niedziela, 16 lipca 2017

Aż do kości / To the Bone

Kolejna pełnometrażówka Netflixa, która kręci się wokół jedzenia. Jednak tym razem na tapetę wzięto nie tylko wstręt do spożywania mięsa, a do spożywania czegokolwiek. 



Film, którego główną bohaterką jest 20-letnia anorektyczka, ani nie szokuje, ani nie powala na kolana. Bardziej wygląda mi on na jakąś formę autoterapii dla reżyserki (Marti Noxon) oraz odtwórczyni głównej roli (Lily Collins), które podobno w przeszłości zmagały się z tą chorobą, niż na lekcję, lub przestrogę dla ludzi z jadłowstrętem. 


Jako minispojlerek dodam, że w filmie znajduje się dziwna scena, w której matka postanawia nakarmić swoją dorosłą córkę, co chyba ma być przełomowym momentem dla nich obu. W moim odczuciu było to tak bardzo creepy, że w ogóle nie potrafiłam skupić się na "podniosłości" tego momentu. 


A może po prostu nie wczułam się w problem i spoglądałam na ekran cynicznym okiem, w dodatku znad tabliczki Milki.

środa, 12 lipca 2017

Okja

Po pierwszych scenach - bardzo klimatycznych, a wręcz baśniowych - miałam wrażenie, że obejrzę rasowego przedstawiciela kina familijnego. Jednak, im dalej w las... a właściwie odwrotnie, bo im dalej od lasu, tym atmosfera staje się coraz bardziej gęsta, a temat poważnieje z minuty na minutę.



W najnowszym filmie Joon-ho Bonga poruszonych zostaje sporo aktualnych, istotnych i drażliwych kwestii. I tak, obserwujemy tutaj m.in. głupiejące społeczeństwo, któremu można wszystko podsunąć pod nos, jako rozrywkę - ważne, żeby było kolorowo, głośno, z fetą i na szeroką skalę. Mamy rosnący problem głodu, który o ironio wcale się nie zmniejsza, mimo że wielu z nas jest mistrzami w marnowaniu jedzenia. Śledzimy też mocny, zero-jedynkowy apel miłośników zwierząt z niesamowicie łopatologicznym zobrazowaniem ich ideologii. A przez cały seans nie zapominamy, co jest tematem przewodnim i obserwujemy bohaterów, których łączy bezgraniczna, najważniejszej na świecie przyjaźń. Piękne to i uniwersalne zarazem.

Chociaż nie należę do gorliwych obrońców  zwierząt, nie pielęgnuję żadnej ludzko-zwierzęcej przyjaźni, ani tym bardziej nie jestem wegemaniakiem, to mimo wszystko są pewne obrazy i zjawiska, które nawet mnie poruszają i chociaż nie dotykają bezpośrednio, to bolą od samego patrzenia. Myślę, że każdy pozbawiony psychopatycznych skłonności człowiek, odbierze ten film w podobny sposób. Żądza pieniądze rośnie w siłę, ludzkie okrucieństwo nie zna granic, a obie te sprawy napędzają siebie nawzajem, co prowadzi do błędnego koła, które coraz szybciej mknąc, coraz bardziej wymyka się spod naszej kontroli.

Karykaturalne osobowości, niczym czarni bohaterowie z „Igrzysk śmierci”; przedstawione magiczne relacje przypominające te z „Życia Pi”; silna, dziecięca przyjaźń, jak w „Moście do Terabithii”. To wszystko sprawia, że „Okja” niesamowicie działa na wyobraźnię.

To jeden z tych obrazów, który bardzo chętnie obejrzałabym na dużym ekranie. I chociaż zapewne po raz drugi opowiedziana w nim historia nie poruszy mnie równie mocno, to ze względów artystycznych nie mogłabym odmówić sobie takiego seansu. Nigdy w życiu nie oglądajcie tego z dziećmi! Chyba :D 

sobota, 3 czerwca 2017

AfryKamera, 27.05.-01.06.2017, Poznań

Sześć dni z kinem afrykańskim minęło błyskawicznie, a zdecydowana większość filmów, które miałam szczęście obejrzeć w trakcie tegorocznego Festiwalu idealnie trafiła w mój gust. Ostatnio mocno zaniedbałam oglądanie dokumentów, dlatego tym bardziej cieszę się z każdego obejrzanego w ramach AfryKamery. Jednak, to fabuły naprawdę skradły moje serce. Mocne, wstrząsające, wyraziste dramaty - to one dostarczają mi emocji, dzięki którym wiele lat temu pokochałam kino. W trakcie Festiwalu doskonale sobie o tym przypomniałam. 



Poniżej zestawienie kilku najlepszych filmów, zaczynając od mojego NAJ:


1. "Mów mi złodziej" / "Noem My Skollie"; RPA, 2016


Historia czwórki przyjaciół, którzy po dramatycznym i przerażająco wstrząsającym doświadczeniu jednego z nich - Abrahama - postanawiają założyć własny gang. Mimo, że decyzję tę podejmują mając zaledwie kilka/kilkanaście lat, to przez ani jedną sekundę istnienia swojej chuligańskiej grupy nie traktują jej, jako zabawę. Kiedy pewnego dnia z pozoru łatwa akcja kończy się fiaskiem, Abraham wraz z jednym z przyjaciół trafiają do więzienia. Tutaj czekają ich przerażające lekcje życia oraz liczne próby charakterów. Męsko-męskie gwałty, upokorzenia, poznawanie swojego miejsca w szeregu - to ich nowa codzienność. 
Film jest określany mianem nieoficjalnej autobiografii scenarzysty. 
8/10

2. "Ciało obce" / "Corps estranger"; Tunezja, Francja, 2016


Reżyserka Raja Amari w sposób nieoczywisty, a nawet prekursorski przedstawiła życie uchodźców w Paryżu. To niesamowite, że z tak politycznie przesiąkniętym tłem udało się jej przedstawić przede wszystkim historię i wzajemne relacje trójki głównych bohaterów. Można by nawet powiedzieć, że trójkąta głównych bohaterów. 
Stylistyką "Ciało obce" przypomina mi nieco "Wyśnione miłości" Dolana, więc może dlatego, tak pozytywnie odebrałam ten film.
Aktorsko - mistrzostwo świata!
7.5/10

3. "Przeklęci" / "The Cursed Ones"; Wielka Brytania, Ghana, 2015


Chociaż akcja filmu toczy się w fikcyjnym miejscu i przedstawia losy fikcyjnych bohaterów, to reżyser ( Nana Obiri Yeboah) zaznacza, że inspirował się faktami. Każdego roku w zachodniej Afryce tysiące dzieci zostaje oskarżanych o uprawianie czarnej magii, torturowanych, a nawet zabijanych. 
W "Przeklętych" na pierwszy plan zostaje wysunięta historia 15-letniej dziewczyny, która podziela losy wspomnianych wyżej dzieci. Jednak na całość składa się więcej elementów: fanatyzm religijny, korupcja, żądza władzy. Ogromny plus za odważny i nieoczywisty zwrot akcji!
Słabe aktorstwo niestety nieznacznie psuje seans. 
7/10


4. "Maloya"; Reunion, 2016


Dokument o muzyce i stylu tańca (to tytułowa Maloya) wywodzącym się z wyspy Reunion. Charakteryzuje się krótkim, rytmicznym tempem oraz tekstami śpiewanymi po kreolsku. Maloya, która obecnie uznawana jest za symbol oporu przeciw władzy, przez wiele lat była zakazana oraz uznawana za niebezpieczną, wprowadzającą w trans i obfitującą w mistyczne doznania.
6/10

4. "Bi Kidude na celowniku" / "I Shot Bi Kidude", Wielka Brytania, Tanzania, 2015


Dokument o Bi Kidude określanej mianem "najstarszej wokalistki na świecie", "skarbem narodowym", a nawet "towarem eksportowym Tanzanii". W swojej muzyce podkreślała m.in. swój sprzeciw wobec nierównościom społecznym oraz opresji kobiet. Do bardzo późnej starości koncertowała na całym świecie, była również u nas :)
Bardzo ciekawie poprowadzona narracja - reżyser w interesujący sposób zapętla przedstawioną przez siebie opowieść. Dzięki temu wraz z nim widz może uczestniczyć w swoistym śledztwie, próbującym określić okoliczności i pobudki nietypowego porwania "babci Zanzibaru" przez jej dalekiego krewnego.
6/10


Tegoroczna AfryKamera była moją drugą. Pamiętam dokładnie, że rok temu, wzięłam w niej udział, tak jakby eksperymentalnie i z ciekawości. Teraz (już!) z sentymentu i (przede wszystkim) ogromnej słabości do seansów w kinach studyjnych. Jestem przekonana, że na przyszłoroczny Festiwal będę biegła w podskokach, niecierpliwie odliczając przed nim dni.

Kino Muza w Poznaniu - SERDECZNIE DZIĘKUJĘ za możliwość uczestniczenia w tym wyjątkowym, obfitym w mocne wrażenia oraz niesamowicie poszerzającym moje kinowe horyzonty Festiwalu.



czwartek, 25 maja 2017

Festiwal Afrykamera 2017 - Zapowiedź

 27.05.-01.06.2017, Kino Muza w Poznaniu




To już 12. odsłona Festiwalu AfryKamera, która w tym roku dedykowana jest Ghanie.

Projekcje filmów odbywają się w ośmiu miastach Polski, a u nas w Poznaniu - w Kinie Muza. Łącznie widzowie z całego kraju będą mogli wybierać spośród ponad 20. filmów fabularnych i dokumentalnych. 
Ja już odebrałam swoje wejściówki i w planach mam m.in. następujące tytuły:
"Ciało obce", "Przeklęci", "Pociąg soli i cukru", "Malyoa", "Bi Kidude na celowniku", " Opowieść Ugandyjska". 
Szczegółowy repertuar dostępny na stronie Kina 

Krótko o idei Festiwalu (za organizatorem):

Celem Festiwalu jest przybliżanie największych osiągnięć Afryki w zakresie kina, co pozwala na bieżące obserwowanie rozwoju kontynentu w tym sektorze oraz przełamywaniu nieprawdziwego stereotypu, że Afryka jest kinową pustynią. Dotyczy to nie tylko dorobku ostatnich kilku lat, również przybliżaniu nieznanej, a wielce wartościowej twórczości klasyków tego regionu. Dodatkowo dążymy do przybliżania znajomości specyfiki kinematograficznej regionów afrykańskich oraz do przedstawienia i rozjaśniania jak lokalne różnice kulturowe potrafią znacząco wpływać na język kinowy i specyfikę twórczości.


Czyli wiecie co robić! Przez najbliższy tydzień możemy wpaść na siebie w Muzie :) 

sobota, 20 maja 2017

Jutro będziemy szczęśliwi / Demain tout commence



Zwiastun, którym kina zasypywały widzów przez ładnych parę miesięcy, zapowiadał coś zupełnie innego. Ot, kolejna, niezobowiązująca, lekka, łatwa i przyjemna w odbiorze komedia. Temat też nieszczególnie oryginalny – młoda mama nie chce dziecka, więc w nieelegancki sposób pozostawia je w ramionach ojca. Po czym znika na osiem lat. Zszokowany i nieobyty w temacie tatuś ma przez to niezłą zagwostkę, co prowadzi do wielu komicznych sytuacji. Ok, tak wygląda ta wesoła część. Gdy jednak starzejemy się wraz z bohaterami o wspomnianych osiem lat, to wpadamy w wir coraz to dramatyczniejszych wydarzeń.



Na temat „Jutro będziemy szczęśliwi” odbyłam kilka ciekawych rozmów z kilkoma znajomymi (również ciekawymi). Wszyscy jednogłośnie zachwalali zaskakujący zwrot akcji na samym końcu historii. Muszę przyznać, że ja też. Moją uwagę zwróciło jednak narzekanie jednej z osób na to, że w filmie był o jeden zwrot akcji za dużo. Znajomy nie potrafił sprecyzować, o który, ale o jeden na pewno. Muszę przyznać, że z tym już się nie zgadzam. Lubię takie skakanie po fabule, bo zazwyczaj idzie też za tym skakanie po emocjach widza. A co się z tym wiąże – mamy wartką akcję. I tutaj ona również była!

Wzruszam się naprawdę baaardzo rzadko, zwłaszcza na filmach, ale jeśli już mi się to zdarza, to z powodu zupełnie innych sytuacji i splotów zdarzeń, niż w „Jutro będziemy szczęśliwi”, gdzie sercowym ściskaczem został temat-pewniak, czyli choroba. Ale podtrzymując to, co napisałam zdanie wcześniej – to nie do końca moje klimaty i więcej emocji wzbudziła we mnie piosenka Leona Bridgesa na napisach końcowych, niż przedstawiona w filmie historia. Ale naprawdę rozumiem, że są widzowie, którym wraz z rozwojem oglądanych wydarzeń spłynęła po policzku niejedna łza. Autentycznie, to rozumiem!

W sumie powinnam chyba zacząć od  tego, że głównym wabikiem, który sprowadził mnie do kina, nie był ogrom zwiastunów, a Omar Sy na pierwszym planie. Uwielbiam tego gościa, więc wiedziałam, że zagra rewelacyjnie i tak też było. To człowiek – kameleon, który w ułamku sekundy potrafi przeistoczyć się z kawalarza/jajcarza w zdruzgotanego i załamanego człowieka nie mogącego pogodzić się z losem. Albo odwrotnie. Zawsze kupuję jego bohaterów w 100%. Jeśli polubicie  dramatyczną naturę Sy, to gorąco zachęcam do obejrzenia „Chocolate”, w którym zagrał tytułową rolę. Dobre kino i genialny Omar zawsze zasługują na uwagę J

Dla „Jutro będziemy szczęśliwi” mocne 6.5/10 –  nieźle się to ogląda.

sobota, 6 maja 2017

Szatan kazał tańczyć



Gdyby ktoś z Was przypadkiem zabłądził w kinie i trafił na seans najnowszego pomysłu Katarzyny Rosłaniec, to z całego serca zalecam: albo gnać do najbliższego wyjścia ewakuacyjnego, albo ewentualnie gdzieś się schować. Dziwny zlepek iluś tam scen, które podobno można sobie samemu poukładać na ileś tam sposobów, to nic innego, jak ... dno pod dnem. W sumie, to kto co lubi, ale naprawdę dziwnie patrzy się na film fabularny bez fabuły, ale za to z milionem ujęć seksu przeplatanego masturbacją. I tutaj już nawet nie chodzi o to, czy widz jest pruderyjny, czy wręcz odwrotnie. Tutaj chodzi o to, że w tym filmie nie chodzi o nic. No bo błagam, po co nam wiedzieć, jak bulimiczka nimfomanka nie radzi sobie z tajemniczą chorobą chyba serca, o której nie dowiadujemy się nic poza tym, że po prostu jest i, że w związku z tym trzeba Karolinie (to ta główna) ponaklejać kabelki na klatce piersiowej i nie tylko.

Szok i niedowierzanie, że w tym projekcie wzięli udział: Danuta Stenka, Izabela Kuna, Łukasz Simlat, Marta Nieradkiewicz i... John Porter (łkam do teraz). A do grona naczelnych rozbierających się bez sensu dołącza Magdalena Berus (Karolina), jednocześnie stając się bardzo silną rywalką Michaliny Olszańskiej.

Film z cyklu: Może i karta Unlimited jest, ale czas nie e.

1/10

czwartek, 30 marca 2017

Azyl / The Zookeeper's Wife


Warszawa, wojna i Amerykanie za kamerą – ten trzeci element sprawił, że ciekawość wygrała z przemęczeniem tematem i obejrzałam kolejny film, którego akcja dzieje się na przełomie lat ’30 i ‘40 minionego wieku.



Fabuła (za Filmwebem): Opiekunowie warszawskiego zoo, państwo Żabińscy, próbują ocalić setki ludzi i zwierząt podczas niemieckiej okupacji. 

Pominę dzisiaj zupełnie wszystkie walory techniczne oraz aktorskie filmu. Nie, żebym zawsze jakoś przesadnie specjalnie się na nich skupiała, skoro i tak zawsze patrzę na nie totalnie amatorskim okiem. 
ALE dzisiaj tylko i wyłącznie fabuła.

Historia naszego kraju jest przerażająca, to nie ulega wątpliwości. A II wojna światowa przoduje, jeśli chodzi o historyczne zamiłowanie naszych filmowców. No właśnie, naszych... a co z zagranicznymi filmo-rzemieślnikami? 
Twórcy filmu nie udźwignęli powagi tematu? Ogromu zła, bólu i cierpienia?  Nie znają i nie rozumieją, co zaszło kilkadziesiąt lat temu w naszym kraju? A może po prostu chcieli w delikatny sposób przedstawić zarys dziejów, by dać młodym widzom jedną z pierwszych, więc lajtowych lekcji historii? Mam nadzieję, i mocno mi się wydaje, że tak właśnie jest. Tzn. jest tak, jak w ostatnim pytaniu.

I niech tych kilka pytań retorycznych wystarczy dziś za moją opinię. 

Dodam tylko, że jest to film, o którym na pewno szybko zapomnę i nigdy w życiu nie przyjdzie mi do głowy myśl, by raz jeszcze go obejrzeć. Do jednokrotnego użytku – ok, niech będzie.

5,5/10


sobota, 25 marca 2017

Amok

Miał być kontrowersyjny (krążyły nawet plotki o zakazie emisji w kinach) i mocny, a okazał się jakoś za bardzo przyzwoity, z premierą, która przeszła bez większego echa. Szkoda takiego silnego tematu na ten delikatny film. Kryminał/thriller powinien powodować gęsią skórkę średnio co 30 sekund (wg mojej definicji :P), a w „Amoku” lekkie ciarki mogą zdarzyć się może raz na 30 minut. Smuteczek, bo scena początkowa zapowiadała coś zupełnie innego – propsy za nią!



Fabuła (za Filmwebem): Architekt Roszewski zostaje zamordowany. Kilka lat później inspektor Jacek Sokolski odnajduje dowody, które wiążą się z motywem opisanym w powieści kryminalnej pod tytułem "Amok". 

Czyli jak widać, potencjał był całkiem duży. Zabrakło mi niestety (między innymi, albo przede wszystkim) wyraźnego zaznaczenia momentu, w którym policjant dowodzący śledztwem tak naprawdę uwierzył w postawioną przez siebie tezę. W ogóle całe przedstawienie  śledztwa jest niestety miałkie, mało wnikliwe, jakby nieodgrywające większego znaczenia. A sceny, w trakcie których policjanci czytają poszczególne fragmenty książki Bali są.... zabawne i śmieszą. Serio o taki efekt tutaj chodziło?

A teraz pytanie za 0,5 punkta: znacie to uczucie, gdy w filmie panuje całe mnóstwo momentów z tak przejmującą ciszą, że nawet niezręcznie jest przełknąć ślinę? Fajnie, że tak, bo ja też, ale tutaj go nie doświadczycie. Przez cały seans słychać dziwny zlepek przypadkowo połączonych dźwięków, od których aż dudni w uszach. Może to i ciekawe, ale jednak też męczące.

Aktorsko – Simlat bardzo (bardzo!) spoko, Kościukiewicza mało lubię, w związku z czym tak sobie mi się podobał, Wichłacz pojawia się zaskakująco mało razy i trochę nie rozumiem skąd międzynarodowe zachwyty nad jej grą w tym filmie.

To, że Polska jest królową dramatu nie ulega żadnej wątpliwości. Jednak, w dziedzinie filmowego kryminału mamy jeszcze dość daleką drogę, by zyskać tytuł raczkującej księżniczki. Jednak w związku z tym, że niedługo w kinach zacznie się bardzo biedny premierowo miesiąc, to właśnie wtedy polecam zapoznać się z „Amokiem”. 

Nie ma szału, nie ma tragedii, jest 6/10.


środa, 15 lutego 2017

Sputnik - Replika Festiwalu w Poznaniu (30.01.-12.02.2017)

Matrioszka, wieś, baba z chustą na głowie, Putin, kicz, przepych albo skrajna biedota, alkohol. Jestem pewna, że zdecydowana większość Polaków (i nie tylko) ma właśnie takie skojarzenia po usłyszeniu hasła „Rosja”. W ramach poznańskiej retrospektywy Festiwalu Sputnik widzowie mieli możliwość poznania niejednego, współczesnego, prawdziwego oblicza narodu, do którego cały czas jesteśmy uprzedzeni.



Co z kolei ja widziałam i co o tym myślę:

Miejskie ptaszki



3 historie, 3 główne bohaterki. Film co prawda nie niesie ze sobą żadnego głębokiego przekazu, ani tym bardziej lekcji życia, ale za to ma kilka zabawnych momentów i jest naprawdę lekki w odbiorze. Mimo, że to podobno komediodramat. Gdyby nie fakt, że bohaterowie mówią po rosyjsku, to w życiu byście nie zgadli, gdzie toczy się akcja. Mam na myśli to, że występujące tutaj postacie mają normalne i typowe dla XXI wieku zainteresowania (sport, moda, zwierzęta...), zawody (tatuażyści, PR-owcy, recepcjoniści) oraz wygląd (po prostu). Brak falbaniastych sukienek z cekinam, 10-cm tipsów i tapiru na głowie. Z naszymi wyobrażeniami na temat Rosji zgadza się jedynie skojarzenie z alkoholem, ale... no nie bądźmy hipokrytami.


Ochrona



Totalne przeciwieństwo poprzedniego tytułu. Obraz rosyjskiego społeczeństwa chyba całkowicie zgodny z uprzedzeniami i nieprzychylnymi skojarzeniami, o których z grubsza pisałam we wstępie.  A poza tym, jest to bardzo, ale to bardzo dziwny film.
Główna bohaterka cierpi na urojoną ciążę. Chociaż w sumie to może ona aż tak nie cierpi, bo marzy o dziecku. W każdym razie – udaje jej się podtrzymać to urojenie aż do szóstego miesiąca. Wtedy ciąża zostaje zauważona przez przyjaciółki, ojca i „lekarzy”. Cudzysłów pojawił się tutaj nieprzypadkowo. Uwierzcie mi, że gdyby badania wyglądały w taki sposób, to nie znalazłaby się  na tej planecie ani jedna kobieta, która by mówiła „Wolę 50 godzin u dentysty od 15 minut u ginekologa”. Co prawda urojenie Katji? Udzieliło się wszystkim jej znajomym, ale mniejsza o to. Też nie zrozumiałam.
Odkładam na bok poprawność polityczną (chociaż w sumie nigdy nie trzymałam się jej blisko) i piszę to bez zawahania – matko przenajświętsza, co za obrzydliwy obraz narodu. Większości bohaterów kijem bym nie trąciła. Są obleśni z zachowania, wyglądu, a nawet myślenia. I naprawdę trudno to wytłumaczyć, bo niby nie widzimy tu nic nadzwyczajnego, a jednak cały czas czułam niesmak. Taki dosłownie fizyczny. Bez większego rozkminiania, ale cieszę się, że nie było mi dane tego oglądać w 5d...
Poza tym, kiedy w trakcie sceny rozgrywającej się w jakimś gabinecie w urzędzie widzisz na jednej ze ścian portret Putina, to w głowie słyszysz coraz wyraźniej słowa „Rosjo – WTF?”.
Poza tym nr 2 – kiedy jedna z bohaterek wyznaje przyjaciółkom „Wyprowadzam się. Wracam do domu na wieś”, to w głowie huczy „WTF razy milion! To istnieje jeszcze bardziej zapyziała dziura, niż to coś, w czym trwaliśmy z bohaterami przez ostatnie dwie godziny?!”. No ok, może tutaj leciutko przesadziłam... ale to miejsce akcji naprawdę wyglądało jak stuprocentowa wiejska wieś.
Ani fabuła, ani walory estetyczne, a raczej ich brak, mnie niestety nie urzekły.


Uczeń



Z każdym kolejnym festiwalowym dniem czekały mnie totalnie odmienne przeżycia i emocje. Naprawdę nie mam pojęcia jak to się stało, skoro festiwal prawie wcale nie był nagłaśniany (właściwie to tylko w internecie, w kinie nie znalazłam ani jednego plakatu, nie mówiąc już o tym, że przed również echo), ale ten film zgromadził niesamowity tłum widzów. Naprawdę, nie przesadzam. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek uczestniczyła w pokazie, na którym widzowie siedzieli na dostawkach, a nawet.... bezpośrednio na schodach. A tak właśnie było.
Sam film – nooo festiwalowy, chociaż patrząc z perspektywy czasu, to wywarł na mnie największe wrażenie spośród wszystkich sputnikowych.
Szkoda, że znów Putin na ścianie, ale tym razem w szkole. Bo ogólnie, to akcja w w dużej mierze toczyła się w szkole. Kto by pomyślał, słysząc taki tytuł? Ale poza tym Putinem, to przekaz „Ucznia” jest naprawdę bardzo uniwersalny.
Aktorsko bomba. B O M B A. Na całej linii – genialność, świadomość ról (bo piszę o praktycznie całej obsadzie), odwaga.
Nie potrafię do końca wyjaśnić dlaczego, ale „Uczeń” przypomniał mi o filmie „Plemię”.
Piękne i solidne ukazanie faktu, że wiara (jakakolwiek i w cokolwiek) powinna być tylko i wyłącznie indywidualną sprawą każdego z nas. Najgorszym z możliwych wierzących jest ten, który zmienia przekonania w fanatyzm.
Po wyjściu z kina byłam dość mocno zmęczona. Psychicznie.



Nowe Kino Pałacowe & CK Zamek w Poznaniu – serdecznie dziękuję za możliwość uczestniczenia w pokazach w ramach Repliki Sputnika.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Ciemniejsza Strona Greya / 50 Shades Darker


25 powodów dla których, gdyby nie Unlimited żądała bym zwrotu kasy za bilet:

1. Anastasia Steel powinna walczyć o tytuł Najbardziej Irytującej Postaci Filmowej Wszechczasów. Nie ma większej infantylnej idiotki.

2. Przez cały film pokazuje jaka to ona jest niezależna, po czym jej czyny świadczą o czymś zupełnie innym.

3. Reprezentuje ona znienawidzony przeze mnie typ kobiet.

4. ... a feministką nie jestem. No ale bez przesady!

(Jej osoba zajęła 4 punkty, więc znacie powagę sytuacji)

5. Film trwa prawie dwie godziny. Przy czym jedna ze scen to ćwiczenia Greya na domowej siłowni. Przez resztę modlicie się o szybką śmierć.

6. Sekwencja w filmie wygląda tak: Anastasia się obraża (i nie raz to jest takie: Ale o ch*j Ci chodzi?), Grey robi coś miłego/kupuje coś drogiego, a potem jest seks. Powtórz razy trzy i nie musisz iść do kina.

7. Pojawiają się tam takie dialogi, jak:

On: Matka mnie biła. Umarła, jak byłem mały. Zaćpała się na śmierć.
Ona: Oh oh oh, dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałeś?
On: Mówiłem, ale SPAŁAŚ wtedy.

...
...
...
...
...
Nie, no...
AHA.
...
...
WTF?!

8. Anastasia Steel bardzo nie chce wypaść na prostytutkę. To, że bierzesz 24tysie dolców za seks, nie znaczy, że nią nie jesteś. 
(Wybaczcie, że znowu o niej.)

9. Jak mnie wkur*wia takie podejście, gdzie głównemu bohaterowi podane jest wszystko na tacy i nie wiedzieć czemu zgarnia on całe szczęście świata, Totalnie nierealnie. A Ance wychodzi w tym filmie dosłownie wszystko. Ludzie obracają się za nią, bo jest ponoć ultra piękna (gówno prawda), wystarczy 5 sekund by poznali się na niej najlepsi redaktorzy w Seattle (aha.. bo tak to właśnie funkcjonuje) i oczywiście na siłę trzeba było wpiąć wątek, gdzie wychodzi, że ta bogini ma nie tylko piękne ciało, ale i wnętrze. Hell NO!

10. Źle świadczy o filmie, jeżeli gimbuski piszczące na napisach początkowych parskają śmiechem pod koniec.

11. Absolutnie drewniane aktorstwo absolutnie każdego aktora.

12. Michał z Wiking Movie, którego spotkałam przypadkiem przed filmem, cieszącego się z korzyści Unlimited sprzedał mi ciekawostkę, że budżet tego filmu wynosił 55 milionów dolców. I faktycznie. Ale ja się pytam: ZA CO?!

13. Coś reklamowanego na ostrą, pikantną historię okazuje się mdłym, niedorzecznym harlequinowskim obrazkiem z happy-endem.

14. Nawet czarne charaktery w tym filmie pozbawione są jaj i charyzmy.

15. Sceny seksu podniecają mniej, niż reklama proszku do prania.

16. Tytuł jest bezczelnym kłamstwem.

17. Gdy dzieje się coś niedobrego modlisz się, aby stało się coś jeszcze gorszego (nie wiem... Ona się topi, On przez przypadek ją zabija w trakcie tych ich zabaw...) by wreszcie akcja posunęła się o krok do przodu.

18. Mimo karty Unlimited zastanawiasz się co tu właściwie robisz i czy gapienie się w dno kubka nie miałoby więcej sensu.

19. Beznadziejna ścieżka dźwiękowa. Taka tania pościelówa.

20.  Produkcja sili się na jakiś perwersyjny mistycyzm, gdy tymczasem wychodzi coś na maksa denerwującego. 

21. Kobiety - jeżeli kupiłyście już bilet na jutro do kina -  BŁAGAM anulujcie!

22. Faceci - jeżeli chcecie zrobić niespodziankę swoim kobietom - NIE W TEN SPOSÓB.

23. Ten film to dmuchana marketingowa lala. Ani nie doświadczysz prawdziwego seksu, ani emocji.

24. Ktoś pisał o tym filmie, że jest pornolem dla gospodyń domowych. Nie obrażajcie gospodyń.

25. Dwa na dziesięć.



środa, 8 lutego 2017

Amerykańska sielanka

Gdy oczekiwania wobec filmu są wysokie, a w rzeczywistości okazuje się być on zaledwie niezłym, to po kilku dniach od seansu pozostaję z poczuciem, że obejrzałam jakiegoś totalnego przeciętniaka. I taka właśnie jest „Amerykańska sielanka” – średnia, momentami niezła.



Bardzo nie lubię niewykorzystywania na ekranie potencjału tematu. Najnowszy film w reż. Evana McGregora, to opowieść o rodzinie młodej dziewczyny, która zostaje podejrzana o przeprowadzenie ataku terrorystycznego w pewnej spokojnej, amerykańskiej dzielnicy. Brzmi ciekawie, ale tak nie było. Zabrakło mi tutaj wiarygodniejszego przedstawienia problemów psychicznych głównej bohaterki. W sumie nie tylko głównej, bo niejedna postać miała tutaj nierówno pod sufitem. I nie mam na myśli jakiejś dogłębnej analizy ani skomplikowanych portretów psychologicznych. Bo przecież psychopaci raz po raz po prostu się pojawiają i tyle. Zabrakło mi emocji, jakiegoś BUM, czegoś w stylu „Musimy porozmawiać o Kevinie”.

Aktorsko bez rewelacji, chociaż teoretycznie było spore pole do popisu. Przede wszystkim zawiodła mnie Dakota Fanning, która miała okazję wykreować bardzo mocną, zapadającą w pamięć i charakterystyczną bohaterkę. Wyszło z tego miękkie jajo.


6/10.

środa, 1 lutego 2017

La La Land - Film, który mógł doprowadzić do podziału na "In Love" & "With Movie"



Monika: Pamiętam ten moment, gdy po filmie pojawiają się napisy końcowe, a ja z pełnym oczarowania uśmiechem spoglądam na Ciebie w poszukiwaniu porozumienia. A tu nic!

Agata: No właśnie NIC, to słowo klucz przy okazji "La La Landu". NIC odkrywczego, NIC nadzwyczajnego, NIC wyróżniającego ten film spośród tysiąca innych historii o miłości itp. Nie wydaje Ci się, że nawet mało tutaj musicalu, jak na musical? Kilka razy zaśpiewali, jeszcze mniej zatańczyli i koniec.

M: Ale to chyba dobrze, że nie było kilkudziesięciu piosenek typu ''Zjadłam własnie makaron'', ''A teraz idę szczęśliwa do pracy'', tylko jeden konkretny nurcik muzyczny, dwie melodie i basta. MINIMALIZM!
Ale 6 na 10? No come on!

A: Jasne, że 6, skoro film jest po prostu niezły (czyli nie jest zły... czyli, aż tak bardzo mu nie cisnę), to ocena w punkt trafiona! Raz obejrzany - szybko zapomniany.
A jeśli mowa o minimalizmie, to mogły to być chociaż jakieś teledyskowe perełki z czaderskimi choreografiami i wgniatającymi w fotel utworami. A musisz przyznać, że nie każda śpiewana i tańczona scena zasłuży na miano kultowej. O ile którakolwiek z nich zasłuży.

M: Ok, przyznaję, że moment tańca w gwiazdach był na maksa kiczowaty. Ale za to pierwszy dotyk rąk w kinie? i ta nieśmiałość? To było obłędnie życiowe! Poza tym - film nie kończy się tak, jak wszyscy myślą, że się skończy. I to, że od razu po seansie chce się rzucić wszystko i jechać do LA?

A: Ok, no to ja przyznaję, że zakończenie jest naprawdę dobre. Bardzo dobre. Ale spokojnie ten film mógłby składać się z 3 slajdów z napisami: 1. ona i on -> nie lubią się; 2. ona i on - > ojej, zakochana para! 3. ona i on - upsss, kryzys w związku.
Gdyby po tych slajdach zostało wlepionych tych kilka końcowych minut filmu, to czułabym się dokładnie tak samo, jak po przeżyciu całego, przeszło 2-godzinnego seansu. I szczerze? Nawet dokładnie nie pamiętam tej sceny w kinie, o której mówisz. 

M: No ok, ok, ok. Ale ten kryzys to była dość mocna rzecz, nie uważasz? Myślisz, że z kimś jesteś i go znasz. Przewidujesz jego marzenia. A tu nagle - NIE-E! Bo jak przeciętny człowieczek, ta osoba zaczyna marzyć o pinionszkach, sławie i byciu mainstreamowym. Zaprzecza własnej tożsamości.
Ryan na sesji zdjęciowej! Śmiałaś się!

A: Tak, śmiałam się i nawet powiedziałam tuż po wyjściu z kina, że był to jedyny moment filmu, na którym naprawdę bardzo dobrze się bawiłam.
A Ryana i Emmę (nawet nie pamiętam już imion ich bohaterów) chyba podświadomie połączyły takie same marzenia, czyli tak jak napisałaś - marzenia przeciętnego człowieczka. 

M: A ja uwierzyłam, że tę dwójkę łączy coś więcej. To, co między nimi się działo było chwilami magiczne. A czasem ledwo powstrzymałam głośne ''aaawwww''.

A: Jedyne aaaawwww, na jakie mogę się zdobyć jest skierowane do Ryana, ale rola w tym filmie nie ma z tym zupełnie nic wspólnego ;)

M: Przyznam się, że z ''minusów'' - Ryan doskonale zrobił wybierając karierę aktorską. Jako piosenkarz nie byłby taki dobry!

A: A ja znów zupełnie na odwrót! Wg mnie Gosling nie tyle byłby dobrym piosenkarzem, co naprawdę nim jest. Kilka utworów z płyty "Dead Man's Bones" wałkuję do teraz i mam do nich równie duży sentyment, jak do "Excuse Me" Pitbulla (wybaczcie czytelnicy, nie mogłam się oprzeć jednemu insajtowi ;) )
Za to Emma... blady głosik. O niebo lepiej wychodzi jej Lip Sync Battle u Jimmy'ego Fallona. Btw. to z jej udziałem jest jednym z moich ulubionych. 

M: To Excuse Me mogłaś sobie odpuścić...

A: Sorry

M: Żebyśmy się rzeczywiście nie pokłóciły i nie podzieliły bloga na ''In Love'' i ''With Movie'' mam coś dla Ciebie!




A: No i znów rozejm 😌

P.S.
Naprawdę próbowałyśmy się pokłócić, bo wiemy, że obrzucanie się błotem w świetle reflektorów mogłoby nam przynieść sławę, blichtr i piniondze, aleee sami widzicie, że się nie da. 
W każdym razie - nie poddajemy się i dalej szukamy filmu, który wzbudzi w nas totalnie skrajne emocje.

STAY TUNED


poniedziałek, 30 stycznia 2017

Toni Erdmann

Do wczoraj nie wiedziałam, że nie jestem fanką niemieckiego humoru. Do wczoraj w seksie nie znałam metody "na cukiernika". Po wczoraj wiem czego unikać jako fan kina, jak i kochanka.

Historia zapowiadała się ok. Ojciec chce spędzić trochę czasu z zapracowaną córką, odnowić relację. Ma mu w tym pomóc jego alter-ego czyli tytułowy bohater - Toni Erdmann.


Za chwilę pewnie usłyszę, że zrozumienie tego filmu zaczyna się od 180 IQ, że to film dla wybranych etc. Nicht fur alle, a ma pewno Nicht fur mich.

Moja recenzja natomiast wygląda tak:

Po pierwszych 30 minutach zaczęłam patrzeć na zegarek i płakać mi się chciało, gdy zdałam sobie sprawę, że film trwa 2:40. W pierwszej godzinie głową osunęła mi się do tyłu ze znużenia, potem przeżyłam długie ataki ziewania, a na końcu irytacje.

Może gdyby odpuścić sobie 25minutowe sceny podchodzenia do drzwi, to film mógłby być krótszy i miał by więcej sensu.

Zupełnie nie wiem nad czym wszyscy się zachwycają. Zupełnie nie moje kino. Główni bohaterowie irytujący, niektóre sceny po prostu głupie. Ale najprawdopodobniej jeśli lubicie przeartyzowaną Szumowską to będziecie zachwyceni.

Więc JA nie polecam. Jeżeli lubicie ciastka to też sobie odpuśćcie.

4/10

sobota, 28 stycznia 2017

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej

Jeszcze długo przed Tinderem, bo w 1991 roku pojawiło się w Polsce pierwsze wydanie Cosmopolitan (ponad sto lat po premierze w USA!). Magazynu słynącego z tego, ze doradza kobietom, jak czerpać radość z seksu. Tego samego uczyła Michalina Wisłocka, bohaterka ''Sztuki Kochania''.

Pytałam Mamę, a mamy wiedzą najlepiej, jak to do końca było. I okazuje się, że rzeczywiście - jak w filmie. Wisłocką czytali wszyscy, o seksie się nie rozmawiało, a władze starały się zrobić wszystko, by nie dopuścić Miśki do głosu. Ludzie wycinali fragmenty gazety z jej felietonami, szczęśliwcy mieli całą książkę. Śmieszne czasy.


Odwzorowanie panującej wtedy rzeczywistości (co mnie trudno było ocenić) - jest. Powinnam zapytać jeszcze Babci, jak to było wcześniej, ponieważ produkcja pokazuje czasy II Wojny, ale nie wiem, czy nie pomyśli, że zwariowałam.

Film okazał się absolutnie poprawny. Dostałam wszystko to, czego oczekiwałam. I chyba nikt nie powinien wyjść rozczarowany. To na co zwróciłyśmy uwagę z Agatą, to to, że różne ''pokolenia'' śmiały się w innych momentach filmu. A grupa badawcza była całkiem spora, kino było prawie pełne.

Od ''Różyczki'' wiedziałam, że Boczarska to niezła aktorka. Dzięki ''Sztuce Kochania'' zyskałam do niej jeszcze większy szacunek. Co ciekawe - moim zdaniem - największy popis dała grając ''starszą'' Wisłocką, tą z lat 70tych. Także duże brawa!

I trzeba przyznać, że o ile jest to mocne feministyczne kino, tak partnerujący kobietom (Wasilewska, Polak) aktorzy również poradzili sobie świetne. Nie mówimy tu wcale o byle kim - Lubos, Adamczyk, Szyc (gwarantuje, ze jak go zobaczycie w tym filmie, to będzie mocne WTF?!)

Zdjęcia, muzyka - oba na plus. Produkcję spokojnie można by skrócić o jakieś 20 minut, plus zabrakło mocnego elementu ''wow'' by film zasłużył na 8kę. Ale jest to dobry Polaków start w nowy rok.

Mamy tutaj też takie polskie ''Vicki Christina Barcelona'' (Adamczyk polskim Bardenem?!) z podobnym skutkiem - przez chwile jest fajnie, ale na dłuższa metę trójkąty się nie sprawdzają.

Żyjemy w tak wyzwolonych czasach, że ciężko jest uwierzyć, ze w latach 70tych, lekarka zapisywała kobietom ''Przebieranki'', by nie popadły w małżeńską rutynę. Obecnie w Cosmo  na bieżąco śledzimy Najlepsze Pozycje, Najlepsze Sposoby By Zrobić Sobie Dobrze. Internet pełen jest pornografii, a na Tinderze bez pardonu niektórzy zagadują: - Chcesz się ruch*ć? (Treu Story). No tak. Ale w końcu nie od razu Rzym zbudowano. Jak to powiedział nasz przyjaciel po wspólnym seansie ''Fajnie ogląda się filmy o ludziach z pasją'', a pasją Wisłockiej był seks. Bez podtekstów.


niedziela, 22 stycznia 2017

Las, 4 rano

Najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego. 

O czym? Forst porzuca dobrobyt i osiedla się w lesie. Gdy odwiedza go trzynastoletnia Jadzia, jest zmuszony po raz kolejny zmienić swoje życie (opis Filmweb).

Recenzja:


DON'T. LIKE. THAT.

DON'T. LIKE. THAT.

DON'T. LIKE. THAT.


Kropka.


piątek, 13 stycznia 2017

Ja, Olga Hepnarova



Historia młodej kobiety, tytułowej Olgi (Michalina Olszańska), mającej problemy zarówno z otoczeniem, jak i z samą sobą, która właśnie przez to świadomie doprowadziła do tragedii na ulicach Pragi, wjeżdżając w tłum ludzi czekających na przystanku. 

Film momentami na 7,5 a momentami na 4. Tak naprawdę jest to zlepek historii, które niby tworzą chronologiczną i spójną całość, ale pozostawiają też wrażenie wyrwanych z kontekstu. Ze scenariusza nie wynika wprost, z czym tak właściwie ta młoda dziewczyna miała problem. Dlaczego była zgorzkniała, nieufna i bojowniczo nastawiona do prawie całego społeczeństwa. Ciężko też wywnioskować, czy zawiniła tutaj jej choroba psychiczna, czy Hepnarova była w pełni świadoma swoich czynów. Jak, z resztą, utrzymywała.

Pierwszy raz jestem pod dużym wrażeniem Olszańskiej. To ona obroniła ten film. Zagrała dosłownie całą sobą - i wtedy, gdy miała grać "tylko" ciałem, jak i w licznych monologach oraz mniej licznych dialogach, wszystkich oczywiście po czesku. 

Mocna historia. Szkoda, że film nierówny, bo był potencjał na naprawdę świetne kino. 

czwartek, 12 stycznia 2017

Assassin's Creed

O grze, na podstawie której powstał film wiem tyle, że istnieje. I bardzo dobrze na tym wyszłam, bo kiedy znawcy tematu krytykowali, ja po prostu patrzyłam na ciekawe, szybko zmieniające się obrazki. Jeśli stęskniliście się za głośnym, dynamicznym kinem i niestraszne wam skakanie po dachach oraz datach (dosłownie), to już wiecie, gdzie macie iść dziś wieczorem.


Największy plus produkcji – wspomniany we wstępie dynamizm. Jeśli się tłuc, to bez sentymentów i wyrzutów sumienia, jeśli uciekać, to nie zważając na takie drobne przeszkody, jak kończący się dach, czy brak schodów podczas wspinaczki na szczyt budynku. Świetnie, że sceny te trwały wystarczająco długo, by w pełni się nimi nasycić. Żadnego ucinania w połowie lotu/skoku/biegu/dźgnięcia w brzuch itd.

Drugi największy plus – Fassbender. Ten człowiek chyba nie ma słabszych momentów. Nawet, jeśli komuś nie spodoba się fabuła, czy realizacjia „Assassin’s...”, to naprawdę nie byłabym w stanie zrozumieć krytyki pod adresem aktorstwa Michaela. Walczy, płacze, umiera, żyje, krzyczo-śpiewa i świeci klatą – czyli full pakiet.

Największy minus – Jestem pewna, że już za kilka dni nie będę pamiętać ¾ filmu. Dla mnie jest on rozrywką typowo tu i teraz, przerywnikiem od moich ulubionych, troszeczkę poważniejszych i smętniejszych kinowych klimatów.

Drugi największy minus – Cotillard. Rzecz zupełnie odwrotna, niż u Fassbendera. Ona naprawdę miewa słabsze momenty i pech chciał, że znów ten moment nastał. Marion wyglądała, jakby sama się nudziła postacią, którą miała zagrać. Do tego stopnia, że aż prawie słyszałam jej wewnętrzne ziewanie.

Ocena: 6.5

Dziwna sprawa, że czasami tak chętnie wciskam wam szóstkowe filmy, a czasami produkcje z tą samą notą dość mocno odradzam. Dzisiejsza 6.5 jest z tych pierwszych. 

sobota, 7 stycznia 2017

Paterson

Teoretycznie nie mój klimat, bo teoretycznie jest to nadęte, nudne i artystyczne kino. Jednak, nie tym razem!



Dosłownie kilka dni temu rozmawiałyśmy z Moniką o braku u ludzi jednej podstawowej cechy: "normalność". Okazuje się, że osoby specyficzne są naprawdę bardzo ciekawe, zwłaszcza na początku znajomości, ale to z tymi normalnymi i teoretycznie nudniejszymi przyjemniej spędzać czas. "Paterson" idealnie wbił się w ten wątek.

Główny bohater, Paterson właśnie, spotyka w swoim życiu całkiem sporo dziwaków (high 5, Pat.!). Co go wyróżnia? To, że zachowuje się w ich towarzystwie w sposób wyważony, spokojny, normalny. A do tego pisze wiersze. Do szuflady. Podobno każdy ma jakiegoś bzika (osobiście znam człowieka, który od kilkunastu lat kolekcjonuje papierki od czekolad :P), ale bycie zbzikowanie normalnym, to już wyższa szkoła jazdy.

A wracając do filmu - alfabetycznie moje argumenty, dlaczego jestem ZA:

Bohaterowie – jak wyżej, czyli: ten film stara się udowodnić fakt, że ludzie mający dość oryginalne, nietypowe osobowości i zainteresowania mogą prowadzić całkiem normalne, z pozoru (podkreślam: z pozoru) nudne, ale za to wyluzowane i szczęśliwe życie.

Gatunek – film obyczajowy. Mimo, że „Paterson” jest klasyfikowany jako dramat i komedia, ja widzę w nim obyczaj na 100%. Pamiętacie Wasz ostatni obejrzany film z tego gatunku? Przed najnowszym Jarmuschem też nie pamiętałam. A szkoda, bo to naprawdę coś.

Miejsce: Paterson, New Jersey. Położone bliziutko Manhattanu, ale diametralnie od niego różne. Ma swój klimat, naprawdę go ma. I tak, główny bohater nazywa się tak samo, jak miejsce, w którym mieszka. I nie, to wcale nie jest creepy.

Temat – nieopisanie bardzo zbrzydły mi melodramaty nafaszerowane „życiowymi zakrętami”. Aż tu nagle w „Patersonie” niespodzianka – patrzymy po prostu na miłość. Bez ckliwości, patetycznych wyznań, gorących romansów i skoków w bok, czy też nieuleczalnych (SIC!) chorób. Jest tylko uczucie ukazane w drobnych gestach, wypracowanych rytuałach, rozmowach o bieżących sprawach, szacunku i wiarze w drugą osobę.

Wydźwięk: OPTYMISTYCZNY. Gdy kolega z pracy kończy swoją codzienną, tradycyjną litanię o tym, jak to ma w życiu źle i problemowo, na pytanie „A jak u ciebie?” Paterson odpowiada zwięźle „A u mnie wszystko OK”. A, że cichy optymista jest o sto lat świetlnych lepszy od głośnego pesymisty, to Patersona mogę uznać za swoją bratnią duszę.


Nie jestem pewna, czy jeszcze kiedyś do niego wrócę, ale za to jestem przekonana, że niektórych scen, jak i samego wydźwięku „Patersona” tak szybko nie wymażę z pamięci. A, że jest to jeden z największych komplementów, jaki mogę przypisać filmowi, to nie byłam w stanie ocenić tego dzisiejszego na mniej, niż 7.