Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krytyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krytyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 października 2014

Minirecenzja: Sędzia / The Judge


Gatunek: Dramat
Produkcja: USA
Rok: 2014
Reżyseria: David Dobkin
Scenariusz: Nick Shenk, Bill Dubuque

Odnoszący sukcesy adwokat (Robert Downey Jr.) powraca do rodzinnego miasta na pogrzeb matki, gdzie dowiaduje się, że jego ojciec (Robert Duvall), miejscowy sędzia, jest podejrzany o morderstwo (źródło: Filmweb).

Film o trudnych relacjach na linii ojciec – syn, walka ciężkich charakterów przeplatana chęcią naprawienia błędów z przeszłości. Ciekawy (chociaż dobrze znany i wielokrotnie powtarzany w filmach)  główny wątek zostaje uzupełniony o kilka tematów pobocznych, przez co „Sędzia” staje się momentami chaotyczny i przydługawy. Pozamykanie wszystkich otwartych kwestii trwa naprawdę długo, a Robert Downey Jr. za bardzo przypomina mi tutaj Sherlocka Holmesa, co wcale nie jest atutem.

Plus za muzykę, zdjęcia Janusza Kamińskiego i epizodyczną rolę Leighton Meester –ciągle czekam na tytuł, w którym zagra naprawdę ciekawą, pierwszoplanową postać.

Oceniam 6/10, film niezły i nic więcej. Nie wywołał we mnie żadnych silniejszych emocji, troszkę się na nim wynudziłam i zapewne za kilka miesięcy nie będę go szczególnie entuzjastycznie wspominać.

wtorek, 14 października 2014

Małe Stłuczki

Jeden z filmów, który mogłyśmy obejrzeć na Festiwalu Kamera Akcja w Łodzi. Pomimo, że ten tytuł nie przypadł nam do gustu, to nie umiecie sobie nawet wyobrazić ile przyjemności dał nam ten całkowicie filmowy weekend.

Przejdźmy do recenzji, czyli o tym, jak festiwalowy zachwyt najczęściej mija się z moimi upodobaniami.


Idź na Małe Stłuczki - mówili
Będzie fajnie - mówili.

Czy potraficie sobie wyobrazić, że są na świecie ludzie, którzy wolą hollywoodzkie produkcje od ambitnych dzieł światowej kinematografii? Osobniki takie męczą się na Bergmanie, a Mechanicznej Pomarańczy kosztowali zaledwie przez 10 minut. Męczą mnie ultraartystyczne produkcje, w których nic się nie dzieje, a widzowie emocjonują się odjeżdżającym przez 15 minut samochodem. I tak Małe Stłuczki idealnie wpasowały się w kategorię przyznawaną tylko przez ILWM ''Złoty Gołąb''.

Jeden z niewielu filmów, których fabułę trudno określić, bo każdy opis będzie w tym wypadku lepszy od tego, co zobaczymy na ekranie. Prawda jest taka, że obie wyszłyśmy z kina i nie umiałyśmy sklecić jednego zdania, które byłoby odpowiednią na pytanie ''O czym to w ogóle było''. A zwykle takich problemów nie mamy (po Idzie żadna z nas nie chciała się zamknąć, ale o tym następnym razem).

Poniekąd chodzi o to, że dwie dziewczyny likwidują stare domy, wynoszą z nich przedmioty, jedne lądują od razu w koszu, inne na pchlim targu. Drugi wątek historii odnosi się do zapoznanego przez bohaterki chłopaka, który w 10 sekund zgadza się na ich propozycję współpracy. Potem, czyli od połowy filmu nie dzieję się absolutnie NIC! Poza rozterkami bohaterów nad tym, czy się kochają wszyscy, czy tylko z osobna, czy jednak wolą żyć w samotności... Wszystko jednak jest przesiąknięte tym artyzmem, o którym pisałam na początku. Przykład? Bohaterka, która od pierwszych scen drażniła mnie niezmiernie wchodzi na huśtawkę. Skręca ciałem w prawo, w lewo, mówi: "Jestem Rybą". A ja w tym momencie myślę ''Zlitujcie się''.

Umówmy się, że film, w którym jedną ze scen jest jedzenie kanapki, mógł stworzyć praktycznie każdy. Wystarczyłby smartphone. Instagram byłby w takim razie galerią sztuki lepszą od Luwru, Agata zasłyszała gdzieś, że jest to polska odpowiedź na "Wyśnione Miłości" Dolana. Mam więc coś do przekazania polskim twórcom, zabierającym się za kolejną ''odpowiedź'' - odpuśćcie sobie. Nie wyszedł "Dżej Dżej", czyli polska "Ona", i nie wyszły "Wyśnione Miłości". Nie ta estetyka, za wysoka poprzeczka.

Aktorzy Pawelkiewicz i Czacki pokazali poprzez bohaterów jakąś osobowość, muszę przyznać, że byli całkiem nieźli. Za to, jak już wcześniej wspomniałam, gdy tylko pojawiała się ta pani:

H. Sujecka

.. to czułam się jakby nagle mój fotel stał się bardzo niewygodny. Nie wiem czy to kwestia amatorskiej gry aktorskiej, ekscentrycznych dialogów czy abstrakcyjnego humoru, który był daleki od moich upodobań. Nie zrozumcie mnie źle, nie każdy film musi mieć w sobie tyle akcji co Transformersy, lubię spokojną narrację w filmach, o ile za tym coś idzie: konsekwentnie pociągnięta fabuła, dramat psychologiczny bohatera, błyskotliwość scenariusza.. "Stłuczki" były dla mnie nijakie.

Musicie wybaczyć długość recenzji, ale czuję, że całkowicie wyczerpałam temat. Film dostaje 5 punktów na 10 możliwych.

P.S Pocieszę Was, że jeżeli chodzi o filmy festiwalowe, to teraz będzie tylko lepiej :)

P.S Łódź się stara, naprawdę nie można by pokazać tego miasta ładniej w tym filmie?


środa, 4 czerwca 2014

Wilgotne Miejsca / Feuchtgebiete

     
Na I Ogólnopolskim Spotkaniu Blogerów Filmowych mieliśmy okazję zobaczyć dwa przedpremierowe filmy, pierwszy z nich to oczywiście opisany wczesnej ''Frank'', którego polecamy, drugi natomiast wywołał wśród towarzystwa dyskusje i skrajne opinie (ale przecież gdyby wszyscy się ze sobą zgadzali, to byłoby nudno i to całe pisanie nie miałoby sensu!:)). U redaktorek InLoveWithMovie taką radykalną reakcją na film było obrzydzenie i pożałowanie wcześniej zjedzonej pizzy (a warto nadmienić, że uwielbiamy zarówno jeść, jak i jeść pizzę).


   Przed seansem usłyszeliśmy, że jest to ''niemieckie kino kontrowersyjne'', co sprawiło, że od razu pomyślałam, że nie przejdzie się wobec tego filmu obojętnie. Miałam rację, jednakże liczyłam na coś w stylu Dziennika Nimfomanki, a dostałam ''tylko'' Nimfomankę w połączeniu z Sado, czyli 120 dni Sodomy. Spodziewamy się brzydkiego obrazka, ale pod tym względem film zaskakuje.

Choć przyznacie, że jak w dzisiejszych czasach, gdy słyszy się,  że coś wywoła ''kontrowersje'', to nasza pierwsza reakcja wygląda tak:


   Jednak już po pierwszych scenach i zapoznaniu się z nietypowymi nazwijmy to ''zwyczajami'' głównej bohaterki, gwarantuję Wam, że nasza mina wygląda tak:


   Mam swoją tezę co do tego, jak powstał ten film. Jestem przekonana, że reżyser siedział w toalecie (na muszli klozetowej), załatwiając potrzeby fizjologiczne i myślał o najbardziej kontrowersyjnych filmach, jakie powstały. Założył sobie, że poprzeczka postawiona jest wysoko, a historia Helen wydawała się mocnym argumentem, inspiracją natomiast niech stanie się sytuacja, w której on aktualnie się znajduje...

I tak widzowie lądują w brzydkiej, śmierdzącej kabinie toaletowej i cała jej otoczka stanowi główny motyw filmu. Mamy oddawanie kału, zbliżenia na odbyt, wymioty, jeszcze więcej odbytu (bo przecież to takie artystyczne!)... aż w końcu upewniamy się, że jeżeli film trwałby choć dwadzieścia minut dłużej, to i my bieglibyśmy w poszukiwaniu WC, aby znaleźć ujście dla ''emocji'' po Wilgotnych Miejscach. Jednak na jednym z portali o filmach historia filmu prezentuje się tak: ''Helen nie może się pogodzić z rozwodem rodziców. By zagłuszyć ból po ich rozstaniu, eksperymentuje w sferze intymnej.'' - jest to wyjątkowo nieudolny opis fabuły, (podobnie jak zwiastun), ponieważ ani jedno ani drugie nie przestrzega nas, przed tym co ukaże się naszym oczom. 


Fabuła filmu... jaka fabuła? Na pierwszym planie mamy sceny takie jak: wymienianie się zużytymi tamponami, albo wyławianie kału z toalety. Rzeczy, które absolutnie zagłuszają może i ciekawe tło, jakim jest rozwód rodziców oraz choroba psychiczna matki Helen. 



Siedzę i myślę. Niestety Helen, w palcu wyciągniętym z dupy nie ma
  nic artystycznego, wiem o tym ja, nie wiesz Ty ani reżyser David Wnendt.


   Absolutnie nie rozumiem, i nie pomogły temu kilkudniowe przemyślenia, co autor chciał wskórać pokazując sceny tak naturalistyczne i obrzydliwe. Czy naprawdę celem twórców filmowych jest to, aby widz zasłaniał sobie oczy podczas seansu i zadawał sobie nieustannie pytanie ''DLACZEGO?''. Ominęło mnie chyba naprawdę wiele metafor, których nie byłam w stanie zrozumieć. Dla mnie było to kino niziutkich lotów, gdzie motywu przewodniego nie było wcale, utonął chyba w morzu włosów łonowych. Jest to z całą pewnością jeden z najbardziej obrzydliwych filmów jakie widziałam, a główna bohaterka była irytująca. Wątek miłosny był naciągany, jak skóra Donatelli Versace, a wszelkie granice dobrego smaku przekroczone w pierwszej scenie filmu. Dla mnie absolutne NIE, nie o to w filmach chodzi.

Czy coś ratuje ten twór? Całkiem dobry podkład muzyczny i sceny, zliczone na palcach jednej ręki, na których możemy się uśmiechnąć.


Ocena: 3/10.

wtorek, 13 maja 2014

W Ukryciu

Temat holocaustu w  kinematografii został już bardzo wyeksploatowany. Wyprodukowane zostały  takie perełki jak Pianista, Lektor, W Ciemności czy Lista Schindlera. Czy polskie ‘’W Ukryciu’’ można dopisać do listy sukcesów? Niestety nie.

Bazą tej historii jest oczywiście holocaust i ukrywanie Żydówki w domu polskiego fotografa i jego córki Janiny (Magdalena Boczarska). Film doprawiony lesbijskim seksem i romansem. Sceptyczna z początku Janina powoli zakochuje się w Ester (Julia Pogrebińska) i … dalej nic się nie dzieje. Owszem, napotykamy jakieś kryminalne historie, ale są one doklejone do całej historii, niż wtłoczone w jej sens. Niektóre historie żyją swoim życiem w tym filmie.

Temat produkcji wybrany jakby z braku laku. Nie wiemy o czym kręcić, to nakręcimy o holocauście, bo to się przecież sprzedaje. Całość jest chwilami do bólu NUDNA, wrażenie robić mogą jedynie nagie sceny Boczarskiej i Pogrebińskiej. Historia tamtych czasów potraktowana jest po macoszemu. Widz rzadko ma okazję wyjść poza mury domu Janiny i jej piwnicy, gdzie ukrywa się Ester. Poza kilkoma scenami nie widzimy wojennej Warszawy, łapanek, palenia getta. Chwilami Kidawa-Błoński chyba w ogóle zapomina o tym, że wojna trwa w najlepsze. Estera co chwilę wychodzi z piwnicy, lekceważąc fakt, że może przypłacić to życiem.

Filmowi bliżej jest do "Rzezi", niż do "Listy Schindlera". Akcja rozgrywa się w klaustrofobicznych  warunkach. U Polańskiego jednak nie ma mowy o nudzie, u Kidawy psychodrama odbywa się bez ‘’psycho’’ bo psychologii w tym filmie nie ma. O ile o Janinie możemy się czegoś dowiedzieć, poznać ją, o tyle Ester znamy jedynie z tego, że tęskni do swojego ukochanego. Sam wątek lesbijskiej miłości jest po prostu bezpłciowy. Nie wystarczy pokazać nagiego kobiecego ciała i liczyć na to, że ktoś okrzyknie naszą produkcję głęboką, genialną i artystyczną.


Każdy, kto umie czytać i widział plakaty liczył na thrillera, a zapowiedzi jeszcze mocniej to podkreślały. Tutaj tez kicha. Nie wgniata nas w fotel, bo jedynymi momentami ‘’zaparcia dechu’’ są te, gdy ktoś Janinę pyta o to, czy w jej mieszkaniu mieszka tylko ona z ojcem (Faktycznie... aż ciary przechodzą). Otwieramy buzie, ale nie ze zdziwienia, lecz niekontrolowanego odruchu ziewania, który pojawia się podczas tego filmu nad wyraz często. I jeszcze ta gra aktorska... trącająca amatorszczyzną.

Podsumowując: film o wojnie bez wojny, za to z seksem. Wydaje się, że był jakiś pomysł, ale Kidawa gdy tylko zbliżał się do realizacji konkretnego wątku, za chwilę się wycofywał. I tak mamy niedokończone, zaniechane elementy, jak np. prostolinijność głównej bohaterki, metamorfoza, jaką rzekomo przechodzi, wątek miłosny Ester i Dawida… i niestety tak wyliczać możemy bez końca. 

Twórcy zaostrzyli nasz apetyt zwiastunami, zapowiedziami i historią. Całość okazała się niedoprawiona i bez smaku.

5/10! Szkoda czasu!

Słabego filmu należy bronić na wszelkie sposoby.

wtorek, 18 marca 2014

Ostra randka

1 kwietnia br. odbędzie się wręczenie Węży – nagród przyznawanych najgorszym polskim filmom, ich twórcom oraz aktorom. „Ostra randka” Macieja Odolińskiego jest w tym roku jednym z silniejszych kandydatów do otrzymania statuetek, bo nominacje w ośmiu kategoriach zdecydowanie nie są przypadkowe.


Współczesny Poznań. Gosia (Sylwia Boroń) jest na nieudanej randce w klubie. Przy barze poznaje groźnego faceta (Paweł Wilczak), czego jeszcze nie jest świadoma. Wypija wino z tabletką gwałtu (czy czymś takim), zostaje porwana i przewieziona do hotelu. Budzi się z wielką dziurą w brzuchu, bo ktoś się rzucił na jej nerkę (to nic, że nerki raczej się wycina z tyłu…). Brzmi schematycznie i znajomo? A to dopiero początek :D


Paweł Wilczak, Sylwia Boroń, Poznań w tle

Dawno nie widziałam filmu, w którym aż tak roi się od absurdów. Podziurawiony scenariusz wywołuje jeszcze większą grozę, niż całkiem realistycznie pokazany dziurawy brzuch głównej bohaterki. Scenariusza nie dało się zszyć, za to brzuch i owszem – to po prosu TRZEBA zobaczyć! Zaradna Gosia, w pewnym momencie nie martwi się już bólem i potrafi się nawet teleportować spod łóżka do szafy. Gdy już ma kolejną okazję, by spokojnie sobie pójść na recepcję i poprosić o pomoc (bo kto by tam telefonował, chociaż mógł to zrobić pół godziny wcześniej – lepiej zrezygnować po pierwszej nieudanej próbie), to znów wpada w ręce porywacza. O jejku, jaki splot niefortunnych wydarzeń.



"Ostra randka" to film gangsterski, z bohaterami, których cechuje głupota charakterystyczna dla bohaterów amerykańskich horrorów. Spośród wszystkich dostępnych opcji zawsze wybierają te najgorsze. Kulminacją tej zasady jest pościg samochodowy ulicami miasta. Sam pomysł nakręcenia filmu w Poznaniu bardzo mi się spodobał. Warszawa - chociaż fotogeniczna ;) - nie jest przecież jedynym polskim miastem, które warto pokazywać na dużym ekranie. Teraz jednak mam nadzieję, że stolica Wielkopolski szybko zapomni o tym, Odoliński poczuł w niej potencjał. Bo to raczej nie jest komplement. 

Chyba istnieje taki zwyczaj, że gdy widz głośno krytykuje błędy w filmie, to reżyser ma gotową i niepodważalną wymówkę: tak miało być, jest to kino gatunkowe, które można traktować z przymrużeniem oka, a nie na serio. Odoliński też zna te argumenty. Szkoda tylko, że wszystko, co w „Ostrej randce” jest śmieszne, wygląda na przypadkowe i wynikające z niedopatrzeń.

Zawsze się zastanawiam, co sobie myśli cała ekipa filmowa, w trakcie pracy nad taką „perełką”. Czy scenarzysta faktycznie uważa, że odwala dobrą robotę? A aktorzy wypowiadając kolejne kwestie myślą sobie: „Mocne. To jest naprawdę mocne.” ?? Później przychodzi czas premiery, czerwone dywany, ładne sukienki, flesze i szerokie uśmiechy. Czy oni nadal się nie wstydzą? Wilczak i Boroń chyba się zreflektowali na czas, bo na premierę w poznańskim kinie Rialto nie dotarli. Oczywiście zdarzenia losowe tak nieszczęśliwie im przeszkodziły.


Premiera - moment, w którym twórcy (teoretycznie) czują się dumni z wykonanej pracy

Silny, bardzo silny kandydat do Węży. „Ostra randka” może ode mnie liczyć na co najmniej kilka głosów, w tym (najprawdopodobniej) w najważniejszej kategorii – Wielkiego Węża, bo oceniłam 2/10.

Wszystkie nominacje dla „Ostrej randki”:


Wielki Wąż – najgorszy film

Najgorsza reżyseria – Maciej Odoliński

Najgorszy scenariusz – Maciej Odoliński

Najgorszy aktor – Paweł Wilczak

Najgorsza aktorka – Sylwia Boroń

Najgorszy duet na ekranie – Sylwia Boroń i zszywacz

Żenująca scena – Sylwia Boroń ze zszywaczem

Najgorszy efekt specjalny – scena ze zszywaczem

piątek, 10 stycznia 2014

Don Jon

Filmów o tematyce erotycznej powstało jak dotąd już tyle, że obecnie naprawdę mało co  potrafi skutecznie zaszokować. Nagość, współżycie, homoseksualizm, uzależnienia – jestem pewna, że każdy z nas może (bez dłuższego zastanowienia) wymienić chociażby kilka tytułów, w których nie zabrakło tych wątków.

Dziś do polskich kin wchodzi „Nimfomanka”, jeszcze jej nie widziałam, więc lekkim wprowadzeniem do nieco podobnej tematyki (uzależnienia od chęci zaspokojenia) będzie „Don Jon”.


„Przebojowa komedia, w której ON: (Joseph Gordon-Levitt) przystojniak - seksoholik spotyka JĄ (Scarlett Johansson) seksowną blondynkę, niepoprawną romantyczkę. Oryginalna love story, w której flirtują ze sobą ulubione gatunki popkultury – porno i melodramat.” Taki kolorowy opis filmu można znaleźć na filmwebie i muszę przyznać, że po obejrzeniu „Don Jona” miałam wrażenie, iż autor tych słów oglądał zupełnie inny tytuł. Przebojowa komedia? Przystojniak? Oryginalne love story? Nieee, w moim odczuciu to raczej słaby dramat, z tandetnie wystylizowanym cwaniakiem w roli głównej, próbujący moralizować na temat negatywnego wpływu pornouzależnienia na życie uczuciowe tego uzależnionego.

W „Don Jonie” najbardziej irytowali mnie jego bohaterowie oraz brak konsekwencji. Domyślam się, że debiutujący na dużym ekranie reżyser i scenarzysta, Joseph Gordon-Levitt, (a przy okazji też tytułowy bohater) świadomie naszkicował postacie o tak dziwnych, denerwujących i trudnych do zrozumienia osobowościach. Facet, dla którego najbardziej się liczą regularne: treningi na siłowni, wizyty w kościele i spowiedź, rodzinne obiady oraz podrywanie „panienek na 10tkę” jakoś nie wzbudza empatii. Tym trudniej jest mu współczuć z powodu niszczącego normalne życie uzależnienia, zwłaszcza, że on sam wydaje się być szczęśliwy ze swojego wyzwolonego stylu bycia. Na jakiekolwiek zrozumienie z mojej strony nie mogła też liczyć jego wybranka serca – Barbara (Scarlett Johansson, dla której Gordon-Levitt specjalnie napisał tę rolę). Bohaterka tak pusta i nudna, że aż żałosna. Do kompletu została jeszcze doczepiona podstarzała kobieta po przejściach - Esther (Julianne Moore), jako ucieleśnienie słów: „liczy się wnętrze, a nie wygląd”, albo jak kto woli: „kochaj sercem, nie oczyma” itp. itd.
W temacie bohaterów – brawa dla wyżej wymienionych aktorów. Stu-procentowo udało im się wykreować osobowości, z którymi nie nawiązałabym nawet cienkiej nici porozumienia, ale za to solidnie poplątany kłębek niezgody.

Scarlett Johansson i Joseph Gordon-Levitt

Julianne Moore
A wracając do braku konsekwencji – na początku reżyser zachęca widza do obejrzenia filmu na temat poważnego problemu uzależnienia od pornografii. Można więc oczekiwać głębokiego, mądrego przekazu, który wcale nie musi zostać przedstawiony w super-poważny i tragiczny sposób. Niestety, z każdą upływającą minutą, „Don Jon” zbliża się do wspomnianego, tak niewybaczalnie schematycznego love story, że nie bezpodstawnie można się poczuć oszukanym. Właśnie za to daję największego minusa.

Film nie zachwycił też pod względem wizualnym: muzyka, zdjęcia, scenografia – nie ma tutaj nic nadzwyczajnego, ani nowatorskiego. Ot, film jeden z wielu, o którym zapewne za kilka tygodni nie będę już pamiętać.

Jeśli zatem mieliście ochotę na film o podobnej tematyce, który udowadnia, że pornouzależnienie jest nie tylko zboczeniem, ale przede wszystkim chorobą – zachęcam do obejrzenia „Wstydu” Steve’a McQueena. Tematyka bardzo zbliżona, ale przedstawiona z perspektywy na pozór przeciętnego człowieka, z ustatkowanym życiem. Udowadnia, że skrzywienia emocjonalne mogą dotyczyć również tych, którzy na pierwszy rzut oka wydają się ludźmi sukcesu.


Dla „Don Jona” baaaaardzo naciągane 6 – chyba tylko ze względu na wspomnianą trójkę aktorów oraz debiut reżyserski (nikt nie mówił, że początki są łatwe). Raczej nie polecam.

czwartek, 28 listopada 2013

Wszystko o Stevenie /All about Steve

Laureat dwóch Malin za Najgorszą filmową parę dla Sandry Bullock i Bradleya Coopera oraz dla Najgorszej aktorki dla tej pierwszej w 2010 roku. Zabawne, że w tym samy roku, Bullock otrzymała nagrodę ze skrajnej szali - Oscara za rolę w Wielkim Mike'u. Postanowiłam przekonać się, czy Wszystko o Stevenie to faktycznie najgorszy z filmów w 2010 roku. Okazało się, że nie, jest to film prawie nijaki.



Na pierwszym planie mamy wyjątkowo ekscentryczną autorkę krzyżówek dla lokalnej gazety. Jednym słowem można opisać ją jako ''nerda''. Jest to chodząca encyklopedia, samotniczka, która wszystkich znajomych straciła poprzez za częste używanie otworu gębowego w celu wyjaśniania najmniejszej pierdoły. Wyraźna choroba zawodowa. Podobnie, jak czytelnicy gazety, wypełniający puste kwadraciki, Mary (Bullock) stara się wypełnić pustkę w swoim życiu. W tym celu postanowiła zakochać się i zdobyć serce atrakcyjnego (już wiemy, że mowa o Cooperze) operatora kamery w sieci telewizyjnej. 

Na samym początku filmu para zostaje ''spiknięta'' przez swoich rodziców, Mary, jak na ekscentryczkę przystało, za nic ma pierwszą i najważniejszą zasadę randki: ''Nie idź z nim do łóżka na pierwszym spotkaniu''. Chociaż ... rzuca się ona na Steve'a zanim jeszcze zdąży on odpalić auto, więc może jednak posłuchała tej zasady? Najważniejsze jest to, że ona się zakochuje, a dla niego od tego momentu rozpoczyna się prawdziwe piekło. Kobieta towarzyszy mu przy każdym włączeniu kamery, postanawia go śledzić  Najpierw jednak układa krzyżówkę, w której tematem jest ''Wszystko o Stevenie'', a pytania dotyczą koloru jego oczu i smaku pocałunków. Steve jak się zapewne domyślacie, to normalny facet, który po czymś takim robi coś zupełnie oczekiwanego - ulatnia się. Niestety, kobieta prześladuje go jak rola Ryśka z Klanu prześladuje.. Rysia z Klanu (?).

Kulminacyjny moment to ten, gdy Mary wpada do szybu w kopalni, zjeżdżają się media, w tym oczywiście Steve i .. zaskoczę Was, ale - nie zakochują się w sobie. Gdyby to zrobili, moja ocena byłaby niższa niż pięć, które dałam.



Krótko o plusach filmu, bo jest ich mało. Niestandardowa bohaterka, która zamiast w szpilkach woli czerwone lakierowane kozaczki. Zakończenie lepsze, niż się tego spodziewamy. I to na tyle.

Scenariusz to nieporozumienie na nieporozumieniu. Nieprzemyślany, dziwny... Przykładem na poczucie humoru w tym filmie jest facet, który trudni się... rzeźbieniem twarzy w jabłkach, jego popisowym numerem jest Matka Teresa. Tak, wiem:


I to jest właśnie kwintesencja opisu tego filmu.Trochę szkoda, że główne postacie to dwoje, tak lubianych przeze mnie bohaterów. Jestem przekonana, że powinni mierzyć wyżej. Wykonanie filmu jest tak nieudane, jak nieudana jest w nim fryzura Bullock.

Na pewno nie nazwałabym tej produkcji ''Najgorszym Filmem'', jednak na pewno nie jest warta poświęconego czasu. Już lepiej rozwiązać krzyżówkę, mając nadzieję, że jej autor nie gada takich bzdur, jak bohaterka ''Wszystko o Stevenie''.

wtorek, 22 października 2013

Ambassada

   Kolejna wyczekiwana przeze mnie premiera. Cieszyłam się, że w końcu Polacy załapali trochę dystansu. Po wszystkich dramatach, gdzie jesteśmy pokazywani jako ofiary. Obrazach pełnych patosu i cierpienia, nagle Machulski stwierdził, że ''jest już ok'' i można, po kilkudziesięciu latach po Wojnie pośmiać się z Hitlera. I jakże byłoby cudownie, gdyby film okazał się udany. Albo przynajmniej nie rozczarowujący... tak dobry jak zapowiedzi. No, ale niestety - tak nie było. Tydzień temu opisałam Chce się żyć jako polskich Nietykalnych. Teraz miały być polskie Bękarty Wojny, jednak zostaliśmy głęboko w okopach.


   Sam pomysł na film wydawał mi się świetny. Sama idea przeniesienia się do czasów II Wojny jeszcze jakoś wyszła. Ale poza tym, film był tak naprawdę o niczym. Ot, młodzi Polacy żyjący w 2012 roku przenieśli się w czasie i zaplanowali zamach na Hitlera. Wszystko za sprawą windy w jednej z warszawskich kamienic. 

W filmie nie było jednak wybitnych, godnych zapamiętania dialogów, długo planowanych strategi, przekonywujących zwrotów akcji. 90% filmu wypada nam z głowy jeszcze przed pojawieniem się napisów końcowych.

   Przemek i Mela, czyli wspomniani zamachowcy, to młode małżeństwo. Jednak w ich związku nie ma ani grama wiarygodności, szczęścia, czy miłości. Mela (Grąziowska) stara się być optymistyczną ekscentryczką, a Przemek (Porczyk) to zapatrzony w siebie egocentryk. Widz nie ma zielonego pojęcia dlaczego ta dwójka postanowiła być razem i wziąć ślub, skoro nawet zdrada przechodzi przez nich obojętnie. Oboje są chwilami irytujący.

   Dalej. Rozumiem, że zatrudnienie duetu Więckiewicz i Nergal, miało przyciągnąć tłumy do kin. Jednak żadna z ról tej dwójki nie była szczególnie wybitna. Hitler grany przez Wałęsę miał rozśmieszyć nas... hmmm.... biegunką, która mu doskwierała. A Ribbentrop grany przez lidera Behemotha miał zapewne szokować, gdy wspominał o okultyzmie. I tyle.


  Ambasada dostaje plusa za ciekawą muzykę i dobre zdjęcia samej Warszawy. No i za alternatywny scenariusz, w którym II wojna miała się nigdy nie odbyć, a świat miał być lepszy. Poza tym ekranizację można potraktować jako małą powtórkę z historii.

   I chciałoby się napisać coś więcej, ale przy tak nijakim filmie, bez polotu, trudno pisać długie recenzje. Jeżeli lubicie motywy cofnięcia się w czasie, to już lepiej zobaczcie ''Ile waży koń trojański''. Tam jest szansa na zaśmianie się, gdy tymczasem Ambassada serwuje chwilami jedynie uśmiech.


Moja ocena: 6/10.
A miało być tak pięknie.


wtorek, 3 września 2013

Jobs

   Jestem przekonana, że na ten film czekali nie tylko oddani fani gadżetów z jabłuszkiem, również jego przeciwnicy i ludzie ciekawi samego Steve'a Jobsa. No i stało się. Na ekrany kin wszedł długo wyczekiwany Jobs.



   Już od pierwszej sceny mamy pewność, że oglądamy prawdziwego współczesnego Mesjasza, który objawił nam się w ludzkiej postaci Jobsa. Prezentacja iPoda, czyli bądź co bądź jedynie modnego gadżetu niosła za sobą znamiona odkrycia leku na jakąś śmiertelną chorobę.

   Potencjał filmu został niewykorzystany. Na bazie tak ekscentrycznej i ciekawej postaci można było stworzyć coś... po prostu ''lepszego''. Przez życiorys założyciela Apple przeskakujemy po łebkach i jako widzowie odnosimy wrażenie, że kluczowe kwestie zostały pominięte. Film bez duszy. Nie mówiąc już o samej końcówce, która wydaję się zaskoczeniem. I to nie za sprawą ciekawego zwrotu akcji, tylko po prostu jej urwania. Na osoby, które myślą, że zobaczą końcowe stadium życia głównego bohatera czeka rozczarowanie. Film przedstawia Jobsa jako geniusza i dupka. Bez półcieni. W moim mniemaniu również jako człowieka wiecznie nie-do-końca-zadowolonego. No i dupka (ale o tym już chyba było). Film nie dał nam szansy zrozumienia fenomenu głównego bohatera, Nie wyjaśnia olbrzymiego sukcesu produktów Apple. Ich prezentacja to tylko szumne i patetyczne słowa. W chwili kiedy Jobs obejmuje na nowo ster Apple, reżyser stwierdza, że pokazał najciekawsze fragmenty i puszcza napisy końcowe.

Mamy nadzieję na dobre kino również za sprawą gry Kutchera, który widać, że starał się wczuć w odtwarzaną przez siebie postać. Przez wielu określany ''chłopakiem ze sąsiedztwa'', poprawny w Dwóch i pół, tutaj pokazał, że jest aktorem z którym należy się liczyć. Podobieństwo fizycznie, naśladowanie Steva z jego charakterystycznym chodem i lekkim garbem. Zwolennicy spiskowych teorii mogliby nawet rzucić hasło, że Jobs tak naprawdę wciąż żyje. Wszystko było na tak. Zdjęcia, bardzo dobra muzyka, gorzej niestety z fabułą, która ocenić można jedynie na nijaką. A szkoda, bo jak pokazał chociażby The Social Network filmy biograficzne, dobrze obsadzone mogą być szalenie ciekawe. Jednakże tutaj mamy do czynienia z typowym odtwórstwem, bez krzty ducha.


Jobs vs Kutcher

Ciekawostki o Jobsie (niekoniecznie dopowiedziane w filmie):

* porzucony przez rodziców, został później adoptowany. 

* agencja Bloomberg omyłkowo zamieściła nekrolog Steva Jobsa w mediach, wywołało to fale paniki na Wall Street

W 1976 r. Jobs porzucił naukę w college'u i ruszył do Indii. W tym czasie zgolił głowę, zaczął praktykować buddyzm i eksperymentował z LSD. Apple założył w wieku 21 lat razem ze Steve'em Wozniakiem i Ronaldem Wayne'em. W 1997 r. wypuścili na rynek Apple II - pierwszy praktyczny komputer osobisty. 



* W 1983 r. przyciągnął do firmy legendę Pepsi Johna Sculleya. Podczas spotkania miał mu zadać pytanie, które przeszło do historii: "Chcesz przez resztę życia handlować wodą z cukrem czy pracować ze mną i zmieniać świat?". W późniejszym okresie Sculley przyczynił się do zwolnienia Jobsa. W 1984 r. Apple wprowadziło na rynek macintosha - pierwszy komputer wyposażony w mysz. 




* Był właścicielem studia Graphic Group, późniejszy Pixar.




Wśród planów, jakie po sobie pozostawił, było stworzenie instytucji, która będzie uczyć jego następców, jak myśleć tak jak on. 




Firma Apple, którą założył w garażu w 1976 r., w dniu jego śmierci była warta 351 mld dol. 




* Dziwactwa Jobsa przeszły do legendy jeszcze za jego życia: któregoś razu zabronił np. wstawiania płytki do obwodu drukowanego, która miała być wewnętrznym komponentem komputera Macintosh zupełnie niewidocznym dla użytkownika, tylko dlatego, że była brzydka.


(Źródło: http://www.polskatimes.pl/artykul/980363,dziwak-egomaniak-geniusz-steve-jobs-i-jego-zycie-w-filmie-jobs-zdjecia-video,2,id,t,sa.html)

Zmarł na raka trzustki w Palo Alto (Kalifornia, USA). 

Steve Jobs był największym indywidualnym akcjonariuszem wytwórni Walt'a Disney'a.

(Źródło: Filmweb.pl)

Steve o sobie:




czwartek, 25 kwietnia 2013

Movie 43

Na początku roku bombardowani byliśmy trailerami komedii roku, w której zgodziły się (nie wiedzieć czemu) zagrać największe gwiazdy kina. Film stworzony przez 11 reżyserów nabierał rozmachu w kampanii reklamowej, by na końcu wylądować tam gdzie jego miejsce: w kiblu.


Już po 5 minutach seansu czułam, że mój intelekt został zgwałcony. Twórcy uznali, że gatunek seksualno-fekalny (duet penis-kupa jak zawsze niezawodny) to najlepszy pomysł na przyciągniecie tabunu widzów. Nie ważne na jakim poziomie stoi film jaki zrobiliśmy, ważne żeby się sprzedał.

Movie 43 to zbiór krótkich nowelek, z każdą kolejną przekonujemy się, że TAK, może być gorzej. Fabuła bazuje na tym, że jakiś mały geniusz próbuje dotrzeć do filmu (o nazwie właśnie ''Movie 43''), który kryty jest gdzieś w otchłani internetu. Podczas gdy jego własny komputer hakowany jest przez kumpla, który masturbuje się do porno własnej matki (scenarzyści musieli pochodzić z bardzo patologicznych rodzin!). Każdy z shitowych filmików, jaki oglądamy jest jak kopniak w jądra (tak sobie to wyobrażam, mimo, że jestem kobietą). Przez większą część czasu zastanawiamy się:
a przez resztę czujemy odruch wymiotny. Naprawdę współczuję osobom, które wybrały się na to do kina, a już zwłaszcza przypadkom podgryzającym. Bo bombardowani jesteśmy etiudami, w których wyznanie miłosne stoi na jednej szali z ''nakupcianiem'' na drugą połówkę (nie mylić z nasraniem - to byłoby wulgarne). Film, w którym poczucie humoru mierzone jest długością penisa, wielkością implantów i tolerancją na gówno na ekranie. No kuźwa.

I tak, jak nie dziwi mnie grająca w tej produkcji Anna Faris, znana szerzej jako Cindy Campbell ze Strasznego filmu, bo to jej świat i raczej nie ujrzymy jej w ambitniejszych produkcjach, ale moje serce krwawiło, gdy na ekranie widziałam kolejno: Gerarda Butlera, Halle Berry, Kate Winslet, Umę Thurman, Emmę Stone, czy w końcu Hugh Jackmana, który niedawno wykreował genialną kreację w Nędznikach. Chciałoby się zapytać dlaczego Najwięksi Hollywood zabrnęli do filmowego rynsztoka? Jeżeli to ma być żart, to jest równie śmieszny jak fabuła filmu. Tu nie może chodzić o pieniądze, raczej stawiałabym na zagrożenie życia rodziny, czy całonocny maraton teledysków Justina Biebera. Nawet nie chce mi się drwić, bo jako fanka, pełna uznania dla talentu wyżej wymienionych osób poczułam się po prostu zawiedziona i nie ukrywajmy wkurzona.  Można by to tłumaczyć tym, ze nawet królowie chcę pojednać się czasem z pospólstwem.  Jednak jeżeli jaja na brodzie mają być oznaką dystansu, to ja kurwa nie wiem w jakich my czasach żyjemy. I tak jak bawił mnie momentami klasyk gatunku Straszny Film, tak Movie 43 oscylował na granicy mojej tolerancji. Przez lata filmowcy tworzyli niezłe szambo, które wylało się w momencie wyjścia na ekrany M43. Jedyną zaletą tegoż filmu okazać się może to, że widzowie dostrzegą różnice miedzy tym co śmieszne, a rażąco ohydne na dużym ekranie. Że nie będą lecieć z wywalonym jęzorem do kina za każdym razem gdy producenci obiecają Najzabawniejszą Komedię Roku z topowymi nazwiskami. 

Jackman. Zdjęcie mówi samo za siebie.
I jeszcze posłowie dla wszystkich jedenastu reżyserów Movie 43:



czwartek, 18 kwietnia 2013

Intruz / The Host

Miałam kiedyś psa. Rasy amstaff. Wszystkim gościom kojarzył się on z ludobójcą, choć w gruncie rzeczy było to sympatyczne zwierzę. Jaga (bo tak się wabił ów pies) miała nieznośną tendencję do niszczenia swojego posłania, dosłownie pożerała wszystkie gąbczaste kojce, które jej kupowaliśmy. Zawsze potem leżała wśród rozgryzionych gąbek z miną: ''To nie ja'' i spoglądała tak rozbrajającym spojrzeniem, że natychmiast wybaczano jej wszystko.

Ta anegdota ma się do recenzji filmu, tak jak wizja duetu Meyer-Niccol do UFO i obcych.

Czyli: nijak..

Nie dość, że w skrytykowanym już przez nas Zmierzchu Stephenie Meyer:

robi z tego
to...
To w Intruzie
z tego
robi to.
I naprawdę najlepiej byłoby to skomentować w następujący sposób:


ale poszerzę swoją wypowiedź, aby mieć pewność, że idziecie do kina na własną odpowiedzialność.

O czym to ''dzieło''? W skrócie: Obcy opanowali całą ziemię i robią z ludzi podobnych sobie. Głównej bohaterce - Melanie wszczepiona została obca dusza o imieniu Wangabunda (...ooo fuck....), jednak Melanie jest tak twardą, nie do złamania osobowością, że nie daje się obcemu. W rezultacie Wangabunda cały czas słyszy w głowie głos dziewczyny. Oczywiście toczy ona walkę sama ze sobą, na początku zajmuje się konfidenctwem, by potem zbliżyć się do ocalonych ludzi. Wydaję mi się, że autorkę książki inspirowało foto story z Bravo girl. Główna bohaterka jest tak tępa, że zaczynamy wierzyć, iż wymienione ''czasopismo'' jest jej biblią. Morał tej historii jest natomiast taki: ''Całuj się'', i to najlepiej nie z jednym parterem, bo to nie przystoi prawdziwej Sweet Sixteen.

Już zaczynając od tego, że nuda w tym filmie przewija się jak szelmowski uśmiech Edwarda w pierwszej części sagi Zmierzchu (a słyszałam, że są masochiści, którzy przeczytali wszystkie tomy!). W tym filmie nie dzieje się absolutnie nic ciekawego. Czy to wina drętwej gry aktorskiej, czy po prostu nędznego scenariusza - nie wiem. Wiem tylko, że po 20 minutach głowa sama opada na klawiaturę. Skąd wiemy, że miało być dramatycznie? Pojedynczym scenom towarzyszą dźwięk ''rwanych skrzypiec'', co nadaje całości naprawdę groteskowy wymiar. 

Sceny, gdzie według zamierzenia autorki książki i reżysera mieliśmy zareagować głośnym: WOW i zacząć się zastanawiać nad własną egzystencją, zamieniają się w parodiujące prawdziwy dramat scenki dla mentalnych gimbusów. Jeżeli komuś podobały się części bestsellerowej sagi Meyer, to bez zastanowienia może ustawić się w kolejce do kina. O ile jednak dialogi Zmierzchu wywołały u Was jedynie ból zębów i jęknięcia: o ja pieprzę, to bez chirurga, który amputuje Wam uszy na seansie się nie obędzie.

Instrukcja użycia papieru toaletowego jest bardziej fascynująca niż ten film.

Podsumowując: Intruz idealnie wpasowuje się w nurt Bieberyzmu, Mam 12 Lat I Niechciane Dziewictwo -izmu itd. Jednak ja tej produkcji mówię stanowczo: nie! Ocena: 4.5/10.


P.S Spodziewałam się czegoś lepszego od reżysera Contagion - Epidemia Strachu.




sobota, 9 marca 2013

Najgorsze filmy w historii kina.

   Misją naszego bloga jest promowanie stosunkowo nowych, świetnych filmów. Jednak ważne dla nas jest również ostrzeżenie Was przed produkcjami, które oznaczają stracony czas. Kilka dni temu, po seansie Salo - 120 dni Sodomy utwierdziłam się w przekonaniu, że jestem gotowa na napisanie tego postu. Przedstawiam Wam subiektywną (a jakże) listę najgorszych filmowych niewypałów. Choć w niektórych przypadkach słowo niewypał wydaje się komplementem. Niektóre z tych filmów podburzają naszą wiarę w dobre kino, niektóre obrażają nasz filmowy gust. Przekonacie się też, że niektórzy reżyserzy powinni być objęci przymusową opieką psychiatry. Lista filmów, po wyreżyserowaniu których, nie wiedzieć czemu ktoś stwierdził, że należy je wypuścić w świat, a przed którymi powinno być obwieszczone, że ogląda się je na własną odpowiedzialność. Krótko mówiąc: Filmy Debilne Wręcz.


Miejsce 6 : Titanic II 2010


Ten film był tak głupi, że aż śmieszny. Strasznie oburzyłam się samym tytułem, bo ta produkcja nijak ma się do wersji genialnego Jamesa Camerona. Przez prawie dwie godziny zapuszkowani jesteśmy w rażąco niskobudżetowym filmie. Mamy niskobudżetowe lodowce, niskobudżetowy statek, niskobudżetowych aktorów. Zaoszczędzone pieniądze można było za to utopić w narkotykach, bo nikt nie powie mi, że produkcja ta zrealizowana była przy trzeźwych umysłach. Jest ona groteskowym nieporozumieniem: pomimo, że statek już tonie i stoi na wodzie w pozycji pionowej ludzie chodzą po korytarzach jakby nic się nie działo. Zamiast spadających z Titanica II ciał ofiar w stop-klatach zauważyć możemy jakieś grabie, worki itd. Bohaterowie wpływają do pustej szafy, a za 5 minut wypływają z pełnym sprzętem do nurkowania. No i banalna fabuła: biedna kelnerka zakochuje się w bogatym pasażerze. Co z tego wyniknie? Nie chcecie wiedzieć. Mnie osobiście ten film uraził. Nie wiem jak ktoś mógł wyprodukować go i stwierdzić: To się spodoba. Widz nie debil i producenci Titanica II powinni się o tym przekonać.

Miejsce 5  : Pirania 3dd 2012


Już sama pirania z jednym ''d'' była totalnie nietrafiona, ale im więcej ''d'', tym bardziej zanurzamy się w oceanie ludzkiej głupoty. Uwaga: zakończenie sprawia, że prawie się w niej topimy. W Piranii jedynce widzieliśmy np. odgryzione, pływające męskie członki. Co zaserwował nam John Gulager w kontynuacji? W sumie to samo, czyli seks oraz bezmyślną fabułę, gdzie mężczyzna zabija piranie przy użyciu broni, którą wbudowaną ma.. w protezach nóg. W produkcji zgodził się wziąć udział znany ze Słonecznego Patrolu ratownik David Hasselhoff, który gra tam samego siebie, co sprawia, że przez połowę filmu zastanawiamy się co ma większe IQ: pusty basen, pirania czy David. Najgorsze jednak w filmie było to, że końcówka zapowiadała następną część, albowiem piraniom wyrosły nóżki, wyszły przez to na brzeg i odgryzły głowę jakiemuś dzieciakowi. Strzeżmy się zatem, bo to nie koniec głębinowej żenady.

Miejsce 4 : Supershark / Rekin Cycojad 2011


Choć filmów o rekinach po Spielbergu pojawiło się wiele, ten jest zdecydowanie najgorszy. Zawiera on jednocześnie wszystkie cechy gatunku (Szczęko-parodii) czyli wypindżone laseczki, które w CV na casting do filmu musiały zamieścić tylko rozmiar stanika. Plus debilny, niedorzeczny scenariusz, który opiera się na założeniu, że rekiny potrafią chodzić. I zjadają wszystko co znajdzie się w pobliżu radioodbiornika. Dorzucamy tragiczną grę aktorską i efekty specjalne zrobione w Paincie. Jedyne co cieszy podczas seansu to pożeranie coraz to głupszych postaci. Szkoda jednak, że Supershark nie dorwał się do reżysera, zanim ten odpalił pierwsza kamerę.

Miejsce 3: Zęby / Teeth 2007


Przechodzimy do czołówki naszego rankingu. Gdy pierwszy raz usłyszałam o tym filmie zachodziłam w głowę co za porąbaniec wpadł by na pomysł takiego scenariusza. Film opowiada bowiem o chorej dziewczynie, która cierpi na rzadką przypadłość: w jej pochwie wyrosły zęby. Współżycie okazuje się tutaj dość trudne, bo każdy z jej partnerów traci członka. Szczególnie zapadła mi w pamieć scena, gdzie podczas wizyty u ginekologa lekarz pozbywa się palców. Nie muszę chyba wyjaśniać dlaczego ten film nie jest dobrym pomysłem na wieczorny seans, dzienny czy nocny. Ten film w ogóle jest nieporozumieniem. Chociaż potraktować go możemy jako niezłą antykoncepcję, i nie chodzi mi tu o swoistą przypadłość, ale bardziej o ostrzeżenie: I Ty możesz spłodzić reżysera Zębów.

Miejsce 2: Salo - czyi 120 dni Sodomy / Salò o le 120 giornate di Sodoma 1975



Mój internet próbował mnie ostrzec. Film mi się nie pobierał, odtwarzacze internetowe nie działały. I naprawdę żałuję, że nie posłuchałam sieci internetowej, tylko postanowiłam zobaczyć ten obrzydliwy, obsceniczny film. Sam scenariusz wydawał się z goła interesujący: czterech przywódców faszystowskiej, włoskiej elity porywa młodzież, by zamknąć się z nimi w sado-masochistycznym więzieniu. Zarówno dla ofiar, ale przede wszystkim dla nas - widzów w tym momencie zaczyna się piekło. Odradzam ten film osobom wrażliwym. Ja przez dwie godziny siedziałam w osłupieniu, zastanawiając się co ja właściwie oglądam. Obrzydliwe, ekshibicjonistyczne sceny nagości, kaprofili (obejmującej posiłki z ludzkiego kału), a ostry seks to w tym filmie chleb powszedni. Oprócz tego najbardziej uwidocznioną dla mnie wadą było nijakie przyzwolenie porwanych młodych ludzi na to wszystko, co z nimi robiono. Twórcy nie ukazali żadnych emocji, jedynie obrzydliwość pokazaną face to face z widzem. Zgodzę się z pewną bliską mi osobą, która stwierdziła, że film może budzić uczucia odrazy, czy zniesmaczenia jedynie dając do zrozumienia z czym borykają się ofiary. Tutaj jednak twórcy postanowili nie opierać się na domysłach, tylko pokazać widzowi wszystko czego nie chciał zapewne widzieć. I jestem pewna, że zarówno w 1975 roku, jak i współcześnie żyją ludzie, którzy zgodzili by się ze mną. Film zapada w pamieć, ja nadal się nie otrząsnęłam. Odradzam.

... i tak przechodzimy do numeru pierwszego. Przedstawiam najobrzydliwszy, najbardziej ryjący psychikę, zapadający w pamieć (w skrajnie negatywnym tego sformułowania znaczeniu), najgorszy film jaki widziałam:

Miejsce 1: Ludzka stonoga 2 / Human Centipede II 2011



Aż brakuje mi słów, aby opisać traumę jaką wywołał u mnie seans tego filmu. Od tego czasu zrodziło się u mnie sformułowanie: ''No kiepski ten film X, ale nie taki jak Ludzka Stonoga''. Jest miarą najgorszych filmów. Wcześniej mówiłam, że żaden horror mi nie straszny, ale przy Stonodze naprawdę miałam odruch wymiotny. Do dziś zastanawiam się czy autor scenariusza i reżyser w jednym - Tom Six jest chory psychicznie. Swoją drogą nie dziwi, że sam wziął się za reżyserkę  Znacie kogoś kto po przeczytaniu takiego scenariusz stwierdziłby: Kurde Stary! Genialne! Będzie hit! - i wziął się za realizację? Zacznijmy od tego, że sam pomysł na film w skali od 0 do 10 powinien dostać - 10. Główny bohater przez dwie najgorsze godziny w naszym życiu nie odzywa się ANI JEDNYM SŁOWEM. Serio. Sprawdzałam. Za to usypia ludzi na podziemnym parkingu jakby w XXI wieku obce było słowo: monitoring. Jedyną rolę jaką dostał Laurence R. Harvey po Ludzkiej Stonodze 2 to oczywiście kontynuacja, która premierę ma w tym roku. Na nic innego moim zdaniem nie może liczyć. Nie potrafię wyobrazić sobie (i boję się) psychiki człowieka, który tym filmem byłby zachwycony. Największą karą byłoby dla mnie powtórne oglądanie tego aktora (bo to film jednej roli), sposobu w jaki zabija matkę i obrzydliwej, ohydnej sceny końcowej. Dlaczego film ma u mnie AŻ 1/10? Bo skala nie obejmuje ocen minusowych.




A Wy Drodzy Czytelnicy? Jakie są filmy, które u Was wywołały skrajnie negatywne emocje?