środa, 15 lutego 2017

Sputnik - Replika Festiwalu w Poznaniu (30.01.-12.02.2017)

Matrioszka, wieś, baba z chustą na głowie, Putin, kicz, przepych albo skrajna biedota, alkohol. Jestem pewna, że zdecydowana większość Polaków (i nie tylko) ma właśnie takie skojarzenia po usłyszeniu hasła „Rosja”. W ramach poznańskiej retrospektywy Festiwalu Sputnik widzowie mieli możliwość poznania niejednego, współczesnego, prawdziwego oblicza narodu, do którego cały czas jesteśmy uprzedzeni.



Co z kolei ja widziałam i co o tym myślę:

Miejskie ptaszki



3 historie, 3 główne bohaterki. Film co prawda nie niesie ze sobą żadnego głębokiego przekazu, ani tym bardziej lekcji życia, ale za to ma kilka zabawnych momentów i jest naprawdę lekki w odbiorze. Mimo, że to podobno komediodramat. Gdyby nie fakt, że bohaterowie mówią po rosyjsku, to w życiu byście nie zgadli, gdzie toczy się akcja. Mam na myśli to, że występujące tutaj postacie mają normalne i typowe dla XXI wieku zainteresowania (sport, moda, zwierzęta...), zawody (tatuażyści, PR-owcy, recepcjoniści) oraz wygląd (po prostu). Brak falbaniastych sukienek z cekinam, 10-cm tipsów i tapiru na głowie. Z naszymi wyobrażeniami na temat Rosji zgadza się jedynie skojarzenie z alkoholem, ale... no nie bądźmy hipokrytami.


Ochrona



Totalne przeciwieństwo poprzedniego tytułu. Obraz rosyjskiego społeczeństwa chyba całkowicie zgodny z uprzedzeniami i nieprzychylnymi skojarzeniami, o których z grubsza pisałam we wstępie.  A poza tym, jest to bardzo, ale to bardzo dziwny film.
Główna bohaterka cierpi na urojoną ciążę. Chociaż w sumie to może ona aż tak nie cierpi, bo marzy o dziecku. W każdym razie – udaje jej się podtrzymać to urojenie aż do szóstego miesiąca. Wtedy ciąża zostaje zauważona przez przyjaciółki, ojca i „lekarzy”. Cudzysłów pojawił się tutaj nieprzypadkowo. Uwierzcie mi, że gdyby badania wyglądały w taki sposób, to nie znalazłaby się  na tej planecie ani jedna kobieta, która by mówiła „Wolę 50 godzin u dentysty od 15 minut u ginekologa”. Co prawda urojenie Katji? Udzieliło się wszystkim jej znajomym, ale mniejsza o to. Też nie zrozumiałam.
Odkładam na bok poprawność polityczną (chociaż w sumie nigdy nie trzymałam się jej blisko) i piszę to bez zawahania – matko przenajświętsza, co za obrzydliwy obraz narodu. Większości bohaterów kijem bym nie trąciła. Są obleśni z zachowania, wyglądu, a nawet myślenia. I naprawdę trudno to wytłumaczyć, bo niby nie widzimy tu nic nadzwyczajnego, a jednak cały czas czułam niesmak. Taki dosłownie fizyczny. Bez większego rozkminiania, ale cieszę się, że nie było mi dane tego oglądać w 5d...
Poza tym, kiedy w trakcie sceny rozgrywającej się w jakimś gabinecie w urzędzie widzisz na jednej ze ścian portret Putina, to w głowie słyszysz coraz wyraźniej słowa „Rosjo – WTF?”.
Poza tym nr 2 – kiedy jedna z bohaterek wyznaje przyjaciółkom „Wyprowadzam się. Wracam do domu na wieś”, to w głowie huczy „WTF razy milion! To istnieje jeszcze bardziej zapyziała dziura, niż to coś, w czym trwaliśmy z bohaterami przez ostatnie dwie godziny?!”. No ok, może tutaj leciutko przesadziłam... ale to miejsce akcji naprawdę wyglądało jak stuprocentowa wiejska wieś.
Ani fabuła, ani walory estetyczne, a raczej ich brak, mnie niestety nie urzekły.


Uczeń



Z każdym kolejnym festiwalowym dniem czekały mnie totalnie odmienne przeżycia i emocje. Naprawdę nie mam pojęcia jak to się stało, skoro festiwal prawie wcale nie był nagłaśniany (właściwie to tylko w internecie, w kinie nie znalazłam ani jednego plakatu, nie mówiąc już o tym, że przed również echo), ale ten film zgromadził niesamowity tłum widzów. Naprawdę, nie przesadzam. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek uczestniczyła w pokazie, na którym widzowie siedzieli na dostawkach, a nawet.... bezpośrednio na schodach. A tak właśnie było.
Sam film – nooo festiwalowy, chociaż patrząc z perspektywy czasu, to wywarł na mnie największe wrażenie spośród wszystkich sputnikowych.
Szkoda, że znów Putin na ścianie, ale tym razem w szkole. Bo ogólnie, to akcja w w dużej mierze toczyła się w szkole. Kto by pomyślał, słysząc taki tytuł? Ale poza tym Putinem, to przekaz „Ucznia” jest naprawdę bardzo uniwersalny.
Aktorsko bomba. B O M B A. Na całej linii – genialność, świadomość ról (bo piszę o praktycznie całej obsadzie), odwaga.
Nie potrafię do końca wyjaśnić dlaczego, ale „Uczeń” przypomniał mi o filmie „Plemię”.
Piękne i solidne ukazanie faktu, że wiara (jakakolwiek i w cokolwiek) powinna być tylko i wyłącznie indywidualną sprawą każdego z nas. Najgorszym z możliwych wierzących jest ten, który zmienia przekonania w fanatyzm.
Po wyjściu z kina byłam dość mocno zmęczona. Psychicznie.



Nowe Kino Pałacowe & CK Zamek w Poznaniu – serdecznie dziękuję za możliwość uczestniczenia w pokazach w ramach Repliki Sputnika.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Ciemniejsza Strona Greya / 50 Shades Darker


25 powodów dla których, gdyby nie Unlimited żądała bym zwrotu kasy za bilet:

1. Anastasia Steel powinna walczyć o tytuł Najbardziej Irytującej Postaci Filmowej Wszechczasów. Nie ma większej infantylnej idiotki.

2. Przez cały film pokazuje jaka to ona jest niezależna, po czym jej czyny świadczą o czymś zupełnie innym.

3. Reprezentuje ona znienawidzony przeze mnie typ kobiet.

4. ... a feministką nie jestem. No ale bez przesady!

(Jej osoba zajęła 4 punkty, więc znacie powagę sytuacji)

5. Film trwa prawie dwie godziny. Przy czym jedna ze scen to ćwiczenia Greya na domowej siłowni. Przez resztę modlicie się o szybką śmierć.

6. Sekwencja w filmie wygląda tak: Anastasia się obraża (i nie raz to jest takie: Ale o ch*j Ci chodzi?), Grey robi coś miłego/kupuje coś drogiego, a potem jest seks. Powtórz razy trzy i nie musisz iść do kina.

7. Pojawiają się tam takie dialogi, jak:

On: Matka mnie biła. Umarła, jak byłem mały. Zaćpała się na śmierć.
Ona: Oh oh oh, dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałeś?
On: Mówiłem, ale SPAŁAŚ wtedy.

...
...
...
...
...
Nie, no...
AHA.
...
...
WTF?!

8. Anastasia Steel bardzo nie chce wypaść na prostytutkę. To, że bierzesz 24tysie dolców za seks, nie znaczy, że nią nie jesteś. 
(Wybaczcie, że znowu o niej.)

9. Jak mnie wkur*wia takie podejście, gdzie głównemu bohaterowi podane jest wszystko na tacy i nie wiedzieć czemu zgarnia on całe szczęście świata, Totalnie nierealnie. A Ance wychodzi w tym filmie dosłownie wszystko. Ludzie obracają się za nią, bo jest ponoć ultra piękna (gówno prawda), wystarczy 5 sekund by poznali się na niej najlepsi redaktorzy w Seattle (aha.. bo tak to właśnie funkcjonuje) i oczywiście na siłę trzeba było wpiąć wątek, gdzie wychodzi, że ta bogini ma nie tylko piękne ciało, ale i wnętrze. Hell NO!

10. Źle świadczy o filmie, jeżeli gimbuski piszczące na napisach początkowych parskają śmiechem pod koniec.

11. Absolutnie drewniane aktorstwo absolutnie każdego aktora.

12. Michał z Wiking Movie, którego spotkałam przypadkiem przed filmem, cieszącego się z korzyści Unlimited sprzedał mi ciekawostkę, że budżet tego filmu wynosił 55 milionów dolców. I faktycznie. Ale ja się pytam: ZA CO?!

13. Coś reklamowanego na ostrą, pikantną historię okazuje się mdłym, niedorzecznym harlequinowskim obrazkiem z happy-endem.

14. Nawet czarne charaktery w tym filmie pozbawione są jaj i charyzmy.

15. Sceny seksu podniecają mniej, niż reklama proszku do prania.

16. Tytuł jest bezczelnym kłamstwem.

17. Gdy dzieje się coś niedobrego modlisz się, aby stało się coś jeszcze gorszego (nie wiem... Ona się topi, On przez przypadek ją zabija w trakcie tych ich zabaw...) by wreszcie akcja posunęła się o krok do przodu.

18. Mimo karty Unlimited zastanawiasz się co tu właściwie robisz i czy gapienie się w dno kubka nie miałoby więcej sensu.

19. Beznadziejna ścieżka dźwiękowa. Taka tania pościelówa.

20.  Produkcja sili się na jakiś perwersyjny mistycyzm, gdy tymczasem wychodzi coś na maksa denerwującego. 

21. Kobiety - jeżeli kupiłyście już bilet na jutro do kina -  BŁAGAM anulujcie!

22. Faceci - jeżeli chcecie zrobić niespodziankę swoim kobietom - NIE W TEN SPOSÓB.

23. Ten film to dmuchana marketingowa lala. Ani nie doświadczysz prawdziwego seksu, ani emocji.

24. Ktoś pisał o tym filmie, że jest pornolem dla gospodyń domowych. Nie obrażajcie gospodyń.

25. Dwa na dziesięć.



środa, 8 lutego 2017

Amerykańska sielanka

Gdy oczekiwania wobec filmu są wysokie, a w rzeczywistości okazuje się być on zaledwie niezłym, to po kilku dniach od seansu pozostaję z poczuciem, że obejrzałam jakiegoś totalnego przeciętniaka. I taka właśnie jest „Amerykańska sielanka” – średnia, momentami niezła.



Bardzo nie lubię niewykorzystywania na ekranie potencjału tematu. Najnowszy film w reż. Evana McGregora, to opowieść o rodzinie młodej dziewczyny, która zostaje podejrzana o przeprowadzenie ataku terrorystycznego w pewnej spokojnej, amerykańskiej dzielnicy. Brzmi ciekawie, ale tak nie było. Zabrakło mi tutaj wiarygodniejszego przedstawienia problemów psychicznych głównej bohaterki. W sumie nie tylko głównej, bo niejedna postać miała tutaj nierówno pod sufitem. I nie mam na myśli jakiejś dogłębnej analizy ani skomplikowanych portretów psychologicznych. Bo przecież psychopaci raz po raz po prostu się pojawiają i tyle. Zabrakło mi emocji, jakiegoś BUM, czegoś w stylu „Musimy porozmawiać o Kevinie”.

Aktorsko bez rewelacji, chociaż teoretycznie było spore pole do popisu. Przede wszystkim zawiodła mnie Dakota Fanning, która miała okazję wykreować bardzo mocną, zapadającą w pamięć i charakterystyczną bohaterkę. Wyszło z tego miękkie jajo.


6/10.

środa, 1 lutego 2017

La La Land - Film, który mógł doprowadzić do podziału na "In Love" & "With Movie"



Monika: Pamiętam ten moment, gdy po filmie pojawiają się napisy końcowe, a ja z pełnym oczarowania uśmiechem spoglądam na Ciebie w poszukiwaniu porozumienia. A tu nic!

Agata: No właśnie NIC, to słowo klucz przy okazji "La La Landu". NIC odkrywczego, NIC nadzwyczajnego, NIC wyróżniającego ten film spośród tysiąca innych historii o miłości itp. Nie wydaje Ci się, że nawet mało tutaj musicalu, jak na musical? Kilka razy zaśpiewali, jeszcze mniej zatańczyli i koniec.

M: Ale to chyba dobrze, że nie było kilkudziesięciu piosenek typu ''Zjadłam własnie makaron'', ''A teraz idę szczęśliwa do pracy'', tylko jeden konkretny nurcik muzyczny, dwie melodie i basta. MINIMALIZM!
Ale 6 na 10? No come on!

A: Jasne, że 6, skoro film jest po prostu niezły (czyli nie jest zły... czyli, aż tak bardzo mu nie cisnę), to ocena w punkt trafiona! Raz obejrzany - szybko zapomniany.
A jeśli mowa o minimalizmie, to mogły to być chociaż jakieś teledyskowe perełki z czaderskimi choreografiami i wgniatającymi w fotel utworami. A musisz przyznać, że nie każda śpiewana i tańczona scena zasłuży na miano kultowej. O ile którakolwiek z nich zasłuży.

M: Ok, przyznaję, że moment tańca w gwiazdach był na maksa kiczowaty. Ale za to pierwszy dotyk rąk w kinie? i ta nieśmiałość? To było obłędnie życiowe! Poza tym - film nie kończy się tak, jak wszyscy myślą, że się skończy. I to, że od razu po seansie chce się rzucić wszystko i jechać do LA?

A: Ok, no to ja przyznaję, że zakończenie jest naprawdę dobre. Bardzo dobre. Ale spokojnie ten film mógłby składać się z 3 slajdów z napisami: 1. ona i on -> nie lubią się; 2. ona i on - > ojej, zakochana para! 3. ona i on - upsss, kryzys w związku.
Gdyby po tych slajdach zostało wlepionych tych kilka końcowych minut filmu, to czułabym się dokładnie tak samo, jak po przeżyciu całego, przeszło 2-godzinnego seansu. I szczerze? Nawet dokładnie nie pamiętam tej sceny w kinie, o której mówisz. 

M: No ok, ok, ok. Ale ten kryzys to była dość mocna rzecz, nie uważasz? Myślisz, że z kimś jesteś i go znasz. Przewidujesz jego marzenia. A tu nagle - NIE-E! Bo jak przeciętny człowieczek, ta osoba zaczyna marzyć o pinionszkach, sławie i byciu mainstreamowym. Zaprzecza własnej tożsamości.
Ryan na sesji zdjęciowej! Śmiałaś się!

A: Tak, śmiałam się i nawet powiedziałam tuż po wyjściu z kina, że był to jedyny moment filmu, na którym naprawdę bardzo dobrze się bawiłam.
A Ryana i Emmę (nawet nie pamiętam już imion ich bohaterów) chyba podświadomie połączyły takie same marzenia, czyli tak jak napisałaś - marzenia przeciętnego człowieczka. 

M: A ja uwierzyłam, że tę dwójkę łączy coś więcej. To, co między nimi się działo było chwilami magiczne. A czasem ledwo powstrzymałam głośne ''aaawwww''.

A: Jedyne aaaawwww, na jakie mogę się zdobyć jest skierowane do Ryana, ale rola w tym filmie nie ma z tym zupełnie nic wspólnego ;)

M: Przyznam się, że z ''minusów'' - Ryan doskonale zrobił wybierając karierę aktorską. Jako piosenkarz nie byłby taki dobry!

A: A ja znów zupełnie na odwrót! Wg mnie Gosling nie tyle byłby dobrym piosenkarzem, co naprawdę nim jest. Kilka utworów z płyty "Dead Man's Bones" wałkuję do teraz i mam do nich równie duży sentyment, jak do "Excuse Me" Pitbulla (wybaczcie czytelnicy, nie mogłam się oprzeć jednemu insajtowi ;) )
Za to Emma... blady głosik. O niebo lepiej wychodzi jej Lip Sync Battle u Jimmy'ego Fallona. Btw. to z jej udziałem jest jednym z moich ulubionych. 

M: To Excuse Me mogłaś sobie odpuścić...

A: Sorry

M: Żebyśmy się rzeczywiście nie pokłóciły i nie podzieliły bloga na ''In Love'' i ''With Movie'' mam coś dla Ciebie!




A: No i znów rozejm 😌

P.S.
Naprawdę próbowałyśmy się pokłócić, bo wiemy, że obrzucanie się błotem w świetle reflektorów mogłoby nam przynieść sławę, blichtr i piniondze, aleee sami widzicie, że się nie da. 
W każdym razie - nie poddajemy się i dalej szukamy filmu, który wzbudzi w nas totalnie skrajne emocje.

STAY TUNED


poniedziałek, 30 stycznia 2017

Toni Erdmann

Do wczoraj nie wiedziałam, że nie jestem fanką niemieckiego humoru. Do wczoraj w seksie nie znałam metody "na cukiernika". Po wczoraj wiem czego unikać jako fan kina, jak i kochanka.

Historia zapowiadała się ok. Ojciec chce spędzić trochę czasu z zapracowaną córką, odnowić relację. Ma mu w tym pomóc jego alter-ego czyli tytułowy bohater - Toni Erdmann.


Za chwilę pewnie usłyszę, że zrozumienie tego filmu zaczyna się od 180 IQ, że to film dla wybranych etc. Nicht fur alle, a ma pewno Nicht fur mich.

Moja recenzja natomiast wygląda tak:

Po pierwszych 30 minutach zaczęłam patrzeć na zegarek i płakać mi się chciało, gdy zdałam sobie sprawę, że film trwa 2:40. W pierwszej godzinie głową osunęła mi się do tyłu ze znużenia, potem przeżyłam długie ataki ziewania, a na końcu irytacje.

Może gdyby odpuścić sobie 25minutowe sceny podchodzenia do drzwi, to film mógłby być krótszy i miał by więcej sensu.

Zupełnie nie wiem nad czym wszyscy się zachwycają. Zupełnie nie moje kino. Główni bohaterowie irytujący, niektóre sceny po prostu głupie. Ale najprawdopodobniej jeśli lubicie przeartyzowaną Szumowską to będziecie zachwyceni.

Więc JA nie polecam. Jeżeli lubicie ciastka to też sobie odpuśćcie.

4/10

sobota, 28 stycznia 2017

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej

Jeszcze długo przed Tinderem, bo w 1991 roku pojawiło się w Polsce pierwsze wydanie Cosmopolitan (ponad sto lat po premierze w USA!). Magazynu słynącego z tego, ze doradza kobietom, jak czerpać radość z seksu. Tego samego uczyła Michalina Wisłocka, bohaterka ''Sztuki Kochania''.

Pytałam Mamę, a mamy wiedzą najlepiej, jak to do końca było. I okazuje się, że rzeczywiście - jak w filmie. Wisłocką czytali wszyscy, o seksie się nie rozmawiało, a władze starały się zrobić wszystko, by nie dopuścić Miśki do głosu. Ludzie wycinali fragmenty gazety z jej felietonami, szczęśliwcy mieli całą książkę. Śmieszne czasy.


Odwzorowanie panującej wtedy rzeczywistości (co mnie trudno było ocenić) - jest. Powinnam zapytać jeszcze Babci, jak to było wcześniej, ponieważ produkcja pokazuje czasy II Wojny, ale nie wiem, czy nie pomyśli, że zwariowałam.

Film okazał się absolutnie poprawny. Dostałam wszystko to, czego oczekiwałam. I chyba nikt nie powinien wyjść rozczarowany. To na co zwróciłyśmy uwagę z Agatą, to to, że różne ''pokolenia'' śmiały się w innych momentach filmu. A grupa badawcza była całkiem spora, kino było prawie pełne.

Od ''Różyczki'' wiedziałam, że Boczarska to niezła aktorka. Dzięki ''Sztuce Kochania'' zyskałam do niej jeszcze większy szacunek. Co ciekawe - moim zdaniem - największy popis dała grając ''starszą'' Wisłocką, tą z lat 70tych. Także duże brawa!

I trzeba przyznać, że o ile jest to mocne feministyczne kino, tak partnerujący kobietom (Wasilewska, Polak) aktorzy również poradzili sobie świetne. Nie mówimy tu wcale o byle kim - Lubos, Adamczyk, Szyc (gwarantuje, ze jak go zobaczycie w tym filmie, to będzie mocne WTF?!)

Zdjęcia, muzyka - oba na plus. Produkcję spokojnie można by skrócić o jakieś 20 minut, plus zabrakło mocnego elementu ''wow'' by film zasłużył na 8kę. Ale jest to dobry Polaków start w nowy rok.

Mamy tutaj też takie polskie ''Vicki Christina Barcelona'' (Adamczyk polskim Bardenem?!) z podobnym skutkiem - przez chwile jest fajnie, ale na dłuższa metę trójkąty się nie sprawdzają.

Żyjemy w tak wyzwolonych czasach, że ciężko jest uwierzyć, ze w latach 70tych, lekarka zapisywała kobietom ''Przebieranki'', by nie popadły w małżeńską rutynę. Obecnie w Cosmo  na bieżąco śledzimy Najlepsze Pozycje, Najlepsze Sposoby By Zrobić Sobie Dobrze. Internet pełen jest pornografii, a na Tinderze bez pardonu niektórzy zagadują: - Chcesz się ruch*ć? (Treu Story). No tak. Ale w końcu nie od razu Rzym zbudowano. Jak to powiedział nasz przyjaciel po wspólnym seansie ''Fajnie ogląda się filmy o ludziach z pasją'', a pasją Wisłockiej był seks. Bez podtekstów.


niedziela, 22 stycznia 2017

Las, 4 rano

Najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego. 

O czym? Forst porzuca dobrobyt i osiedla się w lesie. Gdy odwiedza go trzynastoletnia Jadzia, jest zmuszony po raz kolejny zmienić swoje życie (opis Filmweb).

Recenzja:


DON'T. LIKE. THAT.

DON'T. LIKE. THAT.

DON'T. LIKE. THAT.


Kropka.


piątek, 13 stycznia 2017

Ja, Olga Hepnarova



Historia młodej kobiety, tytułowej Olgi (Michalina Olszańska), mającej problemy zarówno z otoczeniem, jak i z samą sobą, która właśnie przez to świadomie doprowadziła do tragedii na ulicach Pragi, wjeżdżając w tłum ludzi czekających na przystanku. 

Film momentami na 7,5 a momentami na 4. Tak naprawdę jest to zlepek historii, które niby tworzą chronologiczną i spójną całość, ale pozostawiają też wrażenie wyrwanych z kontekstu. Ze scenariusza nie wynika wprost, z czym tak właściwie ta młoda dziewczyna miała problem. Dlaczego była zgorzkniała, nieufna i bojowniczo nastawiona do prawie całego społeczeństwa. Ciężko też wywnioskować, czy zawiniła tutaj jej choroba psychiczna, czy Hepnarova była w pełni świadoma swoich czynów. Jak, z resztą, utrzymywała.

Pierwszy raz jestem pod dużym wrażeniem Olszańskiej. To ona obroniła ten film. Zagrała dosłownie całą sobą - i wtedy, gdy miała grać "tylko" ciałem, jak i w licznych monologach oraz mniej licznych dialogach, wszystkich oczywiście po czesku. 

Mocna historia. Szkoda, że film nierówny, bo był potencjał na naprawdę świetne kino. 

czwartek, 12 stycznia 2017

Assassin's Creed

O grze, na podstawie której powstał film wiem tyle, że istnieje. I bardzo dobrze na tym wyszłam, bo kiedy znawcy tematu krytykowali, ja po prostu patrzyłam na ciekawe, szybko zmieniające się obrazki. Jeśli stęskniliście się za głośnym, dynamicznym kinem i niestraszne wam skakanie po dachach oraz datach (dosłownie), to już wiecie, gdzie macie iść dziś wieczorem.


Największy plus produkcji – wspomniany we wstępie dynamizm. Jeśli się tłuc, to bez sentymentów i wyrzutów sumienia, jeśli uciekać, to nie zważając na takie drobne przeszkody, jak kończący się dach, czy brak schodów podczas wspinaczki na szczyt budynku. Świetnie, że sceny te trwały wystarczająco długo, by w pełni się nimi nasycić. Żadnego ucinania w połowie lotu/skoku/biegu/dźgnięcia w brzuch itd.

Drugi największy plus – Fassbender. Ten człowiek chyba nie ma słabszych momentów. Nawet, jeśli komuś nie spodoba się fabuła, czy realizacjia „Assassin’s...”, to naprawdę nie byłabym w stanie zrozumieć krytyki pod adresem aktorstwa Michaela. Walczy, płacze, umiera, żyje, krzyczo-śpiewa i świeci klatą – czyli full pakiet.

Największy minus – Jestem pewna, że już za kilka dni nie będę pamiętać ¾ filmu. Dla mnie jest on rozrywką typowo tu i teraz, przerywnikiem od moich ulubionych, troszeczkę poważniejszych i smętniejszych kinowych klimatów.

Drugi największy minus – Cotillard. Rzecz zupełnie odwrotna, niż u Fassbendera. Ona naprawdę miewa słabsze momenty i pech chciał, że znów ten moment nastał. Marion wyglądała, jakby sama się nudziła postacią, którą miała zagrać. Do tego stopnia, że aż prawie słyszałam jej wewnętrzne ziewanie.

Ocena: 6.5

Dziwna sprawa, że czasami tak chętnie wciskam wam szóstkowe filmy, a czasami produkcje z tą samą notą dość mocno odradzam. Dzisiejsza 6.5 jest z tych pierwszych. 

sobota, 7 stycznia 2017

Paterson

Teoretycznie nie mój klimat, bo teoretycznie jest to nadęte, nudne i artystyczne kino. Jednak, nie tym razem!



Dosłownie kilka dni temu rozmawiałyśmy z Moniką o braku u ludzi jednej podstawowej cechy: "normalność". Okazuje się, że osoby specyficzne są naprawdę bardzo ciekawe, zwłaszcza na początku znajomości, ale to z tymi normalnymi i teoretycznie nudniejszymi przyjemniej spędzać czas. "Paterson" idealnie wbił się w ten wątek.

Główny bohater, Paterson właśnie, spotyka w swoim życiu całkiem sporo dziwaków (high 5, Pat.!). Co go wyróżnia? To, że zachowuje się w ich towarzystwie w sposób wyważony, spokojny, normalny. A do tego pisze wiersze. Do szuflady. Podobno każdy ma jakiegoś bzika (osobiście znam człowieka, który od kilkunastu lat kolekcjonuje papierki od czekolad :P), ale bycie zbzikowanie normalnym, to już wyższa szkoła jazdy.

A wracając do filmu - alfabetycznie moje argumenty, dlaczego jestem ZA:

Bohaterowie – jak wyżej, czyli: ten film stara się udowodnić fakt, że ludzie mający dość oryginalne, nietypowe osobowości i zainteresowania mogą prowadzić całkiem normalne, z pozoru (podkreślam: z pozoru) nudne, ale za to wyluzowane i szczęśliwe życie.

Gatunek – film obyczajowy. Mimo, że „Paterson” jest klasyfikowany jako dramat i komedia, ja widzę w nim obyczaj na 100%. Pamiętacie Wasz ostatni obejrzany film z tego gatunku? Przed najnowszym Jarmuschem też nie pamiętałam. A szkoda, bo to naprawdę coś.

Miejsce: Paterson, New Jersey. Położone bliziutko Manhattanu, ale diametralnie od niego różne. Ma swój klimat, naprawdę go ma. I tak, główny bohater nazywa się tak samo, jak miejsce, w którym mieszka. I nie, to wcale nie jest creepy.

Temat – nieopisanie bardzo zbrzydły mi melodramaty nafaszerowane „życiowymi zakrętami”. Aż tu nagle w „Patersonie” niespodzianka – patrzymy po prostu na miłość. Bez ckliwości, patetycznych wyznań, gorących romansów i skoków w bok, czy też nieuleczalnych (SIC!) chorób. Jest tylko uczucie ukazane w drobnych gestach, wypracowanych rytuałach, rozmowach o bieżących sprawach, szacunku i wiarze w drugą osobę.

Wydźwięk: OPTYMISTYCZNY. Gdy kolega z pracy kończy swoją codzienną, tradycyjną litanię o tym, jak to ma w życiu źle i problemowo, na pytanie „A jak u ciebie?” Paterson odpowiada zwięźle „A u mnie wszystko OK”. A, że cichy optymista jest o sto lat świetlnych lepszy od głośnego pesymisty, to Patersona mogę uznać za swoją bratnią duszę.


Nie jestem pewna, czy jeszcze kiedyś do niego wrócę, ale za to jestem przekonana, że niektórych scen, jak i samego wydźwięku „Patersona” tak szybko nie wymażę z pamięci. A, że jest to jeden z największych komplementów, jaki mogę przypisać filmowi, to nie byłam w stanie ocenić tego dzisiejszego na mniej, niż 7.