sobota, 16 września 2017

Tarapaty

Z kina familijnego wyrosłam jakiś (nawet całkiem spory) czas temu, a do współczesnych animacji nie mam ani zapału, ani motywacji, ani cierpliwości. Na Tarapaty dotarłam do kina tylko i wyłącznie dlatego, że nieustannie kolekcjonuję obejrzane filmy polskiej produkcji. Miło, że pomimo niesprzyjających warunków kinowych (szkolna, głośna wycieczka okupująca najwyższe rzędy, wychowawczyni biegająca od sali do sali, lub mająca problemy z pęcherzem, a do tego wołająca o pomstę do nieba matka, która trzymała nogi na fotelu przed sobą i zdecydowanie nie dawała dobrego przykładu swojemu zatopionemu w pudełku z popcornem synowi) film okazał się całkiem sympatyczny i lekkostrawny. 


W Tarapatach śledzimy wakacyjną, nieco kryminalną przygodę Julki (udany debiut Hanny Hryniewickiej), która z powodu zapominalstwa rodziców jest zmuszona zamieszkać na kilka dni u swojej sztywnej i zdystansowanej ciotki (Joanna Szczepkowska). Na pierwszy rzut oka motywem przewodnim filmu jest poszukiwanie materialnego i nie byle jakiego skarbu, bo Julka wraz z nowym kolegą, Olkiem (Jakub Janota-Bzowski), chcą odnaleźć mural Syrenki Warszawskiej, którego autorem jest Picasso. Jak się jednak z czasem okazuje, szukanie drogocennego skarbu można traktować dwojako - zarówno dosłownie (czyli właśnie materialnie), jak i bardziej metaforycznie i górnolotnie. Młodzi widzowie dostają więc minilekcję wychowawczą na temat ważności i wartości przyjaźni. Ładne to, a zarazem nienachalne i takie pocieszne. Dodatkowy plus za sprytny twist z bohaterami i antybohaterami, który dodaje nieco pikanterii tej z pozoru oczywistej opowieści ;) 

Tarapaty nie przyniosły wstydu. Dzieciakom chyba się spodobało (te, które siedziały na tej samej sali kinowej co ja, raz na jakiś czas się zaśmiały, były też momenty, gdy całkowicie przestawały gadać i słychać było jedynie, jak chrupią popcorn i siorbią colę), a dorośli nie umrą z nudów, ani z zażenowania. Mam nawet nadzieję, że po wielu latach posuchy polskie kino familijne wróci do łask. Pamiętam, że w dzieciństwie byłam fanką kilku starych, polskich filmów, ówcześnie współczesnych dla mnie seriali oraz książek polskich autorów. Nie da się ukryć, że z polskimi bohaterami oraz akcją, która działa się w dobrze mi znanych miejscach i realiach o wiele łatwiej było się zżyć i utożsamić. 

A Tarapaty, po dłuższym zastanowieniu, oceniam 6/10


czwartek, 14 września 2017

Powiernik królowej / Victoria and Abdul

Historia co prawda luźno, ale jednak oparta na faktach. Historia niezwykłej przyjaźni, która teoretycznie nie miała prawa się narodzić, a co dopiero rozwinąć! Historia królowej Wiktorii i jej hinduskiego sekretarza, Abdula Karima.


Doskonałe kreacje aktorskie. Zarówno Judi Dench w roli królowej Wiktorii, jak i Ali Fazal w roli Abdula Karima sprawdzili się rewelacyjnie. Czasami po prostu widać na pierwszy rzut oka, że coś między aktorami zaskoczyło w sposób, który pozwala im stworzyć duet idealnie zgrany. Tak jest właśnie w przypadku tej dwójki. Mimo, że mamy tutaj do czynienia z niesamowicie doświadczoną, przegenialną, niegwiazdorzącą gwiazdą gigantycznego formatu oraz tajemniczym, nierozpoznawalnym i stosunkowo młodym fircykiem. Być może właśnie to pomogło stworzyć aktorom tak wiarygodnie wypadającą na ekranie więź emocjonalną. W końcu mamy tutaj do czynienia niemalże z identycznym mezaliansem - aktorsko-prywatnie, jak i bohatersko-zawodowo. 

Początkowo, film ma ton typowo komediowy. Perypetie Wiktorii i Abdula są bardzo pocieszne, momentami urocze i rozczulające. Aż chciałoby się westchnąć klasyczne aaawwwwww. Jednak, im brniemy dalej, tym robi się poważniej, smutniej, bardziej nostalgicznie i wzruszająco. A używając tych przymiotników naprawdę nie robię tego bezmyślnie. Na sali kinowej siedzieli widzowie, którzy nie krępowali się łez i głośno pociągali nosem. I byli to zarówno widzowie nastoletni płci żeńskiej, jak i rośli, dorośli faceci. Nie oceniam, nie krytykuję i naprawdę tego nie wyśmiewam. To bardzo ładne i godne pozazdroszczenia, że w ludziach tkwią takie ogromne pokłady emocji.

Niestety, ja od zawsze mam problem z szybkim przywiązywaniem się do bohaterów, więc ich nawet najżałośniejszy los nie jest w stanie wywołać u mnie potoku łez. A to automatycznie pozbawiło mnie frajdy z seansu. Chociaż to chyba dość niefortunne stwierdzenie. Mimo wszystko film ogląda się naprawdę dobrze. Historia jest ciekawa. Aktorzy fantastyczni (będę to powtarzać, by wszystkim się utrwaliło). I ciekawe, różnorodne, prześliczne plenery. Polecam więc z czystym sumieniem, chociaż dla mnie jest to film jednokrotnego użytku, którego nie przeżywałam przesadnie długo.

7/10



sobota, 2 września 2017

Na pokuszenie / The Beguiled

Najnowszy film Sofii Coppoli, który zasłynął z tego, że jest najnowszym filmem Sofii Coppoli. I jeszcze z tego, że ma głośne nazwiska w obsadzie: Nicole Kidman, Kirsten Dunst, Elle Fanning oraz Collin Farrell, jako rodzynek.


Może jestem ignorantką, a może to "film dla wybranych", przy czym ja znów do tych wybranych nie należę, ale błagam niech mnie ktoś oświeci - skąd wzięły się wszystkie pochlebne recenzje pod adresem tego filmu? Jakie jest jego przesłanie i nad czym należy kontemplować po seansie? Po ładnej i nawet intrygującej pierwszej scenie zobaczyłam tylko niewielkie (wręcz minimalne) uzupełnienie zwiastuna, z którego już dawno wywnioskowałam coś w deseń #girlspower. Serio chodziło o to, żeby pokazać, że zarówno dojrzałe kobiety, jak i małe smarkule są łase jedynie na komplementy, adorację i podziw w oczach faceta, ale jeśli sprawy pójdą za daleko, to nagle stają się stadem oszukanych niewiniątek, więc tworzą zorganizowaną grupę modliszek? Zaznaczę to jeszcze raz: zarówno dojrzałe kobiety, jak i małe smarkule. Wszystkie mają to samo w głowie. Seeerioooo...?

No i pewnie znów wyszłam na antyfeministkę, która zamiast bronić wykorzystanych i wodzonych za nos kobiet, ciśnie im i je krytykuje, a tak naprawdę, to wszystko jest winą faceta, który zburzył ich spokojną egzystencję w niespokojnych czasach (w tle rozgrywa się wojna secesyjna). 

A btw. to na Filmwebie film został oznaczony m.in. jako western. Czego to nie zrobi jedna scena z kilkoma końmi.




Żeby nie było niedomówień - nie polecam.



sobota, 26 sierpnia 2017

Barry Seal: Król przemytu / American Made

Film prawie biograficzny, bo podobno dość luźno oparty na historii pilota-przemytnika. Mniejsza jednak o to, bo jeśli ktoś szuka wiarygodniejszej opowieści, to zawsze może sobie odpalić jakiś tematyczny dokument. Za to kinowy „Barry...” broni się wartką akcją, kilkoma naprawdę zabawnymi tekstami oraz dobrym Tomem Cruisem w roli głównej. A jeśli mówi to antyfanka tego pana, to znaczy, że komplement poleciał bardzo szczerze i bezinteresownie :D



Szkoda tylko, że film jest porównywany do „Wilka z Wall Street”, bo zdecydowanie działa to na niekorzyść „Barry’ego...” #teamleo. Nie da się jednak nie dostrzec pewnych wspólnych mianowników w tych właśnie tytułach. Cwaniaczkowaty główny bohater, który według najogólniej przyjętych kanonów moralnych powinien być określany mianem czarnego charakteru, jednak, jakieś takie sympatyczne usposobienie tego gościa w połączeniu z faktem, że największą szkodę przyrządza właściwie głównie sobie, sprawiają, że tego właśnie faceta nie da się nie lubić. Tak, cały czas mówię o bohaterze granym przez Toma Cruise’a (serio, o nim z sympatią!) nawiązując lekko do bohatera granego przez Leo DiCaprio w „Wilku...” (gdzie sympatia jest oczywistą oczywistością). I jeszcze odnośnie tych wspólnych mianowników, to nietrudno zauważyć, że humor w obu tych filmach również jest w podobnym tonie. Jednak, ze wzgędu na to, że „Barry...” jest tym drugim, to automatycznie staje się leciutko odgrzewanym kotletem. A poza tym, gdy są rozróby, niebezpieczne akcje, trochę strzelania, czasami trafia się nawet trup, to oznacza, że w takim filmie pojawienie się nudy nie ma racji bytu. I teraz uwaga! Faktycznie nudy tu nie ma!

Po uwzględnieniu licznych plusów i mniej licznych minusów dodam jeszcze, że i tak jest to jeden z najciekawszych tytułów w obecnym repertuarze kin, więc jeśli zależy Wam na obejrzeniu czegoś, byle było to coś na dużym ekranie, to polecam z czystym sumieniem lecieć na „Barry’ego”. O ile nie widzieliście jeszcze „Bodyguarda Zawodowca”, co by było skandalem.


7/10

czwartek, 10 sierpnia 2017

Advanced style




Na pytania o wiek bohaterki filmu odpowiadają różnie, ale zawsze pomysłowo, z przymróżeniem oka i w tonie czarnohumorzastym: „Jestem pomiędzy 50-tką, a śmiercią”, „Mam tyle lat, że nie ryzykuję już kupowania zielonych bananów”. Do swojego życia oraz planów na przyszłość podchodzą też z różnym nastawieniem. Niektóre chcą czerpać pełnymi garściami z tego, co może im jeszcze zaproponować świat, pragną poznawać, uczyć się, robić szalone rzeczy, których wcześniej nie doświadczyły. Są też takie, które spokojnie przyjmują każdy nowy dzień i chcą cieszyć się wyłącznie chwilą obecną, bo uważają, że zrobiły i zobaczyły już tyle fantastycznych rzeczy oraz miejsc, że nie ma sensu więcej się szarpać przy wymyślaniu nowych misji. Jednak, każda z bohaterek filmu ma swój jedyny na świecie, wyjątkowy, niepowtarzalny, odważny, optymistyczny i jak dla mnie – dziwaczny, ale przeuroczy - Advanced style. Styl tak samo, a może i jeszcze bardziej zaawansowany, niż ich biologiczny wiek.

Już naprawdę dawno nie widziałam tak pozytywnego, pociesznego i napawającego otuchą dokumentu. Uwielbiam dosłownie każdą z tych sympatycznych, starszych dam! Zazdroszczę im odwagi, ale jednocześnie jestem świadoma, że miasto, w którym żyją (Nowy Jork - szok) pomaga im nieskrępowanie wyrażać swoją osobowość. Patrząc na te panie można mieć wrażenie, a może nawet i pewność, że ich jaskrawy, pozbawiony nudy wygląd zewnętrzny jest odbiciem lustrzanym ich wnętrza. 

Strasznie żałuję, że dokument ten nie trafił jeszcze do szerokiej dystrybucji w naszym kraju. Wypatrujcie go na festiwalach, bo naprawdę warto!



czwartek, 3 sierpnia 2017

21 x Nowy Jork

Czy da się zrobić film dokumentalny (pozostańmy na moment przy tym słowie, bo z tego, co wiem, to dokumentalny może sugerować, że na faktach) o smutasach w Nowym Jorku? Da się! Wystarczy tylko za kamerą usadzić Polaka.



No bo serio Panie Stasik? Przedstawiasz nam 21 mieszkańców właśnie tego miasta i tylko jedna dziewczyna zdradza, że jest taka szczęśliwa, że aż pyta nas widzów, czy to jest w ogóle możliwe? To chyba mamy na myśli dwa zupełnie różne Nowe Jorki.

Ok, wiem, że zawsze trzeba pamiętać o tym, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Najwidoczniej Stasik siedzi zupełnie gdzie indziej, niż ja, ale po prostu nie kupuję tego, że wszyscy (niezależnie od wieku, płci, orientacji, pochodzenia, wykonywanej profesji) za największy życiowy cel obierają to, żeby doświadczyć miłości fizycznej. Bo inaczej nie ma powodu do radości. Zarówno zawodowo, jak i prywatnie, liczy się tylko seks. Nawet, jeśli ktoś się przed nim wzbrania i jest pewien, że nie tylko o to mu w życiu chodzi, to sam siebie okłamuje, bo kończy się na jednym. Nigdy, ale to przenigdy nie przekonuje mnie taka zero-jedynkowość. Równie bardzo nie znoszę uogólniania. W przypadku tego dokumentu ukłuło mnie to tym bardziej, że jak wskazuje sam tytuł, nie mamy w filmie do czynienia, ani z jednostkowym bohaterem, ani nawet z małą grupą społeczną.

Natomiast, gdyby skupić się na kwestii technicznej filmu, to muszę przyznać, że naprawdę spodobała mi się zastosowana klamra i w ogóle pierwsza i ostatnia scena są naprawdę ładnie i zapewne "nie po łebkach zrobione". A narracja temu towarzysząca też jak najbardziej na plus.


Mimo wszystko - pozostawiam bez oceny.

środa, 2 sierpnia 2017

Ni Się Tu Nie Dzieje – zapowiedź wydarzenia!

Druga edycja poznańskiego wydarzenia Nic Się Tu Nie Dzieje wystartuje już 04.08. i potrwa do 08.08. Wyczekuję naprawdę niesamowicie bardzo, ponieważ w zeszłym roku organizatorzy wykonali fantastyczną pracę i skutecznie rozruszali kulturalną stronę Poznania. 



Jeśli ktoś z Was nie słyszał jeszcze czym właściwie jest frywolnie nazwane NIC..., to podążając za organizatorem:

Inicjatywa trzech poznańskich kin, która wygrała plebiscyt magazynu IKS w kategorii Wydarzenie Kulturalne 2016 powraca. W tym roku #NIC rozszerza pole działania na poznańskie dzielnice. Poza angażującymi wydarzeniami w kinach Muza, Pałacowym i Rialto zaplanowano warsztaty, animacje, koncerty i pokazy plenerowe w różnych częściach miasta. Drugi rok z rzędu poznańskie kina łączą siły ubarwiając letnią ofertę kulturalną Poznania.


I właśnie w związku z tym piątkowe premiery filmowe przechodzą na dalszy plan, bo w Muzie, Pałacowym i Rialto będziemy mieć naprawdę sporo ciekawych rzeczy do zrobienia. Przedpremiery, spotkania z artystami, pokazy z muzyką na żywo, kino w plenerze, tańce, warsztaty i duuuużo więcej :) 

A cały program możecie pobrać TUTAJ


niedziela, 23 lipca 2017

Dunkierka / Dunkirk

Oczekiwania miałam nieśmiało siódemkowe, a tutaj takie zaskoczenie! Muszę stwierdzić, że jedyne niespodzianki, jakie lubię, to właśnie te, które od czasu do czasu serwuje mi kino.



Po pierwszej scenie pomyślałam sobie: "tej, to jest całkiem dobre". Kilka minut później: "tej, to jest NAPRAWDĘ DOBRE". A przez całą resztę seansu nie miałam już czasu szacować, czy to jest dobre, czy rewelacyjne. Pochłonięta fabułą skupiałam się jedynie na tym, by ograniczyć do minimum mruganie i czerpać wszystkimi zmysłami z tego, czego stałam się naocznym świadkiem. 

IMAX, moi drodzy! IMAX koniecznie!! Każdy dźwięk jest tutaj tak przejmujący, że niejednokrotnie nabawiłam się gęsiej skórki. I chociaż nie cierpię tego uczucia, to zawsze, gdy się ono pojawia, mam gwarancję, że doświadczam czegoś naprawdę ponadprzeciętnego. 

Dunkierka jest dla mnie filmem - fenomenem. Niektóre zarzuty kierowane pod jej adresem, w moim odczuciu są bardzo dużymi plusami. Jak chociażby brak jednej, głównej, centralnej postaci. Toż to doskonałe i niesamowicie pomysłowe rozwiązanie. Wszyscy ci mężczyźni, których widzimy na ekranie, to nie jest jakiś tam tłum. Ich życie nie jest kalkulowane na zasadzie: "jeden w tą, czy kilku w tamtą, bo i tak są ich tysiące". Każdy z nich miał swój własny mały świat, do którego chciał wrócić. Każdy z nich marzył po prostu o tym, żeby przeżyć. Obserwując ich na ekranie nie da się tego nie poczuć. Wiemy, że temat nie dotyczył jednego bohatera, a całej rzeszy ludzi. A jednocześnie nie śledzimy anonimowego zbiorowiska, a widzimy ogromną liczbę pojedynczych dusz. Niesamowite w tym wszystkim jest to, że cel taki został osiągnięty bez sztucznego patosu i kiczowatości. Niespotykane, godne podziwu i zapamiętania.

Jako osoba nieznosząca nadmiernego bełkotu i gadania dla samej idei gadania - jak to odbywa się np. u "mędrca" Allena - po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że nie trzeba wyrzucać z siebie tysiąca słów na pół sekundy, by przekazać ogromną ilość ważnych informacji. Nie pamiętam kiedy ostatnio oglądałam film, w którym jest tak mało dialogów. A mimo wszystko, albo właśnie dzięki temu nowe dzieło Nolana jest naprawdę wymowne, zrozumiałe i przejmujące. Zbędne słowa są zastąpione nerwowymi dźwiękami (tykający zegar słyszę do teraz), wzruszającymi gestami (piloci), bogatą mimiką (Komandor Bolton - ten na molo, no i oczywiście Tom Hardy). A jedno, krótkie "TAK" wyraziło więcej, niż tysiąc słów i zapewne zdziałało więcej, niż długie godziny spędzone na kozetce u psychologa.

I jasne, że nie mogłam nie poświęcić chociaż jednego, króciutkiego akapitu wyłącznie dla Hardy'ego. Nie mam pojęcia, jak ten człowiek to robi, że niby robi niewiele, a tak naprawdę odwala rewelacyjną robotę. Za każdym razem wierzę, ale tak totalnie wierzę w jego bohatera. I pilot Farrier na pewno nie jest wyjątkiem od tej reguły.

Gdyby Wam było jeszcze mało zachęt, to na zakończenie dodam, że jednym z bohaterów Dunkierki jest pewien starszy pan, który na swoim niewielkim jachcie wyczynia prawdziwe cuda. I zrobiło mi się tak jakoś optymistyczniej i pogodniej, gdy zobaczyłam przykład starszawego człowieka, którego życiowe doświadczenie zaowocowało niesamowitą mądrością, a nie frustracją, egoizmem, niskim ego i starczą demencją. I troszeczkę wróciła mi wiara w to, że można być umęczonym życiem człowiekiem w podeszłym wieku, podejmującym racjonalne decyzje, które nie krzywdzą drugiej osoby, a wręcz przeciwnie - owocują czymś pięknym. 

Mimo, że Dunkierka nie jest idealną propozycja na leniwą, wakacyjną niedzielę (czy też inny dzień tygodnia), to i tak będę gorąco namawiać do wybrania się do kina na ten właśnie film. 


Ocena za seans w IMAXie: 9/10 (moja druga dziewiąteczka w tym roku!).


niedziela, 16 lipca 2017

Aż do kości / To the Bone

Kolejna pełnometrażówka Netflixa, która kręci się wokół jedzenia. Jednak tym razem na tapetę wzięto nie tylko wstręt do spożywania mięsa, a do spożywania czegokolwiek. 



Film, którego główną bohaterką jest 20-letnia anorektyczka, ani nie szokuje, ani nie powala na kolana. Bardziej wygląda mi on na jakąś formę autoterapii dla reżyserki (Marti Noxon) oraz odtwórczyni głównej roli (Lily Collins), które podobno w przeszłości zmagały się z tą chorobą, niż na lekcję, lub przestrogę dla ludzi z jadłowstrętem. 


Jako minispojlerek dodam, że w filmie znajduje się dziwna scena, w której matka postanawia nakarmić swoją dorosłą córkę, co chyba ma być przełomowym momentem dla nich obu. W moim odczuciu było to tak bardzo creepy, że w ogóle nie potrafiłam skupić się na "podniosłości" tego momentu. 


A może po prostu nie wczułam się w problem i spoglądałam na ekran cynicznym okiem, w dodatku znad tabliczki Milki.

środa, 12 lipca 2017

Okja

Po pierwszych scenach - bardzo klimatycznych, a wręcz baśniowych - miałam wrażenie, że obejrzę rasowego przedstawiciela kina familijnego. Jednak, im dalej w las... a właściwie odwrotnie, bo im dalej od lasu, tym atmosfera staje się coraz bardziej gęsta, a temat poważnieje z minuty na minutę.



W najnowszym filmie Joon-ho Bonga poruszonych zostaje sporo aktualnych, istotnych i drażliwych kwestii. I tak, obserwujemy tutaj m.in. głupiejące społeczeństwo, któremu można wszystko podsunąć pod nos, jako rozrywkę - ważne, żeby było kolorowo, głośno, z fetą i na szeroką skalę. Mamy rosnący problem głodu, który o ironio wcale się nie zmniejsza, mimo że wielu z nas jest mistrzami w marnowaniu jedzenia. Śledzimy też mocny, zero-jedynkowy apel miłośników zwierząt z niesamowicie łopatologicznym zobrazowaniem ich ideologii. A przez cały seans nie zapominamy, co jest tematem przewodnim i obserwujemy bohaterów, których łączy bezgraniczna, najważniejszej na świecie przyjaźń. Piękne to i uniwersalne zarazem.

Chociaż nie należę do gorliwych obrońców  zwierząt, nie pielęgnuję żadnej ludzko-zwierzęcej przyjaźni, ani tym bardziej nie jestem wegemaniakiem, to mimo wszystko są pewne obrazy i zjawiska, które nawet mnie poruszają i chociaż nie dotykają bezpośrednio, to bolą od samego patrzenia. Myślę, że każdy pozbawiony psychopatycznych skłonności człowiek, odbierze ten film w podobny sposób. Żądza pieniądze rośnie w siłę, ludzkie okrucieństwo nie zna granic, a obie te sprawy napędzają siebie nawzajem, co prowadzi do błędnego koła, które coraz szybciej mknąc, coraz bardziej wymyka się spod naszej kontroli.

Karykaturalne osobowości, niczym czarni bohaterowie z „Igrzysk śmierci”; przedstawione magiczne relacje przypominające te z „Życia Pi”; silna, dziecięca przyjaźń, jak w „Moście do Terabithii”. To wszystko sprawia, że „Okja” niesamowicie działa na wyobraźnię.

To jeden z tych obrazów, który bardzo chętnie obejrzałabym na dużym ekranie. I chociaż zapewne po raz drugi opowiedziana w nim historia nie poruszy mnie równie mocno, to ze względów artystycznych nie mogłabym odmówić sobie takiego seansu. Nigdy w życiu nie oglądajcie tego z dziećmi! Chyba :D 

sobota, 3 czerwca 2017

AfryKamera, 27.05.-01.06.2017, Poznań

Sześć dni z kinem afrykańskim minęło błyskawicznie, a zdecydowana większość filmów, które miałam szczęście obejrzeć w trakcie tegorocznego Festiwalu idealnie trafiła w mój gust. Ostatnio mocno zaniedbałam oglądanie dokumentów, dlatego tym bardziej cieszę się z każdego obejrzanego w ramach AfryKamery. Jednak, to fabuły naprawdę skradły moje serce. Mocne, wstrząsające, wyraziste dramaty - to one dostarczają mi emocji, dzięki którym wiele lat temu pokochałam kino. W trakcie Festiwalu doskonale sobie o tym przypomniałam. 



Poniżej zestawienie kilku najlepszych filmów, zaczynając od mojego NAJ:


1. "Mów mi złodziej" / "Noem My Skollie"; RPA, 2016


Historia czwórki przyjaciół, którzy po dramatycznym i przerażająco wstrząsającym doświadczeniu jednego z nich - Abrahama - postanawiają założyć własny gang. Mimo, że decyzję tę podejmują mając zaledwie kilka/kilkanaście lat, to przez ani jedną sekundę istnienia swojej chuligańskiej grupy nie traktują jej, jako zabawę. Kiedy pewnego dnia z pozoru łatwa akcja kończy się fiaskiem, Abraham wraz z jednym z przyjaciół trafiają do więzienia. Tutaj czekają ich przerażające lekcje życia oraz liczne próby charakterów. Męsko-męskie gwałty, upokorzenia, poznawanie swojego miejsca w szeregu - to ich nowa codzienność. 
Film jest określany mianem nieoficjalnej autobiografii scenarzysty. 
8/10

2. "Ciało obce" / "Corps estranger"; Tunezja, Francja, 2016


Reżyserka Raja Amari w sposób nieoczywisty, a nawet prekursorski przedstawiła życie uchodźców w Paryżu. To niesamowite, że z tak politycznie przesiąkniętym tłem udało się jej przedstawić przede wszystkim historię i wzajemne relacje trójki głównych bohaterów. Można by nawet powiedzieć, że trójkąta głównych bohaterów. 
Stylistyką "Ciało obce" przypomina mi nieco "Wyśnione miłości" Dolana, więc może dlatego, tak pozytywnie odebrałam ten film.
Aktorsko - mistrzostwo świata!
7.5/10

3. "Przeklęci" / "The Cursed Ones"; Wielka Brytania, Ghana, 2015


Chociaż akcja filmu toczy się w fikcyjnym miejscu i przedstawia losy fikcyjnych bohaterów, to reżyser ( Nana Obiri Yeboah) zaznacza, że inspirował się faktami. Każdego roku w zachodniej Afryce tysiące dzieci zostaje oskarżanych o uprawianie czarnej magii, torturowanych, a nawet zabijanych. 
W "Przeklętych" na pierwszy plan zostaje wysunięta historia 15-letniej dziewczyny, która podziela losy wspomnianych wyżej dzieci. Jednak na całość składa się więcej elementów: fanatyzm religijny, korupcja, żądza władzy. Ogromny plus za odważny i nieoczywisty zwrot akcji!
Słabe aktorstwo niestety nieznacznie psuje seans. 
7/10


4. "Maloya"; Reunion, 2016


Dokument o muzyce i stylu tańca (to tytułowa Maloya) wywodzącym się z wyspy Reunion. Charakteryzuje się krótkim, rytmicznym tempem oraz tekstami śpiewanymi po kreolsku. Maloya, która obecnie uznawana jest za symbol oporu przeciw władzy, przez wiele lat była zakazana oraz uznawana za niebezpieczną, wprowadzającą w trans i obfitującą w mistyczne doznania.
6/10

4. "Bi Kidude na celowniku" / "I Shot Bi Kidude", Wielka Brytania, Tanzania, 2015


Dokument o Bi Kidude określanej mianem "najstarszej wokalistki na świecie", "skarbem narodowym", a nawet "towarem eksportowym Tanzanii". W swojej muzyce podkreślała m.in. swój sprzeciw wobec nierównościom społecznym oraz opresji kobiet. Do bardzo późnej starości koncertowała na całym świecie, była również u nas :)
Bardzo ciekawie poprowadzona narracja - reżyser w interesujący sposób zapętla przedstawioną przez siebie opowieść. Dzięki temu wraz z nim widz może uczestniczyć w swoistym śledztwie, próbującym określić okoliczności i pobudki nietypowego porwania "babci Zanzibaru" przez jej dalekiego krewnego.
6/10


Tegoroczna AfryKamera była moją drugą. Pamiętam dokładnie, że rok temu, wzięłam w niej udział, tak jakby eksperymentalnie i z ciekawości. Teraz (już!) z sentymentu i (przede wszystkim) ogromnej słabości do seansów w kinach studyjnych. Jestem przekonana, że na przyszłoroczny Festiwal będę biegła w podskokach, niecierpliwie odliczając przed nim dni.

Kino Muza w Poznaniu - SERDECZNIE DZIĘKUJĘ za możliwość uczestniczenia w tym wyjątkowym, obfitym w mocne wrażenia oraz niesamowicie poszerzającym moje kinowe horyzonty Festiwalu.



czwartek, 25 maja 2017

Festiwal Afrykamera 2017 - Zapowiedź

 27.05.-01.06.2017, Kino Muza w Poznaniu




To już 12. odsłona Festiwalu AfryKamera, która w tym roku dedykowana jest Ghanie.

Projekcje filmów odbywają się w ośmiu miastach Polski, a u nas w Poznaniu - w Kinie Muza. Łącznie widzowie z całego kraju będą mogli wybierać spośród ponad 20. filmów fabularnych i dokumentalnych. 
Ja już odebrałam swoje wejściówki i w planach mam m.in. następujące tytuły:
"Ciało obce", "Przeklęci", "Pociąg soli i cukru", "Malyoa", "Bi Kidude na celowniku", " Opowieść Ugandyjska". 
Szczegółowy repertuar dostępny na stronie Kina 

Krótko o idei Festiwalu (za organizatorem):

Celem Festiwalu jest przybliżanie największych osiągnięć Afryki w zakresie kina, co pozwala na bieżące obserwowanie rozwoju kontynentu w tym sektorze oraz przełamywaniu nieprawdziwego stereotypu, że Afryka jest kinową pustynią. Dotyczy to nie tylko dorobku ostatnich kilku lat, również przybliżaniu nieznanej, a wielce wartościowej twórczości klasyków tego regionu. Dodatkowo dążymy do przybliżania znajomości specyfiki kinematograficznej regionów afrykańskich oraz do przedstawienia i rozjaśniania jak lokalne różnice kulturowe potrafią znacząco wpływać na język kinowy i specyfikę twórczości.


Czyli wiecie co robić! Przez najbliższy tydzień możemy wpaść na siebie w Muzie :) 

sobota, 20 maja 2017

Jutro będziemy szczęśliwi / Demain tout commence



Zwiastun, którym kina zasypywały widzów przez ładnych parę miesięcy, zapowiadał coś zupełnie innego. Ot, kolejna, niezobowiązująca, lekka, łatwa i przyjemna w odbiorze komedia. Temat też nieszczególnie oryginalny – młoda mama nie chce dziecka, więc w nieelegancki sposób pozostawia je w ramionach ojca. Po czym znika na osiem lat. Zszokowany i nieobyty w temacie tatuś ma przez to niezłą zagwostkę, co prowadzi do wielu komicznych sytuacji. Ok, tak wygląda ta wesoła część. Gdy jednak starzejemy się wraz z bohaterami o wspomnianych osiem lat, to wpadamy w wir coraz to dramatyczniejszych wydarzeń.



Na temat „Jutro będziemy szczęśliwi” odbyłam kilka ciekawych rozmów z kilkoma znajomymi (również ciekawymi). Wszyscy jednogłośnie zachwalali zaskakujący zwrot akcji na samym końcu historii. Muszę przyznać, że ja też. Moją uwagę zwróciło jednak narzekanie jednej z osób na to, że w filmie był o jeden zwrot akcji za dużo. Znajomy nie potrafił sprecyzować, o który, ale o jeden na pewno. Muszę przyznać, że z tym już się nie zgadzam. Lubię takie skakanie po fabule, bo zazwyczaj idzie też za tym skakanie po emocjach widza. A co się z tym wiąże – mamy wartką akcję. I tutaj ona również była!

Wzruszam się naprawdę baaardzo rzadko, zwłaszcza na filmach, ale jeśli już mi się to zdarza, to z powodu zupełnie innych sytuacji i splotów zdarzeń, niż w „Jutro będziemy szczęśliwi”, gdzie sercowym ściskaczem został temat-pewniak, czyli choroba. Ale podtrzymując to, co napisałam zdanie wcześniej – to nie do końca moje klimaty i więcej emocji wzbudziła we mnie piosenka Leona Bridgesa na napisach końcowych, niż przedstawiona w filmie historia. Ale naprawdę rozumiem, że są widzowie, którym wraz z rozwojem oglądanych wydarzeń spłynęła po policzku niejedna łza. Autentycznie, to rozumiem!

W sumie powinnam chyba zacząć od  tego, że głównym wabikiem, który sprowadził mnie do kina, nie był ogrom zwiastunów, a Omar Sy na pierwszym planie. Uwielbiam tego gościa, więc wiedziałam, że zagra rewelacyjnie i tak też było. To człowiek – kameleon, który w ułamku sekundy potrafi przeistoczyć się z kawalarza/jajcarza w zdruzgotanego i załamanego człowieka nie mogącego pogodzić się z losem. Albo odwrotnie. Zawsze kupuję jego bohaterów w 100%. Jeśli polubicie  dramatyczną naturę Sy, to gorąco zachęcam do obejrzenia „Chocolate”, w którym zagrał tytułową rolę. Dobre kino i genialny Omar zawsze zasługują na uwagę J

Dla „Jutro będziemy szczęśliwi” mocne 6.5/10 –  nieźle się to ogląda.

sobota, 6 maja 2017

Szatan kazał tańczyć



Gdyby ktoś z Was przypadkiem zabłądził w kinie i trafił na seans najnowszego pomysłu Katarzyny Rosłaniec, to z całego serca zalecam: albo gnać do najbliższego wyjścia ewakuacyjnego, albo ewentualnie gdzieś się schować. Dziwny zlepek iluś tam scen, które podobno można sobie samemu poukładać na ileś tam sposobów, to nic innego, jak ... dno pod dnem. W sumie, to kto co lubi, ale naprawdę dziwnie patrzy się na film fabularny bez fabuły, ale za to z milionem ujęć seksu przeplatanego masturbacją. I tutaj już nawet nie chodzi o to, czy widz jest pruderyjny, czy wręcz odwrotnie. Tutaj chodzi o to, że w tym filmie nie chodzi o nic. No bo błagam, po co nam wiedzieć, jak bulimiczka nimfomanka nie radzi sobie z tajemniczą chorobą chyba serca, o której nie dowiadujemy się nic poza tym, że po prostu jest i, że w związku z tym trzeba Karolinie (to ta główna) ponaklejać kabelki na klatce piersiowej i nie tylko.

Szok i niedowierzanie, że w tym projekcie wzięli udział: Danuta Stenka, Izabela Kuna, Łukasz Simlat, Marta Nieradkiewicz i... John Porter (łkam do teraz). A do grona naczelnych rozbierających się bez sensu dołącza Magdalena Berus (Karolina), jednocześnie stając się bardzo silną rywalką Michaliny Olszańskiej.

Film z cyklu: Może i karta Unlimited jest, ale czas nie e.

1/10

czwartek, 30 marca 2017

Azyl / The Zookeeper's Wife


Warszawa, wojna i Amerykanie za kamerą – ten trzeci element sprawił, że ciekawość wygrała z przemęczeniem tematem i obejrzałam kolejny film, którego akcja dzieje się na przełomie lat ’30 i ‘40 minionego wieku.



Fabuła (za Filmwebem): Opiekunowie warszawskiego zoo, państwo Żabińscy, próbują ocalić setki ludzi i zwierząt podczas niemieckiej okupacji. 

Pominę dzisiaj zupełnie wszystkie walory techniczne oraz aktorskie filmu. Nie, żebym zawsze jakoś przesadnie specjalnie się na nich skupiała, skoro i tak zawsze patrzę na nie totalnie amatorskim okiem. 
ALE dzisiaj tylko i wyłącznie fabuła.

Historia naszego kraju jest przerażająca, to nie ulega wątpliwości. A II wojna światowa przoduje, jeśli chodzi o historyczne zamiłowanie naszych filmowców. No właśnie, naszych... a co z zagranicznymi filmo-rzemieślnikami? 
Twórcy filmu nie udźwignęli powagi tematu? Ogromu zła, bólu i cierpienia?  Nie znają i nie rozumieją, co zaszło kilkadziesiąt lat temu w naszym kraju? A może po prostu chcieli w delikatny sposób przedstawić zarys dziejów, by dać młodym widzom jedną z pierwszych, więc lajtowych lekcji historii? Mam nadzieję, i mocno mi się wydaje, że tak właśnie jest. Tzn. jest tak, jak w ostatnim pytaniu.

I niech tych kilka pytań retorycznych wystarczy dziś za moją opinię. 

Dodam tylko, że jest to film, o którym na pewno szybko zapomnę i nigdy w życiu nie przyjdzie mi do głowy myśl, by raz jeszcze go obejrzeć. Do jednokrotnego użytku – ok, niech będzie.

5,5/10


sobota, 25 marca 2017

Amok

Miał być kontrowersyjny (krążyły nawet plotki o zakazie emisji w kinach) i mocny, a okazał się jakoś za bardzo przyzwoity, z premierą, która przeszła bez większego echa. Szkoda takiego silnego tematu na ten delikatny film. Kryminał/thriller powinien powodować gęsią skórkę średnio co 30 sekund (wg mojej definicji :P), a w „Amoku” lekkie ciarki mogą zdarzyć się może raz na 30 minut. Smuteczek, bo scena początkowa zapowiadała coś zupełnie innego – propsy za nią!



Fabuła (za Filmwebem): Architekt Roszewski zostaje zamordowany. Kilka lat później inspektor Jacek Sokolski odnajduje dowody, które wiążą się z motywem opisanym w powieści kryminalnej pod tytułem "Amok". 

Czyli jak widać, potencjał był całkiem duży. Zabrakło mi niestety (między innymi, albo przede wszystkim) wyraźnego zaznaczenia momentu, w którym policjant dowodzący śledztwem tak naprawdę uwierzył w postawioną przez siebie tezę. W ogóle całe przedstawienie  śledztwa jest niestety miałkie, mało wnikliwe, jakby nieodgrywające większego znaczenia. A sceny, w trakcie których policjanci czytają poszczególne fragmenty książki Bali są.... zabawne i śmieszą. Serio o taki efekt tutaj chodziło?

A teraz pytanie za 0,5 punkta: znacie to uczucie, gdy w filmie panuje całe mnóstwo momentów z tak przejmującą ciszą, że nawet niezręcznie jest przełknąć ślinę? Fajnie, że tak, bo ja też, ale tutaj go nie doświadczycie. Przez cały seans słychać dziwny zlepek przypadkowo połączonych dźwięków, od których aż dudni w uszach. Może to i ciekawe, ale jednak też męczące.

Aktorsko – Simlat bardzo (bardzo!) spoko, Kościukiewicza mało lubię, w związku z czym tak sobie mi się podobał, Wichłacz pojawia się zaskakująco mało razy i trochę nie rozumiem skąd międzynarodowe zachwyty nad jej grą w tym filmie.

To, że Polska jest królową dramatu nie ulega żadnej wątpliwości. Jednak, w dziedzinie filmowego kryminału mamy jeszcze dość daleką drogę, by zyskać tytuł raczkującej księżniczki. Jednak w związku z tym, że niedługo w kinach zacznie się bardzo biedny premierowo miesiąc, to właśnie wtedy polecam zapoznać się z „Amokiem”. 

Nie ma szału, nie ma tragedii, jest 6/10.


środa, 15 lutego 2017

Sputnik - Replika Festiwalu w Poznaniu (30.01.-12.02.2017)

Matrioszka, wieś, baba z chustą na głowie, Putin, kicz, przepych albo skrajna biedota, alkohol. Jestem pewna, że zdecydowana większość Polaków (i nie tylko) ma właśnie takie skojarzenia po usłyszeniu hasła „Rosja”. W ramach poznańskiej retrospektywy Festiwalu Sputnik widzowie mieli możliwość poznania niejednego, współczesnego, prawdziwego oblicza narodu, do którego cały czas jesteśmy uprzedzeni.



Co z kolei ja widziałam i co o tym myślę:

Miejskie ptaszki



3 historie, 3 główne bohaterki. Film co prawda nie niesie ze sobą żadnego głębokiego przekazu, ani tym bardziej lekcji życia, ale za to ma kilka zabawnych momentów i jest naprawdę lekki w odbiorze. Mimo, że to podobno komediodramat. Gdyby nie fakt, że bohaterowie mówią po rosyjsku, to w życiu byście nie zgadli, gdzie toczy się akcja. Mam na myśli to, że występujące tutaj postacie mają normalne i typowe dla XXI wieku zainteresowania (sport, moda, zwierzęta...), zawody (tatuażyści, PR-owcy, recepcjoniści) oraz wygląd (po prostu). Brak falbaniastych sukienek z cekinam, 10-cm tipsów i tapiru na głowie. Z naszymi wyobrażeniami na temat Rosji zgadza się jedynie skojarzenie z alkoholem, ale... no nie bądźmy hipokrytami.


Ochrona



Totalne przeciwieństwo poprzedniego tytułu. Obraz rosyjskiego społeczeństwa chyba całkowicie zgodny z uprzedzeniami i nieprzychylnymi skojarzeniami, o których z grubsza pisałam we wstępie.  A poza tym, jest to bardzo, ale to bardzo dziwny film.
Główna bohaterka cierpi na urojoną ciążę. Chociaż w sumie to może ona aż tak nie cierpi, bo marzy o dziecku. W każdym razie – udaje jej się podtrzymać to urojenie aż do szóstego miesiąca. Wtedy ciąża zostaje zauważona przez przyjaciółki, ojca i „lekarzy”. Cudzysłów pojawił się tutaj nieprzypadkowo. Uwierzcie mi, że gdyby badania wyglądały w taki sposób, to nie znalazłaby się  na tej planecie ani jedna kobieta, która by mówiła „Wolę 50 godzin u dentysty od 15 minut u ginekologa”. Co prawda urojenie Katji? Udzieliło się wszystkim jej znajomym, ale mniejsza o to. Też nie zrozumiałam.
Odkładam na bok poprawność polityczną (chociaż w sumie nigdy nie trzymałam się jej blisko) i piszę to bez zawahania – matko przenajświętsza, co za obrzydliwy obraz narodu. Większości bohaterów kijem bym nie trąciła. Są obleśni z zachowania, wyglądu, a nawet myślenia. I naprawdę trudno to wytłumaczyć, bo niby nie widzimy tu nic nadzwyczajnego, a jednak cały czas czułam niesmak. Taki dosłownie fizyczny. Bez większego rozkminiania, ale cieszę się, że nie było mi dane tego oglądać w 5d...
Poza tym, kiedy w trakcie sceny rozgrywającej się w jakimś gabinecie w urzędzie widzisz na jednej ze ścian portret Putina, to w głowie słyszysz coraz wyraźniej słowa „Rosjo – WTF?”.
Poza tym nr 2 – kiedy jedna z bohaterek wyznaje przyjaciółkom „Wyprowadzam się. Wracam do domu na wieś”, to w głowie huczy „WTF razy milion! To istnieje jeszcze bardziej zapyziała dziura, niż to coś, w czym trwaliśmy z bohaterami przez ostatnie dwie godziny?!”. No ok, może tutaj leciutko przesadziłam... ale to miejsce akcji naprawdę wyglądało jak stuprocentowa wiejska wieś.
Ani fabuła, ani walory estetyczne, a raczej ich brak, mnie niestety nie urzekły.


Uczeń



Z każdym kolejnym festiwalowym dniem czekały mnie totalnie odmienne przeżycia i emocje. Naprawdę nie mam pojęcia jak to się stało, skoro festiwal prawie wcale nie był nagłaśniany (właściwie to tylko w internecie, w kinie nie znalazłam ani jednego plakatu, nie mówiąc już o tym, że przed również echo), ale ten film zgromadził niesamowity tłum widzów. Naprawdę, nie przesadzam. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek uczestniczyła w pokazie, na którym widzowie siedzieli na dostawkach, a nawet.... bezpośrednio na schodach. A tak właśnie było.
Sam film – nooo festiwalowy, chociaż patrząc z perspektywy czasu, to wywarł na mnie największe wrażenie spośród wszystkich sputnikowych.
Szkoda, że znów Putin na ścianie, ale tym razem w szkole. Bo ogólnie, to akcja w w dużej mierze toczyła się w szkole. Kto by pomyślał, słysząc taki tytuł? Ale poza tym Putinem, to przekaz „Ucznia” jest naprawdę bardzo uniwersalny.
Aktorsko bomba. B O M B A. Na całej linii – genialność, świadomość ról (bo piszę o praktycznie całej obsadzie), odwaga.
Nie potrafię do końca wyjaśnić dlaczego, ale „Uczeń” przypomniał mi o filmie „Plemię”.
Piękne i solidne ukazanie faktu, że wiara (jakakolwiek i w cokolwiek) powinna być tylko i wyłącznie indywidualną sprawą każdego z nas. Najgorszym z możliwych wierzących jest ten, który zmienia przekonania w fanatyzm.
Po wyjściu z kina byłam dość mocno zmęczona. Psychicznie.



Nowe Kino Pałacowe & CK Zamek w Poznaniu – serdecznie dziękuję za możliwość uczestniczenia w pokazach w ramach Repliki Sputnika.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Ciemniejsza Strona Greya / 50 Shades Darker


25 powodów dla których, gdyby nie Unlimited żądała bym zwrotu kasy za bilet:

1. Anastasia Steel powinna walczyć o tytuł Najbardziej Irytującej Postaci Filmowej Wszechczasów. Nie ma większej infantylnej idiotki.

2. Przez cały film pokazuje jaka to ona jest niezależna, po czym jej czyny świadczą o czymś zupełnie innym.

3. Reprezentuje ona znienawidzony przeze mnie typ kobiet.

4. ... a feministką nie jestem. No ale bez przesady!

(Jej osoba zajęła 4 punkty, więc znacie powagę sytuacji)

5. Film trwa prawie dwie godziny. Przy czym jedna ze scen to ćwiczenia Greya na domowej siłowni. Przez resztę modlicie się o szybką śmierć.

6. Sekwencja w filmie wygląda tak: Anastasia się obraża (i nie raz to jest takie: Ale o ch*j Ci chodzi?), Grey robi coś miłego/kupuje coś drogiego, a potem jest seks. Powtórz razy trzy i nie musisz iść do kina.

7. Pojawiają się tam takie dialogi, jak:

On: Matka mnie biła. Umarła, jak byłem mały. Zaćpała się na śmierć.
Ona: Oh oh oh, dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałeś?
On: Mówiłem, ale SPAŁAŚ wtedy.

...
...
...
...
...
Nie, no...
AHA.
...
...
WTF?!

8. Anastasia Steel bardzo nie chce wypaść na prostytutkę. To, że bierzesz 24tysie dolców za seks, nie znaczy, że nią nie jesteś. 
(Wybaczcie, że znowu o niej.)

9. Jak mnie wkur*wia takie podejście, gdzie głównemu bohaterowi podane jest wszystko na tacy i nie wiedzieć czemu zgarnia on całe szczęście świata, Totalnie nierealnie. A Ance wychodzi w tym filmie dosłownie wszystko. Ludzie obracają się za nią, bo jest ponoć ultra piękna (gówno prawda), wystarczy 5 sekund by poznali się na niej najlepsi redaktorzy w Seattle (aha.. bo tak to właśnie funkcjonuje) i oczywiście na siłę trzeba było wpiąć wątek, gdzie wychodzi, że ta bogini ma nie tylko piękne ciało, ale i wnętrze. Hell NO!

10. Źle świadczy o filmie, jeżeli gimbuski piszczące na napisach początkowych parskają śmiechem pod koniec.

11. Absolutnie drewniane aktorstwo absolutnie każdego aktora.

12. Michał z Wiking Movie, którego spotkałam przypadkiem przed filmem, cieszącego się z korzyści Unlimited sprzedał mi ciekawostkę, że budżet tego filmu wynosił 55 milionów dolców. I faktycznie. Ale ja się pytam: ZA CO?!

13. Coś reklamowanego na ostrą, pikantną historię okazuje się mdłym, niedorzecznym harlequinowskim obrazkiem z happy-endem.

14. Nawet czarne charaktery w tym filmie pozbawione są jaj i charyzmy.

15. Sceny seksu podniecają mniej, niż reklama proszku do prania.

16. Tytuł jest bezczelnym kłamstwem.

17. Gdy dzieje się coś niedobrego modlisz się, aby stało się coś jeszcze gorszego (nie wiem... Ona się topi, On przez przypadek ją zabija w trakcie tych ich zabaw...) by wreszcie akcja posunęła się o krok do przodu.

18. Mimo karty Unlimited zastanawiasz się co tu właściwie robisz i czy gapienie się w dno kubka nie miałoby więcej sensu.

19. Beznadziejna ścieżka dźwiękowa. Taka tania pościelówa.

20.  Produkcja sili się na jakiś perwersyjny mistycyzm, gdy tymczasem wychodzi coś na maksa denerwującego. 

21. Kobiety - jeżeli kupiłyście już bilet na jutro do kina -  BŁAGAM anulujcie!

22. Faceci - jeżeli chcecie zrobić niespodziankę swoim kobietom - NIE W TEN SPOSÓB.

23. Ten film to dmuchana marketingowa lala. Ani nie doświadczysz prawdziwego seksu, ani emocji.

24. Ktoś pisał o tym filmie, że jest pornolem dla gospodyń domowych. Nie obrażajcie gospodyń.

25. Dwa na dziesięć.



środa, 8 lutego 2017

Amerykańska sielanka

Gdy oczekiwania wobec filmu są wysokie, a w rzeczywistości okazuje się być on zaledwie niezłym, to po kilku dniach od seansu pozostaję z poczuciem, że obejrzałam jakiegoś totalnego przeciętniaka. I taka właśnie jest „Amerykańska sielanka” – średnia, momentami niezła.



Bardzo nie lubię niewykorzystywania na ekranie potencjału tematu. Najnowszy film w reż. Evana McGregora, to opowieść o rodzinie młodej dziewczyny, która zostaje podejrzana o przeprowadzenie ataku terrorystycznego w pewnej spokojnej, amerykańskiej dzielnicy. Brzmi ciekawie, ale tak nie było. Zabrakło mi tutaj wiarygodniejszego przedstawienia problemów psychicznych głównej bohaterki. W sumie nie tylko głównej, bo niejedna postać miała tutaj nierówno pod sufitem. I nie mam na myśli jakiejś dogłębnej analizy ani skomplikowanych portretów psychologicznych. Bo przecież psychopaci raz po raz po prostu się pojawiają i tyle. Zabrakło mi emocji, jakiegoś BUM, czegoś w stylu „Musimy porozmawiać o Kevinie”.

Aktorsko bez rewelacji, chociaż teoretycznie było spore pole do popisu. Przede wszystkim zawiodła mnie Dakota Fanning, która miała okazję wykreować bardzo mocną, zapadającą w pamięć i charakterystyczną bohaterkę. Wyszło z tego miękkie jajo.


6/10.

środa, 1 lutego 2017

La La Land - Film, który mógł doprowadzić do podziału na "In Love" & "With Movie"



Monika: Pamiętam ten moment, gdy po filmie pojawiają się napisy końcowe, a ja z pełnym oczarowania uśmiechem spoglądam na Ciebie w poszukiwaniu porozumienia. A tu nic!

Agata: No właśnie NIC, to słowo klucz przy okazji "La La Landu". NIC odkrywczego, NIC nadzwyczajnego, NIC wyróżniającego ten film spośród tysiąca innych historii o miłości itp. Nie wydaje Ci się, że nawet mało tutaj musicalu, jak na musical? Kilka razy zaśpiewali, jeszcze mniej zatańczyli i koniec.

M: Ale to chyba dobrze, że nie było kilkudziesięciu piosenek typu ''Zjadłam własnie makaron'', ''A teraz idę szczęśliwa do pracy'', tylko jeden konkretny nurcik muzyczny, dwie melodie i basta. MINIMALIZM!
Ale 6 na 10? No come on!

A: Jasne, że 6, skoro film jest po prostu niezły (czyli nie jest zły... czyli, aż tak bardzo mu nie cisnę), to ocena w punkt trafiona! Raz obejrzany - szybko zapomniany.
A jeśli mowa o minimalizmie, to mogły to być chociaż jakieś teledyskowe perełki z czaderskimi choreografiami i wgniatającymi w fotel utworami. A musisz przyznać, że nie każda śpiewana i tańczona scena zasłuży na miano kultowej. O ile którakolwiek z nich zasłuży.

M: Ok, przyznaję, że moment tańca w gwiazdach był na maksa kiczowaty. Ale za to pierwszy dotyk rąk w kinie? i ta nieśmiałość? To było obłędnie życiowe! Poza tym - film nie kończy się tak, jak wszyscy myślą, że się skończy. I to, że od razu po seansie chce się rzucić wszystko i jechać do LA?

A: Ok, no to ja przyznaję, że zakończenie jest naprawdę dobre. Bardzo dobre. Ale spokojnie ten film mógłby składać się z 3 slajdów z napisami: 1. ona i on -> nie lubią się; 2. ona i on - > ojej, zakochana para! 3. ona i on - upsss, kryzys w związku.
Gdyby po tych slajdach zostało wlepionych tych kilka końcowych minut filmu, to czułabym się dokładnie tak samo, jak po przeżyciu całego, przeszło 2-godzinnego seansu. I szczerze? Nawet dokładnie nie pamiętam tej sceny w kinie, o której mówisz. 

M: No ok, ok, ok. Ale ten kryzys to była dość mocna rzecz, nie uważasz? Myślisz, że z kimś jesteś i go znasz. Przewidujesz jego marzenia. A tu nagle - NIE-E! Bo jak przeciętny człowieczek, ta osoba zaczyna marzyć o pinionszkach, sławie i byciu mainstreamowym. Zaprzecza własnej tożsamości.
Ryan na sesji zdjęciowej! Śmiałaś się!

A: Tak, śmiałam się i nawet powiedziałam tuż po wyjściu z kina, że był to jedyny moment filmu, na którym naprawdę bardzo dobrze się bawiłam.
A Ryana i Emmę (nawet nie pamiętam już imion ich bohaterów) chyba podświadomie połączyły takie same marzenia, czyli tak jak napisałaś - marzenia przeciętnego człowieczka. 

M: A ja uwierzyłam, że tę dwójkę łączy coś więcej. To, co między nimi się działo było chwilami magiczne. A czasem ledwo powstrzymałam głośne ''aaawwww''.

A: Jedyne aaaawwww, na jakie mogę się zdobyć jest skierowane do Ryana, ale rola w tym filmie nie ma z tym zupełnie nic wspólnego ;)

M: Przyznam się, że z ''minusów'' - Ryan doskonale zrobił wybierając karierę aktorską. Jako piosenkarz nie byłby taki dobry!

A: A ja znów zupełnie na odwrót! Wg mnie Gosling nie tyle byłby dobrym piosenkarzem, co naprawdę nim jest. Kilka utworów z płyty "Dead Man's Bones" wałkuję do teraz i mam do nich równie duży sentyment, jak do "Excuse Me" Pitbulla (wybaczcie czytelnicy, nie mogłam się oprzeć jednemu insajtowi ;) )
Za to Emma... blady głosik. O niebo lepiej wychodzi jej Lip Sync Battle u Jimmy'ego Fallona. Btw. to z jej udziałem jest jednym z moich ulubionych. 

M: To Excuse Me mogłaś sobie odpuścić...

A: Sorry

M: Żebyśmy się rzeczywiście nie pokłóciły i nie podzieliły bloga na ''In Love'' i ''With Movie'' mam coś dla Ciebie!




A: No i znów rozejm 😌

P.S.
Naprawdę próbowałyśmy się pokłócić, bo wiemy, że obrzucanie się błotem w świetle reflektorów mogłoby nam przynieść sławę, blichtr i piniondze, aleee sami widzicie, że się nie da. 
W każdym razie - nie poddajemy się i dalej szukamy filmu, który wzbudzi w nas totalnie skrajne emocje.

STAY TUNED


poniedziałek, 30 stycznia 2017

Toni Erdmann

Do wczoraj nie wiedziałam, że nie jestem fanką niemieckiego humoru. Do wczoraj w seksie nie znałam metody "na cukiernika". Po wczoraj wiem czego unikać jako fan kina, jak i kochanka.

Historia zapowiadała się ok. Ojciec chce spędzić trochę czasu z zapracowaną córką, odnowić relację. Ma mu w tym pomóc jego alter-ego czyli tytułowy bohater - Toni Erdmann.


Za chwilę pewnie usłyszę, że zrozumienie tego filmu zaczyna się od 180 IQ, że to film dla wybranych etc. Nicht fur alle, a ma pewno Nicht fur mich.

Moja recenzja natomiast wygląda tak:

Po pierwszych 30 minutach zaczęłam patrzeć na zegarek i płakać mi się chciało, gdy zdałam sobie sprawę, że film trwa 2:40. W pierwszej godzinie głową osunęła mi się do tyłu ze znużenia, potem przeżyłam długie ataki ziewania, a na końcu irytacje.

Może gdyby odpuścić sobie 25minutowe sceny podchodzenia do drzwi, to film mógłby być krótszy i miał by więcej sensu.

Zupełnie nie wiem nad czym wszyscy się zachwycają. Zupełnie nie moje kino. Główni bohaterowie irytujący, niektóre sceny po prostu głupie. Ale najprawdopodobniej jeśli lubicie przeartyzowaną Szumowską to będziecie zachwyceni.

Więc JA nie polecam. Jeżeli lubicie ciastka to też sobie odpuśćcie.

4/10