środa, 8 listopada 2017

Międzyblogowe podsumowanie października’17 w kinie



Skoro zrobiliśmy to drugi raz, to można już przyjąć, że to tradycja :D

Tym razem podsumowanie opublikowała na swoim blogu 

Emilia z Po napisach końcowych, które znajdziecie TUTAJ.


Skład komentatorów bez zmian, a zatem dzięki opiniom:

♥naszej tegomiesięcznej rekordzistki Madzi z Nieco inna panna M. (ma na swoim koncie aż 15 październikowych premier w kinie)
♥ Michała z Tako rzecze Wiking
♥ Grzesia z WELUR & poliester
♥ oraz nas – rzecz jasna

dowiecie się, którymi filmami byliśmy oczarowani, a którymi rozczarowani.

Październik był dla wielu z nas filmową petardą, dlatego tym bardziej zachęcamy do przeczytania podsumowania. Z pewnością znajdziecie w nim ciekawe uwagi na temat głośnych hitów z multipleksów, jak i kameralnych, festiwalowych projektów, które są dostępne jedynie w kinach studyjnych. Bo nielegalnych źródeł tutaj nie promujemy.


Wbijajcie do Emilii TUTAJ, czytajcie, komentujcie i spodziewajcie się kolejnego podsumowania, bo że będzie, to więcej, niż pewne!


czwartek, 26 października 2017

Spotkania na 8. Festiwalu Kamera Akcja

Możliwość uczestniczenia w spotkaniach z ludźmi, których kojarzymy wyłącznie z ról, jakie wykreowali na ekranie, albo z tego za produkcję jakiego filmu odpowiadają, zawsze łączy się z pewnego rodzaju niepewnością. Bo mimo, że nie znamy osobiście aktora/reżysera/scenarzysty, to śledząc jego zawodowe poczynania, to z jakimi tytułami jest związany, czy dużo się o nim plotkuje, czy też jest introwertykiem ceniącym sobie dyskrecję – zawsze buduje pewien obraz postaci, który wydaje nam się słuszny i pewny. Dopiero w trakcie spotkań na żywo dochodzi do konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością (eureka), co z kolei albo utwierdza nas w przekonaniu, że znamy się na ludziach, więc szkoda, że nie zarabiamy grubych milionów za bycie psychologiem, albo utwierdza nas w przekonaniu, że nie znamy się na ludziach, więc dobrze, że nie zarabiamy grubych milionów za bycie psychologiem (eureka nr 2). To poprzednie zdanie zawiera 385 znaków ze spacjami, idę po rekord.




W każdym razie, bardzo lubię uczestniczyć w tego typu spotkaniach, więc gdy tylko pojawia się okazja, to gnam na nie bez zastanowienia. Podczas tegorocznej Kamery Akcji udało nam się razem z Moniką być na trzech:


Aktor a krytyk – Agata Kulsza i Łukasz Maciejewski 

Prowadzenie: Marcin Radomski



To spotkanie oznaczyłam w harmonogramie, jako najważniejszy i obowiązkowy punkt festiwalu. Czekałam na nie bardzo, ale równie bardzo się go obawiałam. Delikatnie mówiąc, byłam lekko niepocieszona, gdy okazało się, że jednym z uczestniczących w nim rozmówców ma być Łukasz Maciejewski. W zeszłym roku prowadził on spotkania z Bartłomiejem Topą oraz z Martą Nieradkiewicz, które prawie zdominował opowieściami o swoich książkach. Naprawdę nie chciałam powtórnie słuchać tychże historii, podczas gdy na fotelu obok miała siedzieć jedna z największych aktorek współczesnego kina. Celowo nie napisałam współczesnego, polskiego kina. Agata Kulesza, to chodzący talent i byłabym przeszczęśliwa, gdyby poprowadziła monolog, nawet jeśli zechciałaby opowiadać o kiju od szczotki.

Na szczęście, już po kilku pierwszych minutach wiedziałam, że czeka nas szczęśliwe zakończenie. W rozmowie prym wiodła Kulesza. Jej dominacja była wyraźnie widoczna, ale jednocześnie niewymuszona, swobodna i kulturalna. Opowiedziała kilka ciekawych, zabawnych anegdotek, udzielała sensownych, rozbudowanych odpowiedzi na pytania prowadzącego oraz publiczności, a poza tym sprawiła wrażenie bardzo sympatycznej, otwartej i zdystansowanej do siebie osoby. Zero zadufania i gwiazdorzenia.

W sumie nie wiem, co miało największy wpływ na taki pozytywny przebieg rozmowy – czy wspomniana energia i dominujący charakter Kuleszy, czy dobre prowadzenie spotkania, czy może Maciejewski po prostu woli rozmowy z kobietami (o czym w sumie mogłyby świadczyć tematy jego książek). Najważniejsze, że efekt był mega pozytywny. Każdy z zaproszonych gości odpowiadał na swoje pytania i nie wcinał się w wypowiedź drugiej osoby, ale doceniam, że Maciejewski raz oddał nawet głos Kuleszy.


Spotkanie z twórcami filmu Soyer po przedpremierowym seansie



Film nawet mi się podobał i będę go bronić, o czym pisałam w podsumowaniu filmów obejrzanych na FKA (TUTAJ). Spotkanie natomiast było bardzo rozczarowujące. Rozumiem, że młodzi aktorzy mogą być strasznie podekscytowani faktem, iż udało im się pokonać w kastingu znajomych ze stiudiów i wystąpić w projekcie znanego reżysera (pan od Hiszpanki), jednak ich niejednokrotne wracanie do tej historii stało się w którymś momencie irytujące i męczące. Nie wyglądało to też ani wiarygodnie, ani naturalnie, zalatywało raczej szczeniackim wazeliniarstwem. Postaci, które młodzi aktorzy zaprezentowali na ekranie były o wiele ciekawsze, niż ich odtwórcy w spotkaniu na żywo. Poza tym, polecam trochę więcej pokory i dystansu do siebie, bo obrastanie w piórka już na samym początku kariery nie wróży niczego dobrego.


Kim jest producent kreatywny? 

Spotkanie z Darkiem Dikti po seansie filmu Beksińscy. Album wideofoniczny 

Prowadzenie: Błażej Hrapkowicz



Zarówno film, jak i spotkanie po nim wspominam bardzo pozytywnie. Chociaż rozmowa przebiegała w ciekawym, sensownym tonie przede wszystkim na początku, czyli pomiędzy prowadzącym, a gościem. Gdy głos został oddany publiczności, z sali zaczęły padać dość dziwne i niezrozumiałe dla mnie pytania, a nawet oskarżenia wobec twórców. Wywnioskowałam z nich tyle, że dokument o Beksińskich jest wątpliwy etycznie, gdyż jego bohaterowie nie mieli możliwości obrony, ani przekazania swojego punktu widzenia. Trochę bez sensu, prawda? Idąc tym tokiem myślenia powinniśmy zaniechać tworzenia wszelakich dokumentów historycznych. Nie wnikam. Pan Dikti okazał się jednak kulturalnym, opanowanym człowiekiem, który grzecznie, ale stanowczo odpowiadał ucinając te nielogiczne zarzuty.



Podsumowując: spotkania oceniam 7/10 :D 



poniedziałek, 23 października 2017

Filmy na 8. Festiwalu Kamera Akcja



Z każdej Kamery Akcji wracamy z innymi wrażeniami, spostrzeżeniami i skojarzeniami. Tegoroczny festiwal będziemy wspominać przede wszystkim, jako obfitujący w bardzo dobre seanse. Z harmonogramu udało nam się wybrać (w większości) takie filmy, o których, aż miło jest pisać. Przygotujcie się więc na sporą dawkę miodu poniżej.  



[Minirecenzje by Agata, ale nasze oceny są jak zwykle zbliżone, a niejednokrotnie nawet identyczne.]

Według kolejności oglądania:


Lady M. – Bardzo pozytywne zaskoczenie. Idąc na ten film nie miałam żadnych wygórowanych, ani sprecyzowanych oczekiwań. Lady M. okazał się niespiesznym, ale wciągającym tytułem z intrygującą bohaterką na pierwszym planie. Dobrze wyważone połączenie romansu z thrillerem z proporcjonalną dawką jednego i drugiego. 7/10

Odwet – Temat często przewijający się we współczesnym kinie, czyli prześladowanie homoseksualistów w szkole. Oczywiście nie jestem za tym, żeby bagatelizować sprawę, ale kompletnie nie widzę sensu w tworzeniu kolejnych filmów, które praktycznie nie niosą za sobą żadnego nowego przekazu. Odwet jest zły przede wszystkim ze względu na bijącą po oczach przesadę. Zostały tutaj wrzucone chyba wszystkie możliwe stereotypy, które zobrazowano w tak niesamowicie karykaturalny i łopatologiczny sposób, że momentami film był po prostu śmieszny (nie mylić z zabawny). Świadczyły z resztą o tym reakcje widzów, którzy momentami nie mogli powstrzymać się od szyderczego rechotu. Ja sama ograniczyłam się do niejednego wzniesienia brwi, ale im dalej brnęliśmy w te bzdury, tym silniejsze miałam wrażenie, że za chwilę będę musiała ich szukać pod sufitem. Żenująco prosty i zero-jedynkowy tytuł. Jedyny nieudany seans podczas festiwalu. 4/10

Soyer – Tego filmu byłam chyba najbardziej ciekawa. Niezmiennie (i mimo wszystko) bardzo kibicuję polskiej kinematografii, więc nic dziwnego, że staram się śledzić poczynania nie tylko znanych twórców kina, ale również tych, którzy właśnie wkraczają na rynek. Soyer, to praca dyplomowa studentów Wydziału Aktorskiego w Łodzi i właśnie dlatego przymykam oko na pewne, może nawet i liczne jego niedociągnięcia. Film składa się z trzech części podzielonych według trzech głównych bohaterów. Najbardziej podobał mi się pierwszy rozdział – najzabawniejszy i trochę irracjonalny, jak jego tytułowy bohater. Chociaż w Soyerze widać niski budżet, niewielkie doświadczenie aktorów oraz kulejący pomysł na scenariusz ostatniej części (ale to akurat wina reżysera i scenarzysty Łukasza Barczyka), to i tak będę bronić tego tytułu. Przecież nie ma na świecie osoby, która w pierwszym miesiącu swojego życia zawodowego już mogłaby nazywać siebie specjalistą z dziedziny, którą szlifowała i poznawała w teorii przez kilka lat studiów. A jeśli komuś się wydaje, że jest takim specjalistą, no to... mu się wydaje.  6/10.

Beksińscy. Album wideofoniczny – Jeden z najciekawszych dokumentów, jaki widziałam w ostatnim czasie. Niesamowicie intymny, momentami wywołujący uczucie niezręczności, jakbyśmy byli bezwstydnymi podglądaczami wtykającymi nos w nie swoje sprawy i problemy. Doskonałe dopełnienie dla seansu Ostatniej rodziny. 8/10

Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem – Fantastyczne emocje, dzięki którym pierwszy raz w życiu oglądając mecz poczułam coś innego, niż totalne i niepohamowane znudzenie. I powiem głośno, że mogę nawet zostać wielką fanką sportu (dowolnej dziedziny), jeśli tylko będzie mi go serwować Janus Metz (reżyser). Wiem, że nie jestem oryginalna, bo mówią o tym wszyscy, którzy film już widzieli, ale muszę podkreślić, że aktorzy są tutaj PRZEGENIALNI. Sverrir Gudnason, jako Borg, który jest wyważony na zewnątrz, bardzo powściągliwy w okazywaniu emocji, ale zarazem skrajnie wyczerpany z powodu nieustannego i gigantycznego stresu oraz fizycznego wycieńczenia. Shia LaBeouf, jako McEnroe, czyli nieokiełznany narwaniec, zapaleniec, nerwus, który na korcie zachowuje się, jakby cierpiał na Zespół Tourette'a. A także Tuva Novotny, jako narzeczona Borga - to, jak przeżywała razem z nim dosłownie każde odbicie piłki, każdą sekundę przed, w trakcie i po meczu, to coś niewyobrażalnego. Poza tym, film bardzo wymownie ukazuje dwa skrajne oblicza rywalizacji. Po jednej stronie mamy uwielbianego przez tłumy faworyta, którego paraliżuje strach na samą myśl o tym, że mógłby zawieść tych wszystkich dopingujących go ludzi. Po drugiej stronie - osamotniony, nielubiany, dopiero wspinający się na szczyt sportowiec, który ma świadomość tego, że zdecydowana większość osób śledzących jego poczynania skupia swoje myśli wyłącznie na tym, aby poniósł on sromotną porażkę. Niby dwa totalnie różne położenia, ale tak naprawdę i jedno i drugie mogłoby doprowadzić kogoś niewprawionego w boju do obłędu. 8/10


VHS Hell – Polowanie na roboty - Pokaz z lektorem na żywo. Takich filmów nie ocenia się według tradycyjnej skali. Im bardziej absurdalnie, nielogicznie, kiczowato i tanio - tym lepiej. Sam film taki właśnie był, ale lektor w tym roku jakoś nie wspiął się na wyżyny swoich umiejętności (mam porównanie do zeszłego roku). Jednak wybaczam i na następnej Kamerze Akcji zapewne znów zasiądę o północy na jednej z sal kinowych, by czekać na kolejne uderzenie nonsensów. 

O spotkaniach, w których uczestniczyłyśmy w Łódzkim Domu Kultury w następnej części :D





poniedziałek, 16 października 2017

8.Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja – Zapowiedź



Piąty rok z rzędu obieramy kierunek na Łódź i mamy plan fantastycznie się bawić na festiwalu, który jest uwielbiany przez liczną grupę blogerów filmowych, w tym oczywiście również przez nas. Wolne w pracy mamy zaklepane już od bardzo dawna, bilety na PKP kupione, harmonogram przejrzałyśmy nie jeden raz i tylko czekamy na to, żeby torby same się spakowały.

Mimo, że FKA to dla nas przede wszystkim możliwość spotkań z ulubionymi blogerami, niezliczonych rozmów stricte i okołofilmowych, a także kulturalnych wieczorów przy filiżance kawy ;), to rzecz  jasna, chcemy także czerpać z tego, co w tym roku przygotowali organizatorzy. Poniżej zdradzamy Wam, jak wygląda nasz plan działania:

FILMY. Filmy przede wszystkim!



  • Lady M. – Wielka Brytania, XIX w. Młoda Katherine wychodzi za mąż za starszego, bogatego właściciela ziemskiego, który traktuje ją przedmiotowo. Film ma przedstawiać jej wewnętrzną przemianę (szok ;)).


  • Porto – Jake i Mati, to dwoje outsiderów mieszkających w portugalskim Porto, między którymi doszło kiedyś do intymnego, ale krótkiego kontaktu. (...) Poszukując jednocześnie radosnych i bolesnych wspomnień bohaterowie przeżywają zaskakujące spotkanie, podczas którego czas zatrzymał się dla nich na jedną noc. Opis: Filmweb


  • Soyer – Film zrealizowany, jako dyplom studentów Wydziału Aktorskiego studiujących w latach 2013-2018. Sądzę, że będzie to jedna z nielicznych okazji, by zobaczyć ten film nie tylko w kinie, ale w ogóle, więc nie mogę sobie odmówić takiego seansu. Zwłaszcza, że poprzedni (i prekursorski) tytuł zrealizowany na analogicznych zasadach, tj. „Śpiewający obrusik” bardzo mi się podobał. Trzymam mocno kciuki za nowe, aktorskie pokolenia. (AGATA)


  • Beksińscy. Album wideofoniczny – Dokument ukazuje życie rodziny Beksińskich za pośrednictwem prywatnych materiałów dźwiękowych i filmowych. Opis: Filmweb.


  • Borg/McEnroe – Film o tenisistach. Mówią, że fenomenalnych tenisistach. Liczę na kawał konkretnego kina.


SPOTKANIA:

Aktor a krytyk. Agata Kulesza i Łukasz Maciejewski - Tym razem zainteresowało nas jedno spotkanie, ale liczymy, że będzie ono naprawdę wyjątkowe i obfitujące w wiele ciekawych pytań i jeszcze ciakawszych odpowiedzi. Aby móc być świadkiem tego wydarzenia, należy wcześniej zapisać się u organizatorów.

Więcej o gościach Festiwalu znajdziecie TUTAJ

A terminarz wszystkich spotkań wraz z informacją, jak się zapisać TUTAJ

VHS HELL: Mutant Hunt – To kolejna nasza tradycja związana z FKA. Pokaz znów o północy i oczywiście z lektorem na żywo. Nastawiamy się na solidny mindfuck :D




Tabela z całym harmonogramem dostępna TUTAJ


Ze względu na to, że nadal nie potrafimy być w dwóch miejscach na raz, zapewne nie uda nam się wcisnąć do planu nic więcej :( Zachęcamy Was jednak do dokładnego zapoznania się z harmonogramem, być może Waszą uwagę przykują inne atrakcje, np.:

Wielki Test o Łodzi Filmowej - info TUTAJ

Panele dyskusyjne - info TUTAJ

Warsztaty - info TUTAJ

Konkurs Etiud i Animacji - info TUTAJ


Do zobaczenia na miejscu! 






środa, 11 października 2017

Twój Vincent




Tym razem nie jestem w stanie nie przyłączyć się do tych wszystkich „ochów” i „achów”. Pierwsza na świecie pełnometrażowa animacja namalowana farbami olejnymi brzmi dla mnie niewyobrażalnie kosmicznie. Efekt jest piorunujący, bo film, to suma około 65 tysięcy ręcznie malowanych klatek, nad którymi pracowało ponad 120 artystów. Na uwagę zasługuje tutaj dosłownie wszystko, m.in. doskonale dobrani aktorzy (fizycznie podobni do postaci z oryginalnych obrazów van Gogha), którzy zagrali poszczególne sceny, a te zostały następnie odmalowane klatka po klatce. Dbałość o detale jest wręcz niesamowita – twórcy pomyśleli nawet o takich „błahostkach”, które wykonują bohaterowie animacji, jak np. odpinanie guzika marynarki podczas siadania, czy delikatne poprawianie ronda kapelusza (!!!).

Oprócz pięknej strony artystycznej, film broni się również ciekawą, nieco detektywistyczną fabułą. Razem z głównym bohaterem próbujemy dowiedzieć się, jakie były przyczyny samobójstwa malarza. I czy aby na pewno było to samobójstwo? Może i nie jest to kontrowersyjny, efekciarski dreszczowiec z zawiłą intrygą na pierwszym planie, ale temat został przedstawiony interesująco, sensownie i w sposób, który przyswoją nawet osoby kojarzące nazwisko van Gogh jedynie z brakiem jednego ucha.

Do oglądania zachęcam dosłownie wszystkich, bez względu na jakiekolwiek podziały. I nawet, jeśli jesteś osobą, która kompletnie nie fascynuje się malarstwem, a w muzeum nie była od czasów szkolnych – to naprawdę nic nie szkodzi!

Liczę też na to, że wreszcie doczekamy dni, gdy na hasło „poski film” pierwszym skojarzeniem u większości Polaków nie będzie już tylko „Tylko mnie kochaj”, „Nie kłam, kochanie”, czy samo „Kochaj”.


9/10  



niedziela, 8 października 2017

Międzyblogowe podsumowanie września’17 w kinie



 .



Kilka dni temu Michał z Tako rzecze Wiking zaprosił nas do ciekawej, międzyblogowej inicjatywy, do której bez chwili wahania się przyłączyłyśmy. I w ten oto sposób, począwszy od września br., będziemy Wam prezentować comiesięczne podsumowania kinowe. Akcja ta sprawia nam niesamowicie wiele frajdy zwłaszcza, że współtworzymy ją w wąskiej grupie blogerów filmowych, z którymi przyjaźnimy się już od kilku lat.

Klikając na zdjęcie powyżej, lub TUTAJ zostaniecie przekierowani na Tako rzecze Wiking, gdzie znajduje się nasze pierwsze zestawienie. Kolejne będziemy zamieszczać naprzemiennie na naszych blogach, czyli u:

Nas  :)


Kolejność blogerów-gospodarzy, jak i sama formuła przedstawienia zestawienia może z czasem ulegać zmianom. Tak naprawdę dopiero eksperymentujemy z tym pomysłem, więc będziemy wdzięczni za wszystkie komentarze, wskazówki, uwagi itd. 


sobota, 16 września 2017

Tarapaty

Z kina familijnego wyrosłam jakiś (nawet całkiem spory) czas temu, a do współczesnych animacji nie mam ani zapału, ani motywacji, ani cierpliwości. Na Tarapaty dotarłam do kina tylko i wyłącznie dlatego, że nieustannie kolekcjonuję obejrzane filmy polskiej produkcji. Miło, że pomimo niesprzyjających warunków kinowych (szkolna, głośna wycieczka okupująca najwyższe rzędy, wychowawczyni biegająca od sali do sali, lub mająca problemy z pęcherzem, a do tego wołająca o pomstę do nieba matka, która trzymała nogi na fotelu przed sobą i zdecydowanie nie dawała dobrego przykładu swojemu zatopionemu w pudełku z popcornem synowi) film okazał się całkiem sympatyczny i lekkostrawny. 


W Tarapatach śledzimy wakacyjną, nieco kryminalną przygodę Julki (udany debiut Hanny Hryniewickiej), która z powodu zapominalstwa rodziców jest zmuszona zamieszkać na kilka dni u swojej sztywnej i zdystansowanej ciotki (Joanna Szczepkowska). Na pierwszy rzut oka motywem przewodnim filmu jest poszukiwanie materialnego i nie byle jakiego skarbu, bo Julka wraz z nowym kolegą, Olkiem (Jakub Janota-Bzowski), chcą odnaleźć mural Syrenki Warszawskiej, którego autorem jest Picasso. Jak się jednak z czasem okazuje, szukanie drogocennego skarbu można traktować dwojako - zarówno dosłownie (czyli właśnie materialnie), jak i bardziej metaforycznie i górnolotnie. Młodzi widzowie dostają więc minilekcję wychowawczą na temat ważności i wartości przyjaźni. Ładne to, a zarazem nienachalne i takie pocieszne. Dodatkowy plus za sprytny twist z bohaterami i antybohaterami, który dodaje nieco pikanterii tej z pozoru oczywistej opowieści ;) 

Tarapaty nie przyniosły wstydu. Dzieciakom chyba się spodobało (te, które siedziały na tej samej sali kinowej co ja, raz na jakiś czas się zaśmiały, były też momenty, gdy całkowicie przestawały gadać i słychać było jedynie, jak chrupią popcorn i siorbią colę), a dorośli nie umrą z nudów, ani z zażenowania. Mam nawet nadzieję, że po wielu latach posuchy polskie kino familijne wróci do łask. Pamiętam, że w dzieciństwie byłam fanką kilku starych, polskich filmów, ówcześnie współczesnych dla mnie seriali oraz książek polskich autorów. Nie da się ukryć, że z polskimi bohaterami oraz akcją, która działa się w dobrze mi znanych miejscach i realiach o wiele łatwiej było się zżyć i utożsamić. 

A Tarapaty, po dłuższym zastanowieniu, oceniam 6/10


czwartek, 14 września 2017

Powiernik królowej / Victoria and Abdul

Historia co prawda luźno, ale jednak oparta na faktach. Historia niezwykłej przyjaźni, która teoretycznie nie miała prawa się narodzić, a co dopiero rozwinąć! Historia królowej Wiktorii i jej hinduskiego sekretarza, Abdula Karima.


Doskonałe kreacje aktorskie. Zarówno Judi Dench w roli królowej Wiktorii, jak i Ali Fazal w roli Abdula Karima sprawdzili się rewelacyjnie. Czasami po prostu widać na pierwszy rzut oka, że coś między aktorami zaskoczyło w sposób, który pozwala im stworzyć duet idealnie zgrany. Tak jest właśnie w przypadku tej dwójki. Mimo, że mamy tutaj do czynienia z niesamowicie doświadczoną, przegenialną, niegwiazdorzącą gwiazdą gigantycznego formatu oraz tajemniczym, nierozpoznawalnym i stosunkowo młodym fircykiem. Być może właśnie to pomogło stworzyć aktorom tak wiarygodnie wypadającą na ekranie więź emocjonalną. W końcu mamy tutaj do czynienia niemalże z identycznym mezaliansem - aktorsko-prywatnie, jak i bohatersko-zawodowo. 

Początkowo, film ma ton typowo komediowy. Perypetie Wiktorii i Abdula są bardzo pocieszne, momentami urocze i rozczulające. Aż chciałoby się westchnąć klasyczne aaawwwwww. Jednak, im brniemy dalej, tym robi się poważniej, smutniej, bardziej nostalgicznie i wzruszająco. A używając tych przymiotników naprawdę nie robię tego bezmyślnie. Na sali kinowej siedzieli widzowie, którzy nie krępowali się łez i głośno pociągali nosem. I byli to zarówno widzowie nastoletni płci żeńskiej, jak i rośli, dorośli faceci. Nie oceniam, nie krytykuję i naprawdę tego nie wyśmiewam. To bardzo ładne i godne pozazdroszczenia, że w ludziach tkwią takie ogromne pokłady emocji.

Niestety, ja od zawsze mam problem z szybkim przywiązywaniem się do bohaterów, więc ich nawet najżałośniejszy los nie jest w stanie wywołać u mnie potoku łez. A to automatycznie pozbawiło mnie frajdy z seansu. Chociaż to chyba dość niefortunne stwierdzenie. Mimo wszystko film ogląda się naprawdę dobrze. Historia jest ciekawa. Aktorzy fantastyczni (będę to powtarzać, by wszystkim się utrwaliło). I ciekawe, różnorodne, prześliczne plenery. Polecam więc z czystym sumieniem, chociaż dla mnie jest to film jednokrotnego użytku, którego nie przeżywałam przesadnie długo.

7/10



sobota, 2 września 2017

Na pokuszenie / The Beguiled

Najnowszy film Sofii Coppoli, który zasłynął z tego, że jest najnowszym filmem Sofii Coppoli. I jeszcze z tego, że ma głośne nazwiska w obsadzie: Nicole Kidman, Kirsten Dunst, Elle Fanning oraz Collin Farrell, jako rodzynek.


Może jestem ignorantką, a może to "film dla wybranych", przy czym ja znów do tych wybranych nie należę, ale błagam niech mnie ktoś oświeci - skąd wzięły się wszystkie pochlebne recenzje pod adresem tego filmu? Jakie jest jego przesłanie i nad czym należy kontemplować po seansie? Po ładnej i nawet intrygującej pierwszej scenie zobaczyłam tylko niewielkie (wręcz minimalne) uzupełnienie zwiastuna, z którego już dawno wywnioskowałam coś w deseń #girlspower. Serio chodziło o to, żeby pokazać, że zarówno dojrzałe kobiety, jak i małe smarkule są łase jedynie na komplementy, adorację i podziw w oczach faceta, ale jeśli sprawy pójdą za daleko, to nagle stają się stadem oszukanych niewiniątek, więc tworzą zorganizowaną grupę modliszek? Zaznaczę to jeszcze raz: zarówno dojrzałe kobiety, jak i małe smarkule. Wszystkie mają to samo w głowie. Seeerioooo...?

No i pewnie znów wyszłam na antyfeministkę, która zamiast bronić wykorzystanych i wodzonych za nos kobiet, ciśnie im i je krytykuje, a tak naprawdę, to wszystko jest winą faceta, który zburzył ich spokojną egzystencję w niespokojnych czasach (w tle rozgrywa się wojna secesyjna). 

A btw. to na Filmwebie film został oznaczony m.in. jako western. Czego to nie zrobi jedna scena z kilkoma końmi.




Żeby nie było niedomówień - nie polecam.



sobota, 26 sierpnia 2017

Barry Seal: Król przemytu / American Made

Film prawie biograficzny, bo podobno dość luźno oparty na historii pilota-przemytnika. Mniejsza jednak o to, bo jeśli ktoś szuka wiarygodniejszej opowieści, to zawsze może sobie odpalić jakiś tematyczny dokument. Za to kinowy „Barry...” broni się wartką akcją, kilkoma naprawdę zabawnymi tekstami oraz dobrym Tomem Cruisem w roli głównej. A jeśli mówi to antyfanka tego pana, to znaczy, że komplement poleciał bardzo szczerze i bezinteresownie :D



Szkoda tylko, że film jest porównywany do „Wilka z Wall Street”, bo zdecydowanie działa to na niekorzyść „Barry’ego...” #teamleo. Nie da się jednak nie dostrzec pewnych wspólnych mianowników w tych właśnie tytułach. Cwaniaczkowaty główny bohater, który według najogólniej przyjętych kanonów moralnych powinien być określany mianem czarnego charakteru, jednak, jakieś takie sympatyczne usposobienie tego gościa w połączeniu z faktem, że największą szkodę przyrządza właściwie głównie sobie, sprawiają, że tego właśnie faceta nie da się nie lubić. Tak, cały czas mówię o bohaterze granym przez Toma Cruise’a (serio, o nim z sympatią!) nawiązując lekko do bohatera granego przez Leo DiCaprio w „Wilku...” (gdzie sympatia jest oczywistą oczywistością). I jeszcze odnośnie tych wspólnych mianowników, to nietrudno zauważyć, że humor w obu tych filmach również jest w podobnym tonie. Jednak, ze wzgędu na to, że „Barry...” jest tym drugim, to automatycznie staje się leciutko odgrzewanym kotletem. A poza tym, gdy są rozróby, niebezpieczne akcje, trochę strzelania, czasami trafia się nawet trup, to oznacza, że w takim filmie pojawienie się nudy nie ma racji bytu. I teraz uwaga! Faktycznie nudy tu nie ma!

Po uwzględnieniu licznych plusów i mniej licznych minusów dodam jeszcze, że i tak jest to jeden z najciekawszych tytułów w obecnym repertuarze kin, więc jeśli zależy Wam na obejrzeniu czegoś, byle było to coś na dużym ekranie, to polecam z czystym sumieniem lecieć na „Barry’ego”. O ile nie widzieliście jeszcze „Bodyguarda Zawodowca”, co by było skandalem.


7/10

czwartek, 10 sierpnia 2017

Advanced style




Na pytania o wiek bohaterki filmu odpowiadają różnie, ale zawsze pomysłowo, z przymróżeniem oka i w tonie czarnohumorzastym: „Jestem pomiędzy 50-tką, a śmiercią”, „Mam tyle lat, że nie ryzykuję już kupowania zielonych bananów”. Do swojego życia oraz planów na przyszłość podchodzą też z różnym nastawieniem. Niektóre chcą czerpać pełnymi garściami z tego, co może im jeszcze zaproponować świat, pragną poznawać, uczyć się, robić szalone rzeczy, których wcześniej nie doświadczyły. Są też takie, które spokojnie przyjmują każdy nowy dzień i chcą cieszyć się wyłącznie chwilą obecną, bo uważają, że zrobiły i zobaczyły już tyle fantastycznych rzeczy oraz miejsc, że nie ma sensu więcej się szarpać przy wymyślaniu nowych misji. Jednak, każda z bohaterek filmu ma swój jedyny na świecie, wyjątkowy, niepowtarzalny, odważny, optymistyczny i jak dla mnie – dziwaczny, ale przeuroczy - Advanced style. Styl tak samo, a może i jeszcze bardziej zaawansowany, niż ich biologiczny wiek.

Już naprawdę dawno nie widziałam tak pozytywnego, pociesznego i napawającego otuchą dokumentu. Uwielbiam dosłownie każdą z tych sympatycznych, starszych dam! Zazdroszczę im odwagi, ale jednocześnie jestem świadoma, że miasto, w którym żyją (Nowy Jork - szok) pomaga im nieskrępowanie wyrażać swoją osobowość. Patrząc na te panie można mieć wrażenie, a może nawet i pewność, że ich jaskrawy, pozbawiony nudy wygląd zewnętrzny jest odbiciem lustrzanym ich wnętrza. 

Strasznie żałuję, że dokument ten nie trafił jeszcze do szerokiej dystrybucji w naszym kraju. Wypatrujcie go na festiwalach, bo naprawdę warto!



czwartek, 3 sierpnia 2017

21 x Nowy Jork

Czy da się zrobić film dokumentalny (pozostańmy na moment przy tym słowie, bo z tego, co wiem, to dokumentalny może sugerować, że na faktach) o smutasach w Nowym Jorku? Da się! Wystarczy tylko za kamerą usadzić Polaka.



No bo serio Panie Stasik? Przedstawiasz nam 21 mieszkańców właśnie tego miasta i tylko jedna dziewczyna zdradza, że jest taka szczęśliwa, że aż pyta nas widzów, czy to jest w ogóle możliwe? To chyba mamy na myśli dwa zupełnie różne Nowe Jorki.

Ok, wiem, że zawsze trzeba pamiętać o tym, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Najwidoczniej Stasik siedzi zupełnie gdzie indziej, niż ja, ale po prostu nie kupuję tego, że wszyscy (niezależnie od wieku, płci, orientacji, pochodzenia, wykonywanej profesji) za największy życiowy cel obierają to, żeby doświadczyć miłości fizycznej. Bo inaczej nie ma powodu do radości. Zarówno zawodowo, jak i prywatnie, liczy się tylko seks. Nawet, jeśli ktoś się przed nim wzbrania i jest pewien, że nie tylko o to mu w życiu chodzi, to sam siebie okłamuje, bo kończy się na jednym. Nigdy, ale to przenigdy nie przekonuje mnie taka zero-jedynkowość. Równie bardzo nie znoszę uogólniania. W przypadku tego dokumentu ukłuło mnie to tym bardziej, że jak wskazuje sam tytuł, nie mamy w filmie do czynienia, ani z jednostkowym bohaterem, ani nawet z małą grupą społeczną.

Natomiast, gdyby skupić się na kwestii technicznej filmu, to muszę przyznać, że naprawdę spodobała mi się zastosowana klamra i w ogóle pierwsza i ostatnia scena są naprawdę ładnie i zapewne "nie po łebkach zrobione". A narracja temu towarzysząca też jak najbardziej na plus.


Mimo wszystko - pozostawiam bez oceny.

środa, 2 sierpnia 2017

Ni Się Tu Nie Dzieje – zapowiedź wydarzenia!

Druga edycja poznańskiego wydarzenia Nic Się Tu Nie Dzieje wystartuje już 04.08. i potrwa do 08.08. Wyczekuję naprawdę niesamowicie bardzo, ponieważ w zeszłym roku organizatorzy wykonali fantastyczną pracę i skutecznie rozruszali kulturalną stronę Poznania. 



Jeśli ktoś z Was nie słyszał jeszcze czym właściwie jest frywolnie nazwane NIC..., to podążając za organizatorem:

Inicjatywa trzech poznańskich kin, która wygrała plebiscyt magazynu IKS w kategorii Wydarzenie Kulturalne 2016 powraca. W tym roku #NIC rozszerza pole działania na poznańskie dzielnice. Poza angażującymi wydarzeniami w kinach Muza, Pałacowym i Rialto zaplanowano warsztaty, animacje, koncerty i pokazy plenerowe w różnych częściach miasta. Drugi rok z rzędu poznańskie kina łączą siły ubarwiając letnią ofertę kulturalną Poznania.


I właśnie w związku z tym piątkowe premiery filmowe przechodzą na dalszy plan, bo w Muzie, Pałacowym i Rialto będziemy mieć naprawdę sporo ciekawych rzeczy do zrobienia. Przedpremiery, spotkania z artystami, pokazy z muzyką na żywo, kino w plenerze, tańce, warsztaty i duuuużo więcej :) 

A cały program możecie pobrać TUTAJ


niedziela, 23 lipca 2017

Dunkierka / Dunkirk

Oczekiwania miałam nieśmiało siódemkowe, a tutaj takie zaskoczenie! Muszę stwierdzić, że jedyne niespodzianki, jakie lubię, to właśnie te, które od czasu do czasu serwuje mi kino.



Po pierwszej scenie pomyślałam sobie: "tej, to jest całkiem dobre". Kilka minut później: "tej, to jest NAPRAWDĘ DOBRE". A przez całą resztę seansu nie miałam już czasu szacować, czy to jest dobre, czy rewelacyjne. Pochłonięta fabułą skupiałam się jedynie na tym, by ograniczyć do minimum mruganie i czerpać wszystkimi zmysłami z tego, czego stałam się naocznym świadkiem. 

IMAX, moi drodzy! IMAX koniecznie!! Każdy dźwięk jest tutaj tak przejmujący, że niejednokrotnie nabawiłam się gęsiej skórki. I chociaż nie cierpię tego uczucia, to zawsze, gdy się ono pojawia, mam gwarancję, że doświadczam czegoś naprawdę ponadprzeciętnego. 

Dunkierka jest dla mnie filmem - fenomenem. Niektóre zarzuty kierowane pod jej adresem, w moim odczuciu są bardzo dużymi plusami. Jak chociażby brak jednej, głównej, centralnej postaci. Toż to doskonałe i niesamowicie pomysłowe rozwiązanie. Wszyscy ci mężczyźni, których widzimy na ekranie, to nie jest jakiś tam tłum. Ich życie nie jest kalkulowane na zasadzie: "jeden w tą, czy kilku w tamtą, bo i tak są ich tysiące". Każdy z nich miał swój własny mały świat, do którego chciał wrócić. Każdy z nich marzył po prostu o tym, żeby przeżyć. Obserwując ich na ekranie nie da się tego nie poczuć. Wiemy, że temat nie dotyczył jednego bohatera, a całej rzeszy ludzi. A jednocześnie nie śledzimy anonimowego zbiorowiska, a widzimy ogromną liczbę pojedynczych dusz. Niesamowite w tym wszystkim jest to, że cel taki został osiągnięty bez sztucznego patosu i kiczowatości. Niespotykane, godne podziwu i zapamiętania.

Jako osoba nieznosząca nadmiernego bełkotu i gadania dla samej idei gadania - jak to odbywa się np. u "mędrca" Allena - po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że nie trzeba wyrzucać z siebie tysiąca słów na pół sekundy, by przekazać ogromną ilość ważnych informacji. Nie pamiętam kiedy ostatnio oglądałam film, w którym jest tak mało dialogów. A mimo wszystko, albo właśnie dzięki temu nowe dzieło Nolana jest naprawdę wymowne, zrozumiałe i przejmujące. Zbędne słowa są zastąpione nerwowymi dźwiękami (tykający zegar słyszę do teraz), wzruszającymi gestami (piloci), bogatą mimiką (Komandor Bolton - ten na molo, no i oczywiście Tom Hardy). A jedno, krótkie "TAK" wyraziło więcej, niż tysiąc słów i zapewne zdziałało więcej, niż długie godziny spędzone na kozetce u psychologa.

I jasne, że nie mogłam nie poświęcić chociaż jednego, króciutkiego akapitu wyłącznie dla Hardy'ego. Nie mam pojęcia, jak ten człowiek to robi, że niby robi niewiele, a tak naprawdę odwala rewelacyjną robotę. Za każdym razem wierzę, ale tak totalnie wierzę w jego bohatera. I pilot Farrier na pewno nie jest wyjątkiem od tej reguły.

Gdyby Wam było jeszcze mało zachęt, to na zakończenie dodam, że jednym z bohaterów Dunkierki jest pewien starszy pan, który na swoim niewielkim jachcie wyczynia prawdziwe cuda. I zrobiło mi się tak jakoś optymistyczniej i pogodniej, gdy zobaczyłam przykład starszawego człowieka, którego życiowe doświadczenie zaowocowało niesamowitą mądrością, a nie frustracją, egoizmem, niskim ego i starczą demencją. I troszeczkę wróciła mi wiara w to, że można być umęczonym życiem człowiekiem w podeszłym wieku, podejmującym racjonalne decyzje, które nie krzywdzą drugiej osoby, a wręcz przeciwnie - owocują czymś pięknym. 

Mimo, że Dunkierka nie jest idealną propozycja na leniwą, wakacyjną niedzielę (czy też inny dzień tygodnia), to i tak będę gorąco namawiać do wybrania się do kina na ten właśnie film. 


Ocena za seans w IMAXie: 9/10 (moja druga dziewiąteczka w tym roku!).


niedziela, 16 lipca 2017

Aż do kości / To the Bone

Kolejna pełnometrażówka Netflixa, która kręci się wokół jedzenia. Jednak tym razem na tapetę wzięto nie tylko wstręt do spożywania mięsa, a do spożywania czegokolwiek. 



Film, którego główną bohaterką jest 20-letnia anorektyczka, ani nie szokuje, ani nie powala na kolana. Bardziej wygląda mi on na jakąś formę autoterapii dla reżyserki (Marti Noxon) oraz odtwórczyni głównej roli (Lily Collins), które podobno w przeszłości zmagały się z tą chorobą, niż na lekcję, lub przestrogę dla ludzi z jadłowstrętem. 


Jako minispojlerek dodam, że w filmie znajduje się dziwna scena, w której matka postanawia nakarmić swoją dorosłą córkę, co chyba ma być przełomowym momentem dla nich obu. W moim odczuciu było to tak bardzo creepy, że w ogóle nie potrafiłam skupić się na "podniosłości" tego momentu. 


A może po prostu nie wczułam się w problem i spoglądałam na ekran cynicznym okiem, w dodatku znad tabliczki Milki.

środa, 12 lipca 2017

Okja

Po pierwszych scenach - bardzo klimatycznych, a wręcz baśniowych - miałam wrażenie, że obejrzę rasowego przedstawiciela kina familijnego. Jednak, im dalej w las... a właściwie odwrotnie, bo im dalej od lasu, tym atmosfera staje się coraz bardziej gęsta, a temat poważnieje z minuty na minutę.



W najnowszym filmie Joon-ho Bonga poruszonych zostaje sporo aktualnych, istotnych i drażliwych kwestii. I tak, obserwujemy tutaj m.in. głupiejące społeczeństwo, któremu można wszystko podsunąć pod nos, jako rozrywkę - ważne, żeby było kolorowo, głośno, z fetą i na szeroką skalę. Mamy rosnący problem głodu, który o ironio wcale się nie zmniejsza, mimo że wielu z nas jest mistrzami w marnowaniu jedzenia. Śledzimy też mocny, zero-jedynkowy apel miłośników zwierząt z niesamowicie łopatologicznym zobrazowaniem ich ideologii. A przez cały seans nie zapominamy, co jest tematem przewodnim i obserwujemy bohaterów, których łączy bezgraniczna, najważniejszej na świecie przyjaźń. Piękne to i uniwersalne zarazem.

Chociaż nie należę do gorliwych obrońców  zwierząt, nie pielęgnuję żadnej ludzko-zwierzęcej przyjaźni, ani tym bardziej nie jestem wegemaniakiem, to mimo wszystko są pewne obrazy i zjawiska, które nawet mnie poruszają i chociaż nie dotykają bezpośrednio, to bolą od samego patrzenia. Myślę, że każdy pozbawiony psychopatycznych skłonności człowiek, odbierze ten film w podobny sposób. Żądza pieniądze rośnie w siłę, ludzkie okrucieństwo nie zna granic, a obie te sprawy napędzają siebie nawzajem, co prowadzi do błędnego koła, które coraz szybciej mknąc, coraz bardziej wymyka się spod naszej kontroli.

Karykaturalne osobowości, niczym czarni bohaterowie z „Igrzysk śmierci”; przedstawione magiczne relacje przypominające te z „Życia Pi”; silna, dziecięca przyjaźń, jak w „Moście do Terabithii”. To wszystko sprawia, że „Okja” niesamowicie działa na wyobraźnię.

To jeden z tych obrazów, który bardzo chętnie obejrzałabym na dużym ekranie. I chociaż zapewne po raz drugi opowiedziana w nim historia nie poruszy mnie równie mocno, to ze względów artystycznych nie mogłabym odmówić sobie takiego seansu. Nigdy w życiu nie oglądajcie tego z dziećmi! Chyba :D 

sobota, 3 czerwca 2017

AfryKamera, 27.05.-01.06.2017, Poznań

Sześć dni z kinem afrykańskim minęło błyskawicznie, a zdecydowana większość filmów, które miałam szczęście obejrzeć w trakcie tegorocznego Festiwalu idealnie trafiła w mój gust. Ostatnio mocno zaniedbałam oglądanie dokumentów, dlatego tym bardziej cieszę się z każdego obejrzanego w ramach AfryKamery. Jednak, to fabuły naprawdę skradły moje serce. Mocne, wstrząsające, wyraziste dramaty - to one dostarczają mi emocji, dzięki którym wiele lat temu pokochałam kino. W trakcie Festiwalu doskonale sobie o tym przypomniałam. 



Poniżej zestawienie kilku najlepszych filmów, zaczynając od mojego NAJ:


1. "Mów mi złodziej" / "Noem My Skollie"; RPA, 2016


Historia czwórki przyjaciół, którzy po dramatycznym i przerażająco wstrząsającym doświadczeniu jednego z nich - Abrahama - postanawiają założyć własny gang. Mimo, że decyzję tę podejmują mając zaledwie kilka/kilkanaście lat, to przez ani jedną sekundę istnienia swojej chuligańskiej grupy nie traktują jej, jako zabawę. Kiedy pewnego dnia z pozoru łatwa akcja kończy się fiaskiem, Abraham wraz z jednym z przyjaciół trafiają do więzienia. Tutaj czekają ich przerażające lekcje życia oraz liczne próby charakterów. Męsko-męskie gwałty, upokorzenia, poznawanie swojego miejsca w szeregu - to ich nowa codzienność. 
Film jest określany mianem nieoficjalnej autobiografii scenarzysty. 
8/10

2. "Ciało obce" / "Corps estranger"; Tunezja, Francja, 2016


Reżyserka Raja Amari w sposób nieoczywisty, a nawet prekursorski przedstawiła życie uchodźców w Paryżu. To niesamowite, że z tak politycznie przesiąkniętym tłem udało się jej przedstawić przede wszystkim historię i wzajemne relacje trójki głównych bohaterów. Można by nawet powiedzieć, że trójkąta głównych bohaterów. 
Stylistyką "Ciało obce" przypomina mi nieco "Wyśnione miłości" Dolana, więc może dlatego, tak pozytywnie odebrałam ten film.
Aktorsko - mistrzostwo świata!
7.5/10

3. "Przeklęci" / "The Cursed Ones"; Wielka Brytania, Ghana, 2015


Chociaż akcja filmu toczy się w fikcyjnym miejscu i przedstawia losy fikcyjnych bohaterów, to reżyser ( Nana Obiri Yeboah) zaznacza, że inspirował się faktami. Każdego roku w zachodniej Afryce tysiące dzieci zostaje oskarżanych o uprawianie czarnej magii, torturowanych, a nawet zabijanych. 
W "Przeklętych" na pierwszy plan zostaje wysunięta historia 15-letniej dziewczyny, która podziela losy wspomnianych wyżej dzieci. Jednak na całość składa się więcej elementów: fanatyzm religijny, korupcja, żądza władzy. Ogromny plus za odważny i nieoczywisty zwrot akcji!
Słabe aktorstwo niestety nieznacznie psuje seans. 
7/10


4. "Maloya"; Reunion, 2016


Dokument o muzyce i stylu tańca (to tytułowa Maloya) wywodzącym się z wyspy Reunion. Charakteryzuje się krótkim, rytmicznym tempem oraz tekstami śpiewanymi po kreolsku. Maloya, która obecnie uznawana jest za symbol oporu przeciw władzy, przez wiele lat była zakazana oraz uznawana za niebezpieczną, wprowadzającą w trans i obfitującą w mistyczne doznania.
6/10

4. "Bi Kidude na celowniku" / "I Shot Bi Kidude", Wielka Brytania, Tanzania, 2015


Dokument o Bi Kidude określanej mianem "najstarszej wokalistki na świecie", "skarbem narodowym", a nawet "towarem eksportowym Tanzanii". W swojej muzyce podkreślała m.in. swój sprzeciw wobec nierównościom społecznym oraz opresji kobiet. Do bardzo późnej starości koncertowała na całym świecie, była również u nas :)
Bardzo ciekawie poprowadzona narracja - reżyser w interesujący sposób zapętla przedstawioną przez siebie opowieść. Dzięki temu wraz z nim widz może uczestniczyć w swoistym śledztwie, próbującym określić okoliczności i pobudki nietypowego porwania "babci Zanzibaru" przez jej dalekiego krewnego.
6/10


Tegoroczna AfryKamera była moją drugą. Pamiętam dokładnie, że rok temu, wzięłam w niej udział, tak jakby eksperymentalnie i z ciekawości. Teraz (już!) z sentymentu i (przede wszystkim) ogromnej słabości do seansów w kinach studyjnych. Jestem przekonana, że na przyszłoroczny Festiwal będę biegła w podskokach, niecierpliwie odliczając przed nim dni.

Kino Muza w Poznaniu - SERDECZNIE DZIĘKUJĘ za możliwość uczestniczenia w tym wyjątkowym, obfitym w mocne wrażenia oraz niesamowicie poszerzającym moje kinowe horyzonty Festiwalu.



czwartek, 25 maja 2017

Festiwal Afrykamera 2017 - Zapowiedź

 27.05.-01.06.2017, Kino Muza w Poznaniu




To już 12. odsłona Festiwalu AfryKamera, która w tym roku dedykowana jest Ghanie.

Projekcje filmów odbywają się w ośmiu miastach Polski, a u nas w Poznaniu - w Kinie Muza. Łącznie widzowie z całego kraju będą mogli wybierać spośród ponad 20. filmów fabularnych i dokumentalnych. 
Ja już odebrałam swoje wejściówki i w planach mam m.in. następujące tytuły:
"Ciało obce", "Przeklęci", "Pociąg soli i cukru", "Malyoa", "Bi Kidude na celowniku", " Opowieść Ugandyjska". 
Szczegółowy repertuar dostępny na stronie Kina 

Krótko o idei Festiwalu (za organizatorem):

Celem Festiwalu jest przybliżanie największych osiągnięć Afryki w zakresie kina, co pozwala na bieżące obserwowanie rozwoju kontynentu w tym sektorze oraz przełamywaniu nieprawdziwego stereotypu, że Afryka jest kinową pustynią. Dotyczy to nie tylko dorobku ostatnich kilku lat, również przybliżaniu nieznanej, a wielce wartościowej twórczości klasyków tego regionu. Dodatkowo dążymy do przybliżania znajomości specyfiki kinematograficznej regionów afrykańskich oraz do przedstawienia i rozjaśniania jak lokalne różnice kulturowe potrafią znacząco wpływać na język kinowy i specyfikę twórczości.


Czyli wiecie co robić! Przez najbliższy tydzień możemy wpaść na siebie w Muzie :) 

sobota, 20 maja 2017

Jutro będziemy szczęśliwi / Demain tout commence



Zwiastun, którym kina zasypywały widzów przez ładnych parę miesięcy, zapowiadał coś zupełnie innego. Ot, kolejna, niezobowiązująca, lekka, łatwa i przyjemna w odbiorze komedia. Temat też nieszczególnie oryginalny – młoda mama nie chce dziecka, więc w nieelegancki sposób pozostawia je w ramionach ojca. Po czym znika na osiem lat. Zszokowany i nieobyty w temacie tatuś ma przez to niezłą zagwostkę, co prowadzi do wielu komicznych sytuacji. Ok, tak wygląda ta wesoła część. Gdy jednak starzejemy się wraz z bohaterami o wspomnianych osiem lat, to wpadamy w wir coraz to dramatyczniejszych wydarzeń.



Na temat „Jutro będziemy szczęśliwi” odbyłam kilka ciekawych rozmów z kilkoma znajomymi (również ciekawymi). Wszyscy jednogłośnie zachwalali zaskakujący zwrot akcji na samym końcu historii. Muszę przyznać, że ja też. Moją uwagę zwróciło jednak narzekanie jednej z osób na to, że w filmie był o jeden zwrot akcji za dużo. Znajomy nie potrafił sprecyzować, o który, ale o jeden na pewno. Muszę przyznać, że z tym już się nie zgadzam. Lubię takie skakanie po fabule, bo zazwyczaj idzie też za tym skakanie po emocjach widza. A co się z tym wiąże – mamy wartką akcję. I tutaj ona również była!

Wzruszam się naprawdę baaardzo rzadko, zwłaszcza na filmach, ale jeśli już mi się to zdarza, to z powodu zupełnie innych sytuacji i splotów zdarzeń, niż w „Jutro będziemy szczęśliwi”, gdzie sercowym ściskaczem został temat-pewniak, czyli choroba. Ale podtrzymując to, co napisałam zdanie wcześniej – to nie do końca moje klimaty i więcej emocji wzbudziła we mnie piosenka Leona Bridgesa na napisach końcowych, niż przedstawiona w filmie historia. Ale naprawdę rozumiem, że są widzowie, którym wraz z rozwojem oglądanych wydarzeń spłynęła po policzku niejedna łza. Autentycznie, to rozumiem!

W sumie powinnam chyba zacząć od  tego, że głównym wabikiem, który sprowadził mnie do kina, nie był ogrom zwiastunów, a Omar Sy na pierwszym planie. Uwielbiam tego gościa, więc wiedziałam, że zagra rewelacyjnie i tak też było. To człowiek – kameleon, który w ułamku sekundy potrafi przeistoczyć się z kawalarza/jajcarza w zdruzgotanego i załamanego człowieka nie mogącego pogodzić się z losem. Albo odwrotnie. Zawsze kupuję jego bohaterów w 100%. Jeśli polubicie  dramatyczną naturę Sy, to gorąco zachęcam do obejrzenia „Chocolate”, w którym zagrał tytułową rolę. Dobre kino i genialny Omar zawsze zasługują na uwagę J

Dla „Jutro będziemy szczęśliwi” mocne 6.5/10 –  nieźle się to ogląda.

sobota, 6 maja 2017

Szatan kazał tańczyć



Gdyby ktoś z Was przypadkiem zabłądził w kinie i trafił na seans najnowszego pomysłu Katarzyny Rosłaniec, to z całego serca zalecam: albo gnać do najbliższego wyjścia ewakuacyjnego, albo ewentualnie gdzieś się schować. Dziwny zlepek iluś tam scen, które podobno można sobie samemu poukładać na ileś tam sposobów, to nic innego, jak ... dno pod dnem. W sumie, to kto co lubi, ale naprawdę dziwnie patrzy się na film fabularny bez fabuły, ale za to z milionem ujęć seksu przeplatanego masturbacją. I tutaj już nawet nie chodzi o to, czy widz jest pruderyjny, czy wręcz odwrotnie. Tutaj chodzi o to, że w tym filmie nie chodzi o nic. No bo błagam, po co nam wiedzieć, jak bulimiczka nimfomanka nie radzi sobie z tajemniczą chorobą chyba serca, o której nie dowiadujemy się nic poza tym, że po prostu jest i, że w związku z tym trzeba Karolinie (to ta główna) ponaklejać kabelki na klatce piersiowej i nie tylko.

Szok i niedowierzanie, że w tym projekcie wzięli udział: Danuta Stenka, Izabela Kuna, Łukasz Simlat, Marta Nieradkiewicz i... John Porter (łkam do teraz). A do grona naczelnych rozbierających się bez sensu dołącza Magdalena Berus (Karolina), jednocześnie stając się bardzo silną rywalką Michaliny Olszańskiej.

Film z cyklu: Może i karta Unlimited jest, ale czas nie e.

1/10