma wieść ascetyczne życie, nie myśleć o sobie i być na każde zawołanie. Jednak nikt nie myśli, jakie to może być po prostu... upierdliwe. Więc chociażby niebanalnym podejściem i nie do końca romantycznym podejściem film góruje nad innymi. Poza tym, seans  dosłownie wymusza na nas myślenie. O życiu, eutanazji, trudnych wyborach, wartościach.


  Przyjemnością dla mnie było patrzenie na Emmy, takiej nietypowo ładnej, pełnej ''tego czegoś''.A po seansie zrobiłam coś, czego nie robię nigdy - cofnęłam się do początku filmu, aby utrwalić sobie metamorfozę, którą musiała udźwignąć Hilary. 

Serdecznie polecam Wam tą kobiecą wersję ''Nietykalnych'', której daje 8.5 na 10.

poniedziałek, 27 października 2014

Minirecenzja: Sędzia / The Judge


Gatunek: Dramat
Produkcja: USA
Rok: 2014
Reżyseria: David Dobkin
Scenariusz: Nick Shenk, Bill Dubuque

Odnoszący sukcesy adwokat (Robert Downey Jr.) powraca do rodzinnego miasta na pogrzeb matki, gdzie dowiaduje się, że jego ojciec (Robert Duvall), miejscowy sędzia, jest podejrzany o morderstwo (źródło: Filmweb).

Film o trudnych relacjach na linii ojciec – syn, walka ciężkich charakterów przeplatana chęcią naprawienia błędów z przeszłości. Ciekawy (chociaż dobrze znany i wielokrotnie powtarzany w filmach)  główny wątek zostaje uzupełniony o kilka tematów pobocznych, przez co „Sędzia” staje się momentami chaotyczny i przydługawy. Pozamykanie wszystkich otwartych kwestii trwa naprawdę długo, a Robert Downey Jr. za bardzo przypomina mi tutaj Sherlocka Holmesa, co wcale nie jest atutem.

Plus za muzykę, zdjęcia Janusza Kamińskiego i epizodyczną rolę Leighton Meester –ciągle czekam na tytuł, w którym zagra naprawdę ciekawą, pierwszoplanową postać.

Oceniam 6/10, film niezły i nic więcej. Nie wywołał we mnie żadnych silniejszych emocji, troszkę się na nim wynudziłam i zapewne za kilka miesięcy nie będę go szczególnie entuzjastycznie wspominać.

niedziela, 19 października 2014

Ida

Chociaż od polskiej premiery filmu minął już prawie rok, to ani Monika, ani ja nie miałyśmy dotąd okazji zobaczyć sławnej już na całym świecie „Idy” – wstyd i hańba! Jak to dobrze, że na łódzkim Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja w repertuarze znalazł się ten zacny tytuł i jak dobrze, że w natłoku atrakcji go nie przegapiłyśmy. Obejrzenie „Idy” na dużym ekranie powinno stać się obowiązkowe dla każdego, kto choć w minimalnym stopniu interesuje się kinem.


Fabuła jest prosta, bez zbędnych pobocznych wątków. Przed złożeniem ślubów zakonnych Anna (debiutująca Agata Trzebuchowska) zgodnie z zaleceniami matki przełożonej odwiedza swoją ciotkę (Agata Kulesza). Razem ruszają w podróż, która pomoże im obu odkryć, kim są (opis:Filmweb).

Pierwsze słowo, które przychodzi do głowy, kiedy myślę o „Idzie” to: minimalizm. Czarno – białe zdjęcia, długie ujęcia, spokojne tempo i dużo ciszy to elementy charakterystyczne dla kina artystycznego, którego (delikatnie ujmując) nie jestem fanką. Wszystkie wymienione cechy pojawiły się w filmie Pawlikowskiego, więc byłam konkretnie zaskoczona, że tak bardzo mi się one spodobały. „Ida” nie przynudza ani przez sekundę, o dziwo nie ma w niej dłużyzn, seans mija błyskawicznie, nie ma czasu na spoglądanie na zegarek, kończy się w idealnym momencie. Ciężko wytłumaczyć, dlaczego film, który teoretycznie jest totalnie nie w moim typie – w praktyce wyrył w mojej głowie trwały ślad i chwycił za serce. Po prostu magia kina J

Wspomniany minimalizm dotyczy również liczby bohaterów, których poznajemy w „Idzie”. Film skradła oczywiście Agata Kulesza – najzdolniejsza, najbardziej świadoma aktorka w kraju. Granie przychodzi jej z taką łatwością, że gdyby nie to, iż wykreowała już dziesiątki przeróżnych bohaterek – można by pomyśleć: „Ona w tym filmie wcale nie udaje, ona po prostu taka jest”. Nic więc dziwnego, że w ostatnim czasie jej nazwisko jest jednym z najgorętszych przy wspominaniu o przyszłorocznych nominacjach do Oscarów, w głównej aktorskiej kategorii (aktorka drugoplanowa). Nominacja byłaby gigantycznym sukcesem, a wygrana sprawiłaby, że Kulesza zostałaby nową bohaterką narodową (btw.już widzę ilu scenarzystów zaczęłoby się brać za tworzenie jej biografii). Trzymam kciuki już teraz!

Agata Kulesza

Agata Trzebuchowska

Po wyjściu z sali kinowej zastanawiałyśmy się z Moniką, jak to właściwie jest z Agatą Trzebuchowską. W związku z tym, że Ida jest jedyną postacią, w którą się wcieliła – nie jest łatwo stwierdzić, czy Trzebuchowska wykonała przed kamerą ciężką pracę, czy po prostu zachowywała się tak jak zwykle, bo prywatnie ma naturę Idy. Właśnie dlatego bardzo chciałabym ją zobaczyć w jeszcze wielu filmach. Piękne, zdolne tło „Idy” zagwarantowali: Joanna Kulig i Dawid Ogrodnik – członkowie klimatycznej kapeli, której aranżacje znanych utworów na długo zostają w pamięci.

Joanna Kulig (solistka), Dawid Ogrodnik (saksofonista) - nie pogardziłabym ich koncertem
Btw - wiecie, że Kulig i Ogrodnik razem nagrali piosenkę pt."Dość"?

„Ida” zrobiła furorę na całym świecie. Zachwycają się nią i polecają  najbardziej wpływowi recenzenci, ale co ważniejsze doceniają też „normalni” widzowie. Pawlikowski stworzył film, który jest naprawdę silnym kandydatem w wyścigu po Oscara za film nieanglojęzyczny. Nawet jeśli statuetka nie wpadnie w ręce Polaków, to nie wyobrażam sobie, by „Ida” nie otrzymała nominacji.

Na koniec apel - ogłaszam zakaz marudzenia na polskie kino! Po co skupiać się i mówić wyłącznie o gniotach? Przecież powstają one nie tylko w naszym kraju. Polacy mają prawdziwy talent do filmowania dramatów i kina obyczajowego. Zapominamy więc o komediach – pamiętamy o  ambitnych tytułach, które doceniają ludzie na całym świecie.


8/10

Za możliwość obejrzenia filmu serdeczne podziękowania dla organizatorów tegorocznego Festiwalu Kamera Akcja w Łodzi


wtorek, 14 października 2014

Małe Stłuczki

Jeden z filmów, który mogłyśmy obejrzeć na Festiwalu Kamera Akcja w Łodzi. Pomimo, że ten tytuł nie przypadł nam do gustu, to nie umiecie sobie nawet wyobrazić ile przyjemności dał nam ten całkowicie filmowy weekend.

Przejdźmy do recenzji, czyli o tym, jak festiwalowy zachwyt najczęściej mija się z moimi upodobaniami.


Idź na Małe Stłuczki - mówili
Będzie fajnie - mówili.

Czy potraficie sobie wyobrazić, że są na świecie ludzie, którzy wolą hollywoodzkie produkcje od ambitnych dzieł światowej kinematografii? Osobniki takie męczą się na Bergmanie, a Mechanicznej Pomarańczy kosztowali zaledwie przez 10 minut. Męczą mnie ultraartystyczne produkcje, w których nic się nie dzieje, a widzowie emocjonują się odjeżdżającym przez 15 minut samochodem. I tak Małe Stłuczki idealnie wpasowały się w kategorię przyznawaną tylko przez ILWM ''Złoty Gołąb''.

Jeden z niewielu filmów, których fabułę trudno określić, bo każdy opis będzie w tym wypadku lepszy od tego, co zobaczymy na ekranie. Prawda jest taka, że obie wyszłyśmy z kina i nie umiałyśmy sklecić jednego zdania, które byłoby odpowiednią na pytanie ''O czym to w ogóle było''. A zwykle takich problemów nie mamy (po Idzie żadna z nas nie chciała się zamknąć, ale o tym następnym razem).

Poniekąd chodzi o to, że dwie dziewczyny likwidują stare domy, wynoszą z nich przedmioty, jedne lądują od razu w koszu, inne na pchlim targu. Drugi wątek historii odnosi się do zapoznanego przez bohaterki chłopaka, który w 10 sekund zgadza się na ich propozycję współpracy. Potem, czyli od połowy filmu nie dzieję się absolutnie NIC! Poza rozterkami bohaterów nad tym, czy się kochają wszyscy, czy tylko z osobna, czy jednak wolą żyć w samotności... Wszystko jednak jest przesiąknięte tym artyzmem, o którym pisałam na początku. Przykład? Bohaterka, która od pierwszych scen drażniła mnie niezmiernie wchodzi na huśtawkę. Skręca ciałem w prawo, w lewo, mówi: "Jestem Rybą". A ja w tym momencie myślę ''Zlitujcie się''.

Umówmy się, że film, w którym jedną ze scen jest jedzenie kanapki, mógł stworzyć praktycznie każdy. Wystarczyłby smartphone. Instagram byłby w takim razie galerią sztuki lepszą od Luwru, Agata zasłyszała gdzieś, że jest to polska odpowiedź na "Wyśnione Miłości" Dolana. Mam więc coś do przekazania polskim twórcom, zabierającym się za kolejną ''odpowiedź'' - odpuśćcie sobie. Nie wyszedł "Dżej Dżej", czyli polska "Ona", i nie wyszły "Wyśnione Miłości". Nie ta estetyka, za wysoka poprzeczka.

Aktorzy Pawelkiewicz i Czacki pokazali poprzez bohaterów jakąś osobowość, muszę przyznać, że byli całkiem nieźli. Za to, jak już wcześniej wspomniałam, gdy tylko pojawiała się ta pani:

H. Sujecka

.. to czułam się jakby nagle mój fotel stał się bardzo niewygodny. Nie wiem czy to kwestia amatorskiej gry aktorskiej, ekscentrycznych dialogów czy abstrakcyjnego humoru, który był daleki od moich upodobań. Nie zrozumcie mnie źle, nie każdy film musi mieć w sobie tyle akcji co Transformersy, lubię spokojną narrację w filmach, o ile za tym coś idzie: konsekwentnie pociągnięta fabuła, dramat psychologiczny bohatera, błyskotliwość scenariusza.. "Stłuczki" były dla mnie nijakie.

Musicie wybaczyć długość recenzji, ale czuję, że całkowicie wyczerpałam temat. Film dostaje 5 punktów na 10 możliwych.

P.S Pocieszę Was, że jeżeli chodzi o filmy festiwalowe, to teraz będzie tylko lepiej :)

P.S Łódź się stara, naprawdę nie można by pokazać tego miasta ładniej w tym filmie?


piątek, 3 października 2014

Mama / Mommy


Rodzina – temat do chwalenia się, temat do narzekań, temat tabu i jednocześnie temat rzeka. Nawet ten, kto nie posiada rodziny może mieć o niej wiele do powiedzenia i nawet mówiąc o rodzinie codziennie, nie ma obaw, że staniemy się monotematyczni. Być może właśnie dlatego mistrz obrazowania skomplikowanych relacji międzyludzkich – Xavier Dolan – filmem „Mommy” udowodnił, że ten sam twórca może wielokrotnie i bez skrępowania dotykać w swoich dziełach tych samych tematów. Najważniejszy jest jednak fakt, że Dolan jest w tym coraz lepszy.



Historia Die (Anne Dorval) rozpoczyna się w momencie, gdy po kilku latach pobytu w zakładzie resocjalizacyjnym powraca do niej jedyny syn – Steve (Antoine-Oliver Pilon). Wspólnie wchodzą w kolejny etap życia i razem zamieszkują w nowym miejscu. Z czasem, owdowiałej kobiecie udaje się zaprzyjaźnić z niepewną siebie, samotną (mimo, że żoną i matką) Kylą (Suzanne Clement).

Xavier Dolan kolejny raz przedstawia zawiłe, dwuznaczne relacje występujące między trójką głównych bohaterów. W moich ulubionych „Wyśnionych miłościach” płynnie przeskakiwał między zachowaniami hetero- i homoseksualnymi, w „Na zawsze Laurence” zacierał granice między byciem mężczyzną a kobietą, w „Mommy” powraca do wątku rodzinnego, poruszonego w swoim debiutanckim filmie „Zabiłem moją matkę”. Śledząc zachowania Steve’a, młodego chłopaka chorującego na ADHD, trudno jest krytykować niektóre słowa, decyzje i działania jego matki. Nagłe wybuchy gniewu, ostre kłótnie i rękoczyny przeplatają się w ich domu z beztroskimi zabawami, śmiechem do bólu brzucha, wspólnym gotowaniem i tańcami. Można by nawet dojść do wniosku, że ADHD syna wywołało schizofrenię u mamy. Die jest czasami dla Steva najlepszą kumpelą, czasami najgroźniejszym wrogiem, a czasami mamusią małego chłopczyka, która mówi o sobie w trzeciej osobie („Mama Cię kocha”). Relacje między tą dwójką dopełnia pojawienie się jąkającej, zestresowanej Kyli, która wśród nowych przyjaciół zaczyna czuć się doceniana, potrzebna, a nawet szczęśliwa.




Tym razem Dolan zrezygnował z ostrych barw, a jaskrawe obrazy zastąpił bardziej stonowanymi. Na szczęście nie umniejsza to wartości estetycznej filmu, zwłaszcza że teraz reżyser wykorzystał zupełnie inny, bardzo ciekawy zabieg. „Mommy” nie będziemy oglądać na całym ekranie - obraz znajduje się pośrodku, w dość ograniczonym kwadracie. Jest on tak samo ściśnięty, jak tłumione są obawy i lęki głównych bohaterów. Jedynie w dwóch momentach następuje eksplozja pozytywnych emocji – poczucie całkowitej wolności oraz marzenia o spokojnej, normalnej przyszłości. Piękne sceny, jedne z najbardziej poruszających w całym filmie! Z pewnością bez problemu je zauważycie, bo wprost wypływają z ekranu i rażą w oczy optymistycznym światłem.

Z kolei, niezmienne pozostaje u Dolana zamiłowanie do urozmaiconej ścieżki dźwiękowej. Za sprawą powszechnie znanych numerów, w szczególności hitów lat 90-tych i tych z początków XXI wieku, Dolan stworzył bardzo teledyskowe (raczej popkulturowe, a nie kiczowate) sceny. W większości przypadków nadają one dynamiczności i lekkości opowiadanej fabule.


Duży sukces na Festiwalu w Cannes. Jak będzie na Oscarach?
"Mommy" to silny rywal dla polskiej "Idy"

Są w kinie wielcy twórcy, których stylu nie da się pomylić z żadnym innym, a mimo tego każdy z ich kolejnych filmów całkowicie różni się od wszystkich poprzednich. Zazwyczaj takich właśnie artystów albo darzy się całkowitym uwielbieniem, albo zupełnie nie toleruje. Xavier Dolan swoim piątym filmem udowadnia, że od dawna należy mu się miejsce wśród elity współczesnych kreatorów kina. Zaskakujące jest jednak to, że ten 25-latek dokonał rzeczy niezwykle trudnej – po obejrzeniu „Mommy” nawet niechętnie nastawieni do niego widzowie przyznają, że Dolan stworzył poruszający obraz, od którego nie można oderwać wzroku.

Polska premiera 17 października br - nie przegapcie!

Za możliwość przedpremierowego i prywatnego (bo w domowym zaciszu) seansu –  podziękowania dla dystrybutora filmu - SOLOPAN.

Na marginesie: Jestem ciekawa, czy również zwrócicie uwagę (w dwóch momentach) na wyraźne nawiązanie do filmu „Kevin sam w domu” :) Przypadek? :D



piątek, 8 sierpnia 2014

Niczego nie żałuję - Edith Piaf / La Môme

Wspominałam kiedyś, że biografie zajmują czołowe miejsce wśród moich ulubionych kategorii, zarówno w filmie, jak i literaturze? Tak, wiem… za każdym razem, gdy piszę właśnie o kinie biograficznym ;) Nie jest to na szczęście spowodowane pospolitym wścibstwem z mojej strony (:P), a raczej podziwem dla tych wszystkich bohaterów, których życie obfitowało w rozmaite i wręcz nieprawdopodobne wydarzenia. Niestety, wiarygodność biografii jest zazwyczaj trudna do zweryfikowania, więc ja najbardziej cenię te, za sprawą których zaczynam patrzeć na daną postać w zupełnie nowym świetle i mam ochotę dowiedzieć się o niej jak najwięcej.



Życia Edith Giovanni Gassion (bo tak naprawdę nazywała się Edith Piaf) nie da się streścić w kilku zdaniach, czy nawet kilkudziesięciu minutach filmu. Trudne dzieciństwo, zaburzone relacje z matką i ojcem, problemy zdrowotne i emocjonalne, mieszkanie w domu publicznym i śpiewanie na ulicy – to tylko niewielki ułamek wszystkich doświadczeń Piaf.  Nic więc dziwnego, że reżyser – Olivier Dahan – postanowił skupić się jedynie na kilku punktach z życiorysu piosenkarki.

Oglądając „Niczego nie żałuję” nie można spodziewać się chronologicznego przedstawienia kolejnych faktów, bo reżyser skacze między różnymi etapami i konkretnymi sytuacjami. Lubię tego typu zabiegi, zwłaszcza w biografiach i filmach opartych na faktach. Zapewniają one dynamiczną akcję i chronią przed wrażeniem oglądania edukacyjnego dokumentu na lekcji historii w szkole.

Wcielenie się w tak skomplikowaną, niepowtarzalną i charakterystyczną postać, jaką była Piaf, jest pewnie marzeniem wielu aktorów. Marion Cotillard odegrała rolę Edith fenomenalnie. Była wiarygodna i gdy występowała na wielkiej scenie i śpiewając na ulicy, bawiąc się na zatłoczonym przyjęciu i wsłuchując w samotności w dźwięki muzyki, kłócąc w młodości z matką i walcząc z niedogodnościami schorowanego ciała. Jednak największe wrażenie wywołała na mnie scena (SPOJLER) rozpaczy Edith po śmierci ukochanego (KONIEC SPOJLERA) – widok zdruzgotanej bohaterki na długo zapada w pamięć.



Po obejrzeniu „Niczego nie żałuję” prawdziwa Edith Piaf stała się dla mnie jedną z najbardziej tajemniczych i intrygujących kobiet na świecie. Wcześniej, słysząc jej piosenki, nawet nie byłam pewna, czy rozpoznałabym jej twarz na pierwszym lepszym zdjęciu. Wyobrażałam ją sobie jako elegancką, schludną, piękną i wiecznie młodą Francuzkę. Portret, który zobaczyłam na ekranie zupełnie zburzył moje wymysły, przez co już od pierwszych minut filmu wiedziałam, że mam przed sobą przeszło 2 h ciekawego seansu.


Mistrzowska gra Marion Cottilard (Oscar), mistrzowska charakteryzacja (Oscar) i TA MUZYKA stanowią fundament filmu, bez którego z pewnością nie byłabym nim oczarowana, aż do stopnia: 8/10 
Chętnie wracam do tego filmu i wszystkim, którzy wahają się, czy go obejrzeć  - gorąco polecam!

środa, 4 czerwca 2014

Wilgotne Miejsca / Feuchtgebiete

     
Na I Ogólnopolskim Spotkaniu Blogerów Filmowych mieliśmy okazję zobaczyć dwa przedpremierowe filmy, pierwszy z nich to oczywiście opisany wczesnej ''Frank'', którego polecamy, drugi natomiast wywołał wśród towarzystwa dyskusje i skrajne opinie (ale przecież gdyby wszyscy się ze sobą zgadzali, to byłoby nudno i to całe pisanie nie miałoby sensu!:)). U redaktorek InLoveWithMovie taką radykalną reakcją na film było obrzydzenie i pożałowanie wcześniej zjedzonej pizzy (a warto nadmienić, że uwielbiamy zarówno jeść, jak i jeść pizzę).


   Przed seansem usłyszeliśmy, że jest to ''niemieckie kino kontrowersyjne'', co sprawiło, że od razu pomyślałam, że nie przejdzie się wobec tego filmu obojętnie. Miałam rację, jednakże liczyłam na coś w stylu Dziennika Nimfomanki, a dostałam ''tylko'' Nimfomankę w połączeniu z Sado, czyli 120 dni Sodomy. Spodziewamy się brzydkiego obrazka, ale pod tym względem film zaskakuje.

Choć przyznacie, że jak w dzisiejszych czasach, gdy słyszy się,  że coś wywoła ''kontrowersje'', to nasza pierwsza reakcja wygląda tak:


   Jednak już po pierwszych scenach i zapoznaniu się z nietypowymi nazwijmy to ''zwyczajami'' głównej bohaterki, gwarantuję Wam, że nasza mina wygląda tak:


   Mam swoją tezę co do tego, jak powstał ten film. Jestem przekonana, że reżyser siedział w toalecie (na muszli klozetowej), załatwiając potrzeby fizjologiczne i myślał o najbardziej kontrowersyjnych filmach, jakie powstały. Założył sobie, że poprzeczka postawiona jest wysoko, a historia Helen wydawała się mocnym argumentem, inspiracją natomiast niech stanie się sytuacja, w której on aktualnie się znajduje...

I tak widzowie lądują w brzydkiej, śmierdzącej kabinie toaletowej i cała jej otoczka stanowi główny motyw filmu. Mamy oddawanie kału, zbliżenia na odbyt, wymioty, jeszcze więcej odbytu (bo przecież to takie artystyczne!)... aż w końcu upewniamy się, że jeżeli film trwałby choć dwadzieścia minut dłużej, to i my bieglibyśmy w poszukiwaniu WC, aby znaleźć ujście dla ''emocji'' po Wilgotnych Miejscach. Jednak na jednym z portali o filmach historia filmu prezentuje się tak: ''Helen nie może się pogodzić z rozwodem rodziców. By zagłuszyć ból po ich rozstaniu, eksperymentuje w sferze intymnej.'' - jest to wyjątkowo nieudolny opis fabuły, (podobnie jak zwiastun), ponieważ ani jedno ani drugie nie przestrzega nas, przed tym co ukaże się naszym oczom. 


Fabuła filmu... jaka fabuła? Na pierwszym planie mamy sceny takie jak: wymienianie się zużytymi tamponami, albo wyławianie kału z toalety. Rzeczy, które absolutnie zagłuszają może i ciekawe tło, jakim jest rozwód rodziców oraz choroba psychiczna matki Helen. 



Siedzę i myślę. Niestety Helen, w palcu wyciągniętym z dupy nie ma
  nic artystycznego, wiem o tym ja, nie wiesz Ty ani reżyser David Wnendt.


   Absolutnie nie rozumiem, i nie pomogły temu kilkudniowe przemyślenia, co autor chciał wskórać pokazując sceny tak naturalistyczne i obrzydliwe. Czy naprawdę celem twórców filmowych jest to, aby widz zasłaniał sobie oczy podczas seansu i zadawał sobie nieustannie pytanie ''DLACZEGO?''. Ominęło mnie chyba naprawdę wiele metafor, których nie byłam w stanie zrozumieć. Dla mnie było to kino niziutkich lotów, gdzie motywu przewodniego nie było wcale, utonął chyba w morzu włosów łonowych. Jest to z całą pewnością jeden z najbardziej obrzydliwych filmów jakie widziałam, a główna bohaterka była irytująca. Wątek miłosny był naciągany, jak skóra Donatelli Versace, a wszelkie granice dobrego smaku przekroczone w pierwszej scenie filmu. Dla mnie absolutne NIE, nie o to w filmach chodzi.

Czy coś ratuje ten twór? Całkiem dobry podkład muzyczny i sceny, zliczone na palcach jednej ręki, na których możemy się uśmiechnąć.


Ocena: 3/10.

niedziela, 18 maja 2014

Powstanie warszawskie

Recenzja filmu z 2014r.

Pierwszy taki film historii kina. Nie tylko w historii kina polskiego, ale kina w ogóle. Sześć miesięcy pracy nad sześcioma godzinami oryginalnych nagrań kronik z Powstania warszawskiego zaowocowały stworzeniem pierwszego na świecie dramatu wojennego non-fiction.


Narratorami filmu są dwaj bracia - Witek i Karol - operatorzy Biura Informacji i Propagandy, których zadaniem jest  udokumentowanie Powstania. Traktując swoją rolę bardzo poważnie, młodzi mężczyźni (chłopcy?) postanawiają przyłączyć się do jednego z powstańczych oddziałów i zrobić wszystko, by nakręcić prawdziwą wojnę. Misja okazuje się raczej trudna do spełnienia, ponieważ walczący żołnierze są niechętnie nastawieni do ludzi z kamerami. W związku z tym, bracia najpierw dokumentują życie cywilów: prace w kuchni, proces pieczenia chleba, wygląd ulic i mieszkańców miasta, a nawet ślub. Dopiero po jakimś czasie udaje im się dołączyć do jednego z oddziałów i iść na prawdziwą akcję.

Pomysłodawca filmu, Jan Komasa, z pewnością wiedział jak żmudnym i czasochłonnym procesem będzie stworzenie sfabularyzowanego filmu, który ma się składać wyłącznie z autentycznych kronik filmowych wykonanych w sierpniu 1944 roku. Pod względem technicznym „Powstanie warszawskie” robi naprawdę ogromne wrażenie. Wszyscy doskonale znamy czarno-białe zdjęcia przedstawiające Warszawę z tamtego okresu, ale oglądanie tych samych obrazów w kolorze oraz ruchu, gwarantuje zupełnie nowe, silniejsze przeżycia. Patrząc na nieśmiało lub wstydliwie zerkających w kamerę powstańców, trudno wyjść z podziwu, że potrafili znaleźć w sobie siłę na odgruzowywanie miasta w poszukiwaniu ciał poległych, często znajomych i bliskich im osób. Widok walących się budynków, rannych i konających ludzi oraz martwych dzieci i dorosłych na długo zostaje w pamięci. Świadomość autentyczności wymienionych obrazów działa na wyobraźnię o wiele bardziej, niż nawet najdrastyczniejsze (ale wykonane przy pomocy kaskaderów i statystów), stworzone w doskonałej jakości filmowe zdjęcia.

W filmie nie brakuje poruszających scen. Tutaj jedna z nich - powstańcy zatrzymują grupę Niemców. Jestem pewna, że każda osoba w kinie zastanawiała się wtedy, jak by ich potraktowała.

Chociaż sam pomysł wplecenia do filmu fabuły początkowo bardzo mi się podobał, to jego realizacja już mnie nie zachwyciła. Dialogi momentami irytują i przeszkadzają, a głosy brzmią denerwująco nienaturalnie i aktorsko. Jedynie fragmenty czytania listów od kamerzystów–narratorów do matki (i odwrotnie) wpasowywały się w ton filmu, więc może warto by było się ograniczyć jedynie do takiej formuły. Zwłaszcza, że wówczas można by się jeszcze bardziej skupić na świetnej muzyce Bartosza Chajdeckiego.

Film jest ważny z jeszcze jednego powodu. Dzięki akcji „Rozpoznaj”, którą w lipcu 2013 roku rozpoczęło Muzeum Powstania Warszawskiego, jak dotąd (maj 2014) udało się zidentyfikować ponad 130 osób pojawiających się w filmie (!!!).




„Powstanie warszawskie” warto obejrzeć w kinie, zwłaszcza, że 1% dochodu ze sprzedaży biletu zostaje przeznaczone na rzecz powstańców.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Frances Ha

Recenzja filmu Frances Ha 

Dziś przypada Międzynarodowy Dzień Tańca. Chociaż święto tancerzy dotyczy mnie w takim samym stopniu, co np. zeszłotygodniowy Dzień Sekretarek i Asystentek, a obchodzi równie mocno, co  1-czerwcowe święto, czyli Święto Bułki (tak, tak – nie pomyliłam się) – to przecież każdy pretekst jest dobry, żeby poszukać jakiegoś tematycznego filmu. A, że scenarzystów typowego kina tanecznego zazwyczaj cechuje dość ograniczona kreatywność, właśnie dzisiaj udało mi się przypomnieć o długo odkładanej „Frances Ha” (czy ten tytuł się w ogóle odmienia?!).


27-letnia Frances (Greta Gerwig) to tancerka-marzycielka, która pomimo wielkiej miłości do tego, co robi – raczej nie jest w tym idealna. Ciągle wierzy, że może zostać słynną tancerką, ale porusza się dość średnio, a w studio, dla którego chce pracować, ma od dawna jedynie status praktykanta. Frances z jednej strony jest świadoma upływu lat, a z drugiej nie może się powstrzymać od życia z dnia na dzień. Nieco infantylny optymizm, ponadprzeciętnie częste zmiany mieszkania, zadłużenie się, by w najbliższy weekend polecieć do Paryża – Frances egzystuje właśnie na takich zasadach, a właściwie na ich braku. Natomiast, największą życiową komplikacją jest dla niej to, że najlepsza przyjaciółka, Sophie (Mickey Summer), postanawia wyprowadzić się do chłopaka i to jemu poświęcać coraz więcej czasu.

Prawdziwą przyjaźń u innych rozpoznają tylko ci, którzy sami jej doświadczają :)
Na zdj.: Mickey Summer i Greta Gerwig

„Frances Ha” jest oficjalnie w 100% amerykańskim filmem. Wyprodukowany w USA, wyreżyserowany przez nowojorczyka - Noah Baumbacha, który wraz z główną aktorką – Gretą Gerwig (Kalifornia)- napisał scenariusz. Dlaczego tym razem tak dobitnie wypisuję te geograficzne dane? Dlatego, bo „Frances Ha” do złudzenia przypomina nieco kameralne i stonowane kino francuskie, w którym nie są najważniejsze znane nazwiska, tylko opowiadana historia, obrazy i dźwięki. Co prawda, Paryż się tutaj pojawił, ale większość czasu Frances spędza w USA, więc całość robi naprawdę ciekawe wrażenie. Być może przyczyniły się również do tego czarno-białe zdjęcia, za którymi btw. nie przepadam, a które tutaj były naprawdę na miejscu.

Bo każdy optymista powinien być z siebie dumny!

Film ogląda się całkiem przyjemnie, lekko i bez konieczności wielkiego wysilania umysłu, a mimo tego nie razi głupotą (tak charakterystyczną dla większości amerykańskich komedii) i nawet niesie za sobą pozytywny przekaz. Chociaż wraz z napisami końcowymi nie wystrzeliły przed monitorem moje fajerwerki zachwytu, to  „Frances Ha” okazała  się całkiem dobrym wyborem na dzisiejsze popołudnie. Polecam tym, którzy mają ochotę na odstresowujący, 80-minutowy seans, po którym nie będzie trzeba kilka dni rozkminiać „co autor miał na myśli”. Oceniłam 6.5/10.

niedziela, 30 marca 2014

Płynące Wieżowce

   Nie pamiętam już jakie okoliczności sprawiły, że w listopadzie nie usiadłam wygodnie w kinowym fotelu, by zobaczyć najnowsze dzieło Wasilewskiego. A wszystko temu sprzyjało, świetne recenzje, ciekawy zwiastun. Dziś, po obejrzeniu Płynących Wieżowców ośmielam się myśleć, że okoliczności te były bardzo sprzyjające i na szczęście do kina nie trafiłam, byłoby to marnotrawstwo pieniędzy i mojego czasu. A zwiastun okazał się znacznie lepszy od zapowiadanego przez niego dzieła. Do rzeczy.


Po raz kolejny nie zgadzam się z ogólną, chwalebną opinią odnośnie jakiegoś filmu.

Najpierw o zaletach.

  Na pierwszym miejscu postawiłabym świetnie zagrane sceny erotyczne, bardzo dobre jak na rodzime podwórko, niezwykle hollywoodzkie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wszystko dzięki Mateuszowi Banasiukowi i niepozornej, znanej głównie z seriali typu Barwy Szczęścia (imponujący punkt w każdym aktorskim CV) Marcie Nieradkiewicz.

  Sam temat również zachęcał do obejrzenia produkcji. Wydaje mi się, że w Polsce filmy o homoseksualistach nadal są pewnym novum i wywołują masę kontrowersji. A gdzie tabu, tam i pożywka dla mnie. Sami przyznacie, że fabuła, która mówi, o tym, że chłopak w stałym związku poznaje drugiego chłopaka (w tej roli Geiner) i odkrywa w sobie nieznane, homoseksualne ciągoty wydaje się ciekawa i ciężko taki temat spieprzyć.

   Trzy: Mateusz Banasiuk i usytuowanie go w roli geja. Podoba mi się odejście od schematu jakoby homoseksualni faceci byli skrajnie zniewieściali i ''dziwni'' (jak na przykład bohater Sali Samobójców). Bohaterowie filmu nie są umalowani, ich ust nie pokrywa kilogram szminki, nie są roszczeniowi, nie pokazują się na paradach równości w piórach. Kuba (Banasiuk właśnie) jest męski, bije się jak typowy samiec alfa. Homoseksualizm w ujęciu Wasilewskiego to pewnego rodzaju wrażliwość. Plus dla reżysera za pokazanie ''normalności'' homoseksualistów.

Zapowiada się nieźle, prawda? Niestety, jest się do czego przyczepić.

  Cała historia to zlepek scen ''typu gołąb''. Stali czytelnicy bloga wiedzą o co chodzi. Nowych uświadomię. Scena ''typu gołąb'' to potocznie nazywana przez nas pseudo-artystyczna, przydługawa scena, mająca podkreślić artyzm twórcy, reżysera. Są to momenty, w których na przykład przez zgoła pięć minut towarzyszymy odjeżdżającemu autobusowi. Czyli fragmenty, które nic nie wnoszą, a zamieszczone są przez ''widzimisię'' scenarzysty. Dla mnie królową tej kategorii jest Małgorzata Szumowska. I niestety, Wasilewski również podobny zabieg zastosował. Wyobraźcie sobie, że kazał nam oglądać samochód podczas jazdy na piętrowym parkingu w centrum handlowym. I nie wiem, gdzie tu głębia. Jedyna rzecz, jaką ten fragment mógł podkreślać to fakt, że polskie parkingi w galeriach są wąskie, a niektórzy parkują po prostu ch*jowo.

  Marta Nieradkiewicz była świetna w scenach łóżkowych, owszem. Jednak poza nimi, gdy musiała się odezwać, wypadała niezwykle irytująco. Nie udźwignęła postaci, nie stworzyła jakiejś ciekawej, intrygującej widza postaci. Chyba, że odgórnym zamierzeniem było zagranie przez nią jedynie ''dziewczyny Kuby'', jeżeli tak, to sprawdziła się doskonale. Emocjonalnie pozostała w serialu.

  W tym filmie w ogóle wszystko jest takie mało wiarygodne. To chyba najwłaściwsze słowo. Mamy niby Kubę, który zawodowo pływa, i chyba jest całkiem dobry w tym, jednak nie mamy pewności, ponieważ ten wątek został wyjątkowo zaniedbany. Nie mamy pewności, co do jego homoseksualizmu  Jeżeli ktokolwiek liczy na poznanie postaci, to również się rozczaruje, ponieważ nie dowiemy się o nich nic, poza tym, że tkwią w miłosnym trójkącie. Nie lubię, gdy po 3/4 filmu twórca stwierdza, że musi wprowadzić jakiś dramat, żeby film nie pozostał nijaki. I tak się właśnie dzieje. Wasilewski chwyta się niczym tonący brzytwy wątku Sylwii, która wyjeżdża z faktem, po którym My, widzowie mamy chyba zareagować ''OOOOO Jakie to mocne!!''

Ona kocha jego, a on innego i chyba ją. Trójkąt bez rozwiązania, a raczej błędne koło.

Wszystkie te czynniki zsumowały się w ocenę 6/10.


wtorek, 25 marca 2014

Inny / El Mal Ajeno

W przerwie między oglądaniem nieudanych polskich produkcji minionego roku – tych nominowanych do Węży – dobry i mocny film miał być nagrodą za moją cierpliwość. Chcąc uniknąć nietrafionego wyboru, postanowiłam sięgnąć po sprawdzone kino hiszpańskie. Już niejednokrotnie się przekonałam, że thrillery z tego kraju cechuje ciekawa fabuła, dające do myślenia lub zaskakujące zakończenie, dobra gra aktorów i solidne wykonanie. Jak na złość, tym razem trafiłam na wyjątek od tej reguły.


Diego (Eduardo Noriega) jest lekarzem, który większość swojego czasu spędza w szpitalu. Zajmuje się badaniami nad bólem, ale mimo tego jest chłodno nastawiony wobec cierpienia chorujących. Jedną z jego pacjentek zostaje Sara (Angie Cepeda), kobieta w ciąży, chora na stwardnienie rozsiane, która trafiła do szpitala po próbie samobójczej. Sara zapada w śpiączkę o co jej partner Armand (Carlos Leal) obwinia Diega. Lekarz zostaje postrzelony i chociaż jego ciało wcale nie ucierpiało, to w życiu Diega dochodzi do diametralnych zmian (filmweb).

„Inny” to połączenie dramatu, thrillera i sci-fi. Właśnie dlatego liczyłam na mocną, może nawet nieoczywistą fabułę. Okazało się, że obejrzałam bajkę dla dorosłych o uzdrawianiu. Chociaż właściwie to nie do końca bajkę, bo umęczone miny bohaterów sprawiły, że film jest  w przeważającej części męcząco-nużący. Zabrakło mi również dobrego zakończenia, które tak bardzo cenię w hiszpańskich filmach. W „Innym” przewidywalność goni przewidywalność, a na samym końcu powiało niepotrzebnym patosem. Temat przewodni dość mocno miesza się z losami rodzinnymi Diega, czego efektem jest przesadna ckliwość i nadanie głównemu bohaterowi niemal roli mesjasza.

Eduardo Noriega
Z całej obsady „Innego” wcześniej znałam tylko Clarę Lago. Filmowa córka Diega, to jedna z najbardziej rozpoznawalnych hiszpańskich aktorek młodego pokolenia ("La Cara Oculta", „Gra w wisielca”, „Tylko ciebie chcę”). Lago nie można odmówić talentu aktorskiego oraz dużej odwagi (to udowodniła przede wszystkim we wspomnianej „Grze w wisielca”), ale rola w „Innym” niestety nie dała jej wiele możliwości do popisu. Za to bardzo mnie zainteresował Eduardo Noriega (Diego), którego wiele osób pewnie kojarzy z filmu „Otwórz oczy” (muszę koniecznie nadrobić te braki). Chłodnego, nieco gburowatego lekarza zagrał naprawdę dobrze i przekonująco, więc mam zamiar zobaczyć jeszcze niejeden film z jego udziałem.

Clara Lago
Dziwi mnie trochę, że producentem „Innego” jest Alejandro Amenabar - scenarzysta i reżyser takich obrazów, jak  „Inni”, czy wspomniany „Otwórz oczy”. Amenabar odpowiada też za scenariusz do „Vanila Sky”, więc widać, że thriller to gatunek, w którym czuje się naprawdę dobrze. Mam wrażenie, że fakt, iż podpisał się pod „Innym” to z jego strony mały wypadek przy pracy.

Oceniłam 5,5/10. To taki typowy średniak. Film jeden z wielu, który jest bo jest, ale gdyby go nie było, to kinematografia niczego wielkiego by nie straciła.

niedziela, 16 marca 2014

Mój Biegun

Gdyby Polacy nakręcili film o Margaret Thatcher, ona przez półtorej godziny lepiłaby pierogi wraz ze swoją rodziną. Gdyby w Polsce robiono film o Neil'u Armstrongu ukazano by jego, pijącego Coca Colę razem z ojcem, na ganku. Gdyby Polacy realizowali film Jobs, skupiałby się on na problemach z otwarciem garażu, w którym tytułowy bohater zaczynał swoją zabawę z komputerami. Gdyby w Polsce powstał film o Zuckerbergu fabuła opierała by się na tym, jak Mark w collegu poznał uroczą dziewczynę i jak śpiewał jej serenady pod oknem, jak wspólnie chodzili na spacery w sadzie, w Grabinie. W napisach końcowych widzielibyśmy ''A tak by the way..'' i kolejno: ''... została premierem Wielkiej Brytanii, pierwszy stanął na księżycu, twórca Apple, założyciel Facebooka''. Innymi słowy chcę napisać, że tytuł ''Mój biegun'' jest cholernie mylący.


Przez cały film czułam się jakbym oglądała kolejny, dwutysięczny odcinek serialu Klan albo M jak Miłość, w których scena polega na tym, że X wchodzi do pokoju, jego małżonka Y prasuje:

X: Prasujesz?
Y: Samo się nie wyprasuje.

X wychodzi. Klaps. Koniec sceny.

Co jest z tą serialową wrażliwością? Czy naprawdę życiowym osiągnięciem Jasia Meli było przyjście w protezie na cmentarz, na którym leżał jego brat. Czy aż tak cholernie istotny był konflikt między nim, a ojcem? Czy zamiast sceny malowania pokoju nie można by skupić się na czymś innym? SERIO?!

Tych, którzy chcą widzieć na ekranie emocje i niezłomność, bohaterstwo bohatera, czeka rozczarowanie. Sama nie wiem, czy to wina Musiała, który był po prostu ''ok'' (nieporównywalny z Ogrodnikiem w Chce się żyć), czy mało porywającej fabuły, czy może tego, że ktoś stara się wyeksponować niezwykłą głębię bohaterów i ich relacji, ale mu to nie wychodzi.

Jedyna z niewielu scen wyrywająca widza z nudy.

Produkcję ratuje Bartłomiej Topa oraz Magdalena Walach, czyli filmowi rodzice Meli. Całkiem wiarygodni, pokazali trud sytuacji, w jakiej znalazły się rzeczywiste osoby. Przechodzimy przez wszystkie fazy związku w obliczu tragedii i patrzymy, jak z trudem starają się poskładać, wydawałoby się nieposkładalne, elementy.

Film miał mówić o trójliściach, gdy tymczasem jedyną wyeksponowaną trudnością  jaka się nasuwa  jest nieporadzenie sobie ekipy z tematem. Nie ma bohatera, który udźwignąłby 90 minutowy film, jest za to rodzinny dramat.




Ocena: 5.5 na 10.


niedziela, 2 marca 2014

Dallas Buyers Club / Witaj w klubie



   Historia prostego, butnego cwaniaczka w kowbojkach, Rona Woodrofa, to mocny akcent na tegorocznych Oscarach oraz czarny koń wyścigów, w postaci Matthew McConaugheya nominowanego za najlepszego aktora pierwszoplanowego oraz Jareda Leto za postać drugoplanową. Ponoć Leto od pierwszego dnia zdjęć nie był sobą, a swoją postacią Rayonem. W rolę wczuwał się tak bardzo, że przez całe dnie chodził w szmince i szpilkach (również poza planem), kilka razy flirtował nawet z reżyserem Jean-Marci'em Vallee.  Nominowany do sześciu statuetek film opowiada historię faceta, który zachorowawszy na AIDS zaczyna poszukiwać alternatywnych leków i rozwiązań, niekoniecznie legalnych. Zagorzały teksański homofob przechodzi przemianę, gdy sam staje się nosicielem tzw. ''pedalskiej krwi''. W tym momencie musi skonfrontować się ze swoimi przyjaciółmi, którzy są mało przyjaźni gejom (a przecież na AIDS chorują tylko i wyłącznie geje) i odwracają się od swojego kumpla. Kolejna ściana z jaką zderza się bohater to służba zdrowia, nieprzyjazna i zbiurokratyzowana. Na szczęście dla fabuły i innych chorych największą zaletą Woodroofa jest omijanie prawa i kombinowanie. Tworzy on alternatywną służbę zdrowia i z egoisty staje się społecznikiem

Jared Leto
   Epidemia AIDS jest jedynie tłem dla całego filmu (opartego przecież na faktach), reżyser skupia się bardziej na przemianie, jaka dotknęła bohatera. Tym, jak walczy sam ze sobą, gdy zaczyna przyjaźnić się z Reyonem (transwestyta i wspólnik w interesach) i wychodzi z radykalnych, troglodyckich poglądów. 


   Matthew McConaughey (jestem pewna, że ile osób, tyle sposobów czytania tego nazwiska :D) pozbywa się przyrostu mięśni, zamienia obcisłe koszulki na flanelową koszulę, sportowe buty na ostrogi, zapuszcza wąsy i włosy, na których nie doszukamy się już żelu. Patrząc na jego kreację w Witaj w klubie trudno sobie wyobrazić, że jeszcze nie tak dawno ten wychudzony narkoman był playboyem i beachboyem. Przyćmiewa cały film, całą fabułę i gdybym nie zaciskała kciuków do bólu za Oscara DiCaprio, to na pewno kibicowałabym Matthew. Muszę przyznać, że trudno mi ocenić, który z nich w swojej kreacji był lepszy, ponieważ DiCaprio od lat gra po prostu wybitnie, a objawienie McConaugheya w świetnego aktora widać dopiero w Witaj w Klubie (choć Wilk z Wall Street był już pierwszą oznaką).

  Bardzo blado przy kolegach wypada Jennifer Garner, i choć osobiście lubię ją jako aktorkę, to nie można nie zauważyć, że jest ona słabym punktem tego filmu. Przez swoją delikatność i nijakość. Wcielając się w postać lekarki z jajami Garner wypada po prostu niewiarygodnie, a wypowiadane z jej ust ''fuck'' brzmi ciut żałośnie. Wysłałabym ją na lekcję do jednego Wilka z Wall Street, który fucka niesamowicie umiejętnie.

   Na korzyść filmu nie gra również jego długość - czyli niespełna dwie godziny. Obraz jest dobry, dwie postacie doskonałe, ale całość pozbawiona jest zrywów akcji, które mogłyby widza wpędzić w jakąś fascynację. Innymi słowy: chwilami przynudza. Jednak, tak jak napisałam wcześniej, nie zwracamy na to uwagi mając przed oczami McConaugeya i jego transformację, nie tylko w filmie.


Ocena: 7.5/10.

sobota, 1 marca 2014

Nebraska

6 NOMINACJI:
 film, reżyser, aktor pierwszoplanowy, aktorka drugoplanowa, zdjęcia, scenariusz oryginalny

Na świecie żyje ponad siedem miliardów ludzi, co ważne siedem miliardów zupełnie różnych ludzi. Jest jednak coś, co wszystkich łączy, mimo że nie zawsze potrafimy się z tym pogodzić – każdy z nas się starzeje. Trochę to przygnębiające, że w momencie, gdy czytasz to zdanie jesteś już o kilka sekund starszy, niż gdy wszedłeś na bloga. Niektórzy uważają, że ten proces ma też pozytywne strony, bo wraz z upływem lat stajemy się coraz mądrzejsi i bogatsi o kolejne doświadczenia. Niestety, kolejnym etapem jest często proces dziwaczenia, dziecinnienia i coraz trudniejszej walki wieloma problemami zdrowotnymi. „Nebraska” skutecznie przypomina, że przyszłość jest jedną wielką niewiadomą i, że chociaż teraz trudno to sobie wyobrazić, to nie zawsze będziemy w stanie w pełni kontrolować swój umysł oraz swoje ciało.


„Nebraska” to opowieść o podstarzałym alkoholiku – Woody’m (Bruce Dern - nominacja w kat. aktor pierwszoplanowy), który dowiaduje się, że wygrał na loterii milion dolarów. Nagrodę może odebrać jedynie w miejscowości Nebraska, która znajduje się bardzo daleko od jego miejsca zamieszkania. Pomimo krytycznego nastawienia żony (June Squibb - nominacja w kat. aktorka drugoplanowa) oraz synów: Rossa (Bob Odenkirk) i Davida (Will Forte), Woody uważa, że nagroda na niego czeka, więc trzeba ją szybko odebrać. W końcu młodszy syn, David,  zgadza się wyruszyć z ojcem w podróż do tytułowej Nebraski, która staje się okazją do odwiedzenia rodzinnych okolic oraz do konfrontacji z przeszłością.

Do filmu byłam nastawiona raczej sceptycznie. Temat wydawał mi się ciężki, a dodatkowo czarno-biała forma przywołała wspomnienia niesmaku po rozczarowaniu „Artystą”. Chociaż kilkanaście pierwszych minut „Nebraski” sprawiało wrażenie, że nie zostanę fanką tego filmu, to wraz z upływem kolejnych scen coraz bardziej zatracałam się w tej historii. Jest to zdecydowanie najspokojniejszy tegoroczny kandydat do Oscara, który toczy się powolnym rytmem, ale o dziwo wcale nie przynudza, ani nie zachęca do częstego spoglądania na zegarek. Zaskakuje też to, że w rzeczywistości jest naprawdę smutny, ale jednocześnie zawiera tak bardzo komiczne sceny, że po prostu nie można się na nich nie roześmiać.

Oscarowi kandydaci "Nebraski" - Bruce Dern i June Squibb
„Nebraska” przedstawia obraz dziwnej, wręcz niespotykanej rodziny. Została ona przedstawiona w trochę groteskowy sposób, wyolbrzymiając różne wady ludzkich charakterów. Kluczową postacią jest tutaj żona głównego bohatera. Chyba nie znam (na szczęście) ani jednej aż tak wrednej i bezpretensjonalnej istoty, która nie ma pojęcia czym jest taktowność, albo empatia. Ta starsza już kobieta nie stroni od wulgarnych słów i zachowań (cała scena na cmentarzu), mówi co jej ślina przyniesie na język i wydaje się, że czerpie z tego niemałą satysfakcję. Odzwierciedlająca tą postać June Squibb (wcześniej zupełnie nie kojarzyłam jej nazwiska) doskonale odnalazła się w swojej roli, więc nominacja do Oscara nie jest żadnym zaskoczeniem. Pomijając żonę – cała rodzina Woody’ego wydaje się jakaś specyficzna, oschła, ale co najdziwniejsze – wcale nie smutna. Dla nich takie życie jest czymś naturalnym, a wspólne oglądanie meczu (członkowie rodziny widzą się razem pierwszy raz po wielu latach) nie dostarcza żadnych nadzwyczajnych emocji, ani nawet tematów do rozmów.

Entuzjastyczne rodzinne spotkanie po latach

Film Alexandra Payne’a (nominacja za reżyserię) to smutny obraz starości. Starzy zachowują się tutaj jak dzieci, jednak gdy  u dzieci ich niewiedza, bujna wyobraźnia oraz wiara w wyimaginowany świat jest przejawem optymizmu, to u ludzi starych takie zachowania wzbudzają  raczej litość, a nawet poczucie smutku. Uważam, że warto zobaczyć tę słodko-gorzką historię i cieszę się, że wśród tegorocznych nominowanych filmów widać taką różnorodność zarówno tematyczną, jak i reżysersko-kreacyjną. Oceniłam 7/10.

wtorek, 25 lutego 2014

American Hustle

10 NOMINACJI: film, reżyseria, aktorka pierwszoplanowa, aktor pierwszoplanowy, aktorka drugoplanowa, aktor drugoplanowy, scenariusz oryginalny, kostiumy, scenografia, montaż 

10 nominacji do Oscara zobowiązuje. Niestety, w przypadku „American Hustle” trochę też rozczarowuje. Po filmie, który ma szansę zdobyć m.in. tytuł najlepszego minionego roku, można spodziewać się naprawdę wiele. Może dlatego określenie dobry, które w przypadku tak wielu obrazów jest bardzo pozytywne, tutaj wydaje się być niedostatecznie satysfakcjonujące.


Stany Zjednoczone, rok 1978. Irving Rosenfeld (Christian Bale – nominacja: aktor pierwszoplanowy) jest oszustem finansowym, który zarabia sprzedając sfałszowane obrazy i biorąc prowizję za pośrednictwo w fikcyjnych pożyczkach. Pewnego dnia, na przyjęciu u przyjaciela, poznaje Sydney Prosser (Amy Adams – nominacja: aktorka pierwszoplanowa), która zostaje jego kochanką i wspólniczką w przekrętach. Wkrótce w ich biurze pojawia się agent FBI Richie DiMaso (Bradley Cooper – nominacja: aktor drugoplanowy). Grożąc parze oszustów więzieniem, zmusza ich do udziału w swojej operacji antykorupcyjnej. Pierwszym celem ma zostać Carmine Polito (Jeremy Renner), znany polityk z New Jersey. Akcja komplikuje się, gdy w aferę zostają zamieszani kongresmeni oraz przedstawiciele mafii ze Wschodniego Wybrzeza. Na domiar złego niezrównoważona żona Irvinga, Rosalyn (Jennifer Lawrence – nominacja: aktorka drugoplanowa), zaczyna sprawiać kłopoty mogące zagrozić powodzeniu całej operacji (źródło: filmweb.pl).

Z pewnością siłą „American Hustle” jest bardzo dobra obsada. Nieczęsto się zdarza, żeby artyści z jednego filmu otrzymali nominacje we wszystkich aktorskich kategoriach. Jestem pewna, że nawet gdyby ta czwórka (Bale, Adams, Cooper, Lawrence) nie została doceniona nominacjami, to i tak każdy filmoholik niecierpliwie by czekał na premierę.

Christian Bale, jego brzuch i jakieś laski
Chociaż głupotą z mojej strony byłoby napisanie, że zagrali oni źle, to żaden z wymienionych aktorów nie jest moim faworytem w wyścigu po statuetki. Nawet Christian Bale, który przeszedł na potrzeby filmu ogromną fizyczną metamorfozę (nie da się nie zauważyć TAKIEGO brzuszka) nie wykreował jakieś spektakularnej postaci. Zwłaszcza, gdy jego bohater zostanie porównany do bohatera DiCaprio w „Wilku…”, albo McConaughey’a w „Dallas…”, czy nawet Ejiofora w „Zniewolonym”. Czytałam wiele recenzji, których autorzy zachwycają się grą Lawrence. Zaznaczam, że to jedna z moich ulubionych aktorek młodego pokolenia, ale nie przesadzajmy z tymi pochwałami! Doceniam ją za wcześniejsze występy, uwielbiam jej wizerunek naturalnej i normalnej dziewczyny, a mimo tego zdołałam chłodno spojrzeć na jej występ w „American Hustle” i stwierdzić – nie tym razem. Grana przez nią pijaczka, nie wyróżniła się niczym specjalnym od tych wszystkich wcześniejszych filmowych pijaczek. Kilka butelek Oscara nie czyni.

Jennifer Lawrence i jej alkoholizm
Bardzo, bardzo podoba mi się strona artystyczna filmu. Zaczynając od ścieżki dźwiękowej, poprzez scenografię, kończąc na kostiumach. Wszystkie sceny muzyczne są niesamowicie miłe dla ucha, a do tego energiczne, głośne i z przytupem, przez co rozruszały historię i nadały jej dynamiczności. Z kolei miłe dla oka okazały się charakteryzacje dosłownie wszystkich bohaterów. Kto by przypuszczał, że Coopera nie oszpecą nawet wałki na głowie, a Amy Adams przyćmi zmysłowością teoretycznie bardziej ponętną Lawrence. W „American Hustle” wszystko jest tak kolorowe i z takim przepychem, że aż w pewnym momencie przestałam zwracać uwagę na  fabułę.

Bradley Cooper i jego wałki

Amy Adams i jej piękne... włosy ;)
Jak napisałam we wstępie – uważam, że film jest dobry, więc oceniam 7/10. Mam jednak nadzieję, że „American Hustle” będzie największym przegranym Gali, bo w wielu kategoriach znaleźli się lepsi kandydaci. Mam też wrażenie, że David O. Russell (reżyser, scenarzysta) otrzymuje nominacje bardziej z przyzwyczajenia, niż za realne zasługi. I czuję, że za rok mało kto będzie pamiętać „American Hustle”, tak jak dziś mało kto wspomina jego zeszłoroczny obraz „Poradnik pozytywnego myślenia”, który swego czasu był przez tak wielu widzów zachwalany.