czwartek, 5 maja 2016

AfryKamera 2016

Od razu przyznaję, że kino afrykańskie zdecydowanie nie jest moim konikiem. Jednak jak przystało na kinomaniaka (to nie to samo, co filmomaniak) ciekawość po raz kolejny wzięła górę i znów wylądowałam w poznańskiej Muzie na filmach, których na pewno nie obejrzałabym w domu przed komputerem.



Tegoroczna AfryKamera była moją pierwszą i... pewnie myślicie, że dokończę zdanie  "i na pewno nie ostatnią"... jednak nie tym razem. Nie sądzę, żebym w przyszłym roku znowu układała wszystkie swoje plany wokół kolejnych seansów w ramach tego festiwalu. Ale możliwe, że pomiędzy innymi zajęciami wpadnę do kina, na jakiś afrykamerowy film. 

Kilka najciekawszych tytułów tegorocznej poznańskiej edycji:

1. Krótkie metraże:
Mimo, że zabrakło gościa, który miał wprowadzić widzów w temat (niejaki dr Marcin S. nawet nie poinformował o tym organizatorów, tylko wydelegował jakiegoś biednego wysłannika, który tuż przed seansami przepraszał w jego imieniu - tak podsłuchiwałam rozmowę ekipy kina z owym wysłannikiem) oglądanie niektórych filmów wywołało ogromne emocje. Najbardziej spodobały mi się dwa tytuły:

GHASSRA - Groteskowy, ze świetnym poczuciem humoru i dosadnymi wyolbrzymieniami, które potrafią rozbawić do łez. Zapadający w pamięć obraz zachowań i tendencji typowych nie tylko dla społeczności afrykańskiej, ale dla ludzi w ogóle. Mimo, że lekki w formie, to porusza bardzo trudne tematy: "populizm polityków, fascynacje zachodnią kulturą i konsumpcjonizm, fanatyzm lokalny, ekstremizm religijny i terror pieniądza". Uwielbiam takie sarkastyczne formy!

A ROMEO OŻENIŁ SIĘ Z JULIĄ - Apolityczny i stu-procentowo uniwersalny przekaz. Śledząc monotonne życie starego małżeństwa, aż ciśnie się na usta komentarz: "no i po co wam to było?". Nieszczęście bije nawet z cebulek włosów na ich głowach, swoją drogą - resztek cebulek. Siła filmu tkwi w jego ostatniej scenie, kiedy to nawet taki sceptyczny widz, jak ja przyznaje w duchu, że bohaterów łączyła największa miłość na świecie. Prawie wzruszający!


2. HEDI - To TEN tytuł, o którym mówi się, że zachwycił Meryl Streep na tegorocznym Berlinale. Film otrzymał nagrody za najlepszy debiut oraz za rolę Majda Mastoury wcielającego się w tytułowego bohatera. 
Chociaż "Hedi" opowiada o rozterkach sercowych, to jest czymś więcej, niż zwykłym melodramatem. Przez pryzmat głównego bohatera poznajemy powolny proces przemian tunezyjskiego społeczeństwa. Nowoczesność technologiczna przeplatana z zaściankowością mentalną tworzą mieszankę, która nie może nie wybuchnąć. 
Chociaż przedstawiony temat jest naprawdę ciekawy, to sam obraz nie wywołał we mnie aż takich emocji, jak wyżej wymienione krótkie metraże. Najlepszy (chociaż dziwnie to brzmi) jest przedstawiony tutaj problem. A cała reszta... to po prostu reszta ;)

3. AYANDA - Historia Ayandy, którą bez wahania można nazwać hipsterką. Ma 21 lat i postanawia postawić na nogi podupadający warsztat swojego nieżyjącego już ojca. Jej artystyczna dusza, pracowitość, odwaga i cała masa innych zalet sprawiają, że Ayanda to typowa kumpela, z którą chciałoby się zaprzyjaźnić mimo małej przeszkody, jaką jest  dzielący nas szklany ekran. 
Tłem, momentami wychodzącym na pierwszy plan, jest współczesny Johanesburg - kolorowy, dynamiczny i w ciągłym ruchu. 
Całkiem nieźle się to oglądało!





wtorek, 12 kwietnia 2016

Gejsza

Widzę taki plakat i myślę sobie: "Nieee, to nie może się udać". A później idę na to do kina (serio, z moich obliczeń wynika, że do kina chodzę najczęściej na takie rzeczy) i przyznaję "To się nie udało jeszcze bardziej, niż przypuszczałam".


Mam wrażenie, że jesteśmy świadkami narodzin najnowszej z nowych fal w polskim kinie, która polega na nieudolnym naśladowaniu wielkich, zagranicznych i technicznie pięknych produkcji. Najpierw "7 rzeczy, których nie wiecie o facetach" i walka z niedźwiedziem a'la "Zjawa". Teraz "Gejsza" i PRAWIE tarantinowski motyw krwawej zemsty, czyli strzelanie, dźganie i gruzy dookoła. Szkoda tylko, że krew jakaś taka mało krwista, a zdjęcia w plenerze (zwłaszcza te pod koniec filmu) przypominają to:



Bohaterowie "Gejszy" zajmują obecnie pierwsze miejsce w moim rankingu, który btw.dopiero co wymyśliłam, najbardziej bezsensownie prowadzonych dialogów i najbardziej nie na temat udzielanych odpowiedzi. Np.:

- Będziesz za 20 minut?
- Nie dam rady, nie mam auta.
- Super, wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.

Po czym człowiek, który nie ma auta wsiada do swojego auta i jedzie. A nawet wozi się nim do końca filmu. 

"Gejsza", to też aktorski majstersztyk! Marta Żuda Trzebiatowska wystąpiła w swoim całkowicie drewnianym stylu. Tak naprawdę to ta sama postać, którą stworzyła dawno temu, a która w kolejnych filmach różni się od poprzednich bohaterek jedynie ubraniem i ewentualnie kolorem włosów. Tym razem różnica polega na tym, że w dużej mierze jest ona bez ubrania i stoi przy rurze z ręką wyciągniętą do góry.

Z kolei Marian Dziędziel dokonał rzeczy niemożliwej. Zagrał źle. Naprawdę bardzo źle. Wcielił się w niewidomego człowieka, który sieje postrach w ganksterskiej elicie beznazwowego miasteczka (czy tam wsi), a jego ksywa brzmi "HAJS". 

Wystarczy? Podejrzewam, że tak, więc dodam tylko, że finał tego "filmu" powala najbardziej. Cóż za klamra kompozycyjna! <3 



wtorek, 22 marca 2016

Ixjana: Z Piekła Rodem

Rok 2012 śmiało można ochrzcić jako koniec polskiego kina. W tym roku bowiem bracia Skolimowscy wpadli na realizację polskiego dramatu, thrillera, który miał chyba mówić o tym jak główny bohater zabija swojego najbliższego przyjaciela.


Dla mnie był to cios. Na swoim fw napisałam nawet, że gdybym miała wybierać - zobaczyć ten film jeszcze raz, to wolałabym słuchać 5-godzinnego wykładu posłanki Krystyny P. o jej chorobach wenerycznych. Obu rzeczy nie życzę najgorszemu wrogowi. Chyba, że twórcom filmu Ixjana. Od reżyserów po faceta, który przynosił ekipie kanapki.

Zacznijmy od tego, że produkcja od początku serwuje nam pełne zażenowania WTF, gdy to główny bohater (grany przez Sambora Czarnotę - nie oszukujmy się, ktoś o takim imieniu mógł wylądować tylko w filmie o takim tytule, albo w produkcjach takich jak Śniadanie do Łóżka, Prosto w Serce, M Jak Miłość...) używa zębów by otworzyć odkręcaną butelkę Kubusia. Takim jesteś macho? Ja otwieram laptopa łomem, a drzwi otwieraczem do konserw. Boooyah!

Po drugie: film prezenruje nam takie oto dialogowe perełki:

Postać grana przez Borysa Szyca poderwała laskę, z którą Sambor (ha ha ha) był w głębokim friend zone. I tak, autentycznie to był trzon scenariusza. W każdym razie - Marek (Czarnota) jest tym faktem mocno podłamany, wyrzuca przyjacielowi:

- Jak to ją poderwałeś? Przecież pokazywałem Ci ją na przystanku! Mówiłem, że ona mi się podoba!
Artur (Borys): No jak?! Przecież ciemno było! A ona miała na sobie opaskę do włosów, czy gumkę. To zupełnie inna kobieta była.

...To zupełnie inna kobieta była.

Opaskę, gumkę do włosów.

ZUPEŁNIE INNA KOBIETA.

Wybaczcie, mam skłonność do przesady, ale skomentuję to w ten sposób:

Znalezione obrazy dla zapytania gumka do włosów
BEST KAMUFLAŻ EVER!

Naprawdę jest to dużą oszczędność dla wojsk całego świata. Po co inwestować w kamuflujące moro? Wystarczy zobaczyć Ixjanę. (Płyta DVD powinna być dołączona do gumy kulki jeżeli brać pod uwagę wartość intelektualną).
Po trzecie: w filmie menel dzieli się alkoholem! Który menel kiedykolwiek pomyślał by to zrobić? A co dopiero tą myśl zrealizował?! Poza tym, ta sama postać (Simlat) opowiada o gwałcie na trzynastolatce w taki sposób, że ma się odruchy wymiotne. I nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że produkcja tą myśl... propaguje? Obrzydlistwo.

Po czwarte: straciłam jakikolwiek szacunek do Dereszowskiej. Ja rozumiem, że dla ambitnej roli można się rozebrać. No jasne. To tylko nagość. I ponownie: lepiej żeby zdjęcia Twoich cycków były dodawane do gumy kulki i płyty Ixjana na DVD. God Dam It!

Po piąte: tu nawet brakuje słów ile niedorzeczności jest w tym scenariuszu. Dodam, że jedna ze scen serwuje nam zabicie kogoś uderzeniem z główki (ciekawe jak to zaplanować by umarł uderzony, a nie uderzający). O humorze, scenariuszu, reżyserii czy montażu nie ma nawet mowy. Nie ma mowy nawet o racjonalnym tytule.

Frycz miał tu krótki epizod. I przypomniały mi się wszystkie głosy moich znajomych, że on jest całkiem niezłym aktorem, tylko źle trafia w role. Przedstawcie mi jego jedną dobra rolę. Nie proszę o wiele. Jedna rolę, która nasuwa Wam na myśl stwierdzenie, że Frycz jest dobrym (nie wybitnym), ale jedynie dobrym aktorem. Czekam. Wyzywam Was. Dla mnie on się zupełnie nie szanuje.

Wracamy do filmu.

Jedynka. Bez serduszka.

Zabijcie mnie.



Recenzja z dedykacją dla autora Wiking Movie którego komentarz odnośnie tego filmu sprawił, że nie mogłam się nie ustosunkować. Dzięki Michał!


niedziela, 13 marca 2016

Historia Roja

Recenzję zacznę od tego, że alternatywnym tytułem tego filmu jest ''Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać'' i już możecie mieć zarys katuszy, które spotkały mnie na sali kinowej. Dodam, że w bardzo ciekawym, w większości prawicowym targecie, dla którego ten film był mocną ''dysią''.


Bardzo rzadko czuję się poirytowana na jakimś filmie, zwłaszcza w kinie. Uwielbiam celebrację na sali kinowej. Nigdy (!) nie chciałam wyjść z kina, zmieniła to premiera filmu ''Historia Roja''.

Film z tak niskim budżetem, że chyba zrealizowanym za to, co zostało po zrzucie na pizzę dla kilku osób. Chyba nawet można napisać o płatnym wolontariacie dla aktorów. Znaczy się... dla ludzi, którzy stanęli przed kamerą, bo aktorstwem tych błazeńskich popisów nie można absolutnie nazwać.

Ciężko nawet sensownie sklecić kilka zdań by opisać tego gniota. Autentycznie byłam oburzona siedząc na sali kinowej i patrząc na coś, co dostało dwa patronaty Prezydentów Rzeczpospolitej Polskiej. 

Absolutnie współczuję wszystkim wycieczkom klasowym, które będą musiały się z tym zapoznać. Przede wszystkim została podważona główna idea filmu historycznego - nie wynosimy z tej produkcji nic. Żadnej wartości intelektualnej, żadnej wiedzy na temat głównego bohatera, politycznej otoczki, tematu żołnierzy wyklętych. Jedyny wniosek na temat Roja czyli Mieczysława Dziemieszkiewicza to to, że był psycholem. Czego niepodważalny fakt widzimy podczas sceny na weselu. Uważam, że gdyby wiedział, że jego historia zostanie opowiedziana w taki sposób, to zapewne zostałby florystą. 

Film z takimi dziurami w scenariuszu, takimi beznadziejnymi efektami/muzyką/dźwiękiem to hańba a nie hołd dla żołnierzy wyklętych. Absolutne amatorstwo. Temat jest nośny, wcześniej niedoceniony przez pracowników X Muzy, więc potencjał jest. A jednym słowem wyszedł z tego straszny shit. I najgorsze jest to, że stwierdzamy to już od pierwszej sceny, mając świadomość, że koszmar trwa 2.5 godziny. Gdybym miała wybierać, czy obejrzeć to raz jeszcze, czy pozwolić na użycie wiertarki na moich skroniach, to miałabym wątpliwość. Przyjemności podobnego kroju.

Wystarczy odrobinę zaspoilerować byście mieli pogląd na sytuację - w jednej ze scen postrzelony kierowca wyjmuje sobie kulę z czoła. Wyjmuje pieprzony pocisk! No to już jest gwałt na inteligencji ameby, a co dopiero widza w kinie.

Ignorancja półcieni, pokazywanie wszystkiego w biało-czarnych (a właściwie jedynych słusznych biało-czerwonych) barwach, gdzie nasi są dobrzy, a czerwoni są źli. A sami wiemy, że historia tego nie lubi. Zamiłowanie do slow motion, które pojawia się chyba w najbardziej nieodpowiednich momentach. Zalewski gdyby miał zrealizować film o polskich przedszkolach nakręciłby sceny, gdzie w slow motion dzieci jedzą zupę mleczną. Masa scen ''typu gołąb'', o których nawet nie chcę pamiętać. Monotematyczność, brak logicznego związku pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami. Absolutny chaos i cyrk, którego scena kulminacyjna ma miejsce na pogrzebie brata głównego bohatera. Bardzo duży krok w tył dla polskiego filmu wojennego.

Nie da się o tym filmie napisać bez wspomnienia o polityce. Gdy już nie faszerowano nikogo ołowiem, to z ekranu spływały na nas mocne, patriotyczne hasła. Skrajne zapatrzenie w słowa ''Bóg Honor i Ojczyzna'', które zaćmiewają niepodważalny fakt, że ten film był po prostu do bólu amatorski. Niektórzy ''10tkami'' pokazują swoja deklarację polityczną. Założę się, że wiele osób nawet tego filmu nie widziało, ale każdego, komu się on nie podobał wyzwą od idioty na służbie zdrajców Narodu/Żydów/Brukseli/Zachodu/TVN/itd. 

Tak więc chętnie przyłączam się do grona zdrajców.

1/10

Bez serduszka.