sobota, 5 listopada 2016

Jestem mordercą - minirecenzja



Historia chociaż (albo: właśnie, dlatego że) przerażająca, to naprawdę ciekawa. Sprawą „Wampira” żył w latach 70-tych cały kraj, tak słyszałam, a temat powrócił za sprawą najnowszego filmu Macieja Pieprzcy. Na szczęście nie sama fabuła stanowi siłę tego obrazu. Kolejny raz możemy podziwiać świetne aktorstwo Polaków – Kulesza, która nie ma sobie równych wśród rodzimych aktorek, Jakubik, którego nazwisko jest synonimem słowa „talent”, Haniszewski, którego największą zaletą jest to, że nie jest Piotrem Głowackim, Adamczyk, za którym w końcu można było się stęsknić, Żurawski, którego naprawdę ceni, jeśli tylko nie pojawia się w komediach (a występu w „Kochaj” nie wybaczę nikomu). I jak zwykle nie mogę wyjść z podziwu dla scenografii, charakteryzacji i kostiumów. Tak, tak jestem fanką współczesnego, polskiego kina dramatycznego – DO KINA MARSZ!


piątek, 4 listopada 2016

Przełęcz ocalonych

„Przełęcz ocalonych” – czyli najnowszy film wojenny Mela Gibsona. I chociaż do bycia fanem Mela jest mi naprawdę daleko, to muszę przyznać, że tym razem stoję za nim murem. A w sumie, to nawet chwilowo mogę być jego murem obronnym.



Żeby nie było tutaj zbyt słodko, ale jednocześnie, żeby na końcu recenzji nie został jakiś kiepski posmak, zacznę od tego, co jest złe. Złe i całkowicie zbyteczne. Otóż – złe i całkowicie zbyteczne jest przerażające rozciągnięcie w czasie wątku miłosnego. Gdyby chociaż kobieta życia głównego bohatera miała na niego niesamowicie silny wpływ i zmieniła jego światopogląd, hierarchię wartości, czy charakter, to wówczas można to zrozumieć. Ale nie e! Nic z tych rzeczy. Desmond Doss (Andrew Garfield) był bardzo stanowczym człowiekiem z zadziwiająco silną wolą. Przez całe życie podążał raz obraną drogą. Miłość pewnie jakoś mu pomogła znieść trudy wojny, ale jestem przekonana, że doszłabym do takiego wniosku nawet wówczas, gdybym twarz tej miłości widziała jedynie na fotografii wciśniętej w minibiblię, które btw.i tak widziałam na ekranie dość często. Pomogłoby to rozwiązać drugi problem „Przełęczy...”, czyli czas jej trwania (przeszło 2h). Ok, marudzę, bo po prostu nie lubię tak długo siedzieć bez ruchu, więc oczywistym jest fakt, że każdy film trwający przeszło 2h ma u mnie na starcie oczko w dół w ocenie końcowej ;) ;)

Sama historia głównego bohatera mogłaby zostać uznana za przerysowaną i nieprawdopodobną, gdyby nie taki drobny szczegół, czyli to, że jest historią prawdziwą. Mało tego! Gibson świadomie nie opowiedział o wszystkich bohaterskich czynach Desmonda Dossa, bo spodziewał się fali krytyki ze strony niedoinformowanych widzów. Sama zresztą należałam do tej grupy (w sensie niedoinformowanej) i jestem pewna, że należałabym też do grupy krytykującej. Na szczęście trochę się doinformowałam i zapewniam was – Doss naprawdę uratował życie 75-osobom, naprawdę nie zabijając przy okazji ani jednej. Twardo i konsekwentnie trzymając się swojej wiary, zyskał szacunek, chwałę, sławę, dozgonną wdzięczność, przyjaciół, nagrody i zapewne miejsce w niebie też.
 
Poza tym, co jak co, ale na robieniu scen wojennych Gibson zna się jak mało kto, a może nawet i nikt inny. Jeśli ktogoś nie zrażają widoki krwi oraz zmasakrowanych ciał, to w „Przełęczy” zrażą. Wybuchy, ogień, kurz, dym i inne takie tam powstawały bez użycia efektów specjalnych. Czy wszystkie, co do jednej? Tego nie wiem (zwłaszcza, że ciężko mi w to uwierzyć), ale doinformowując się (??) po seansie dotarłam do takiej właśnie ciekawostki. Film z serii: „do obejrzenia w kinie/traci na małym ekranie”. Zwłaszcza jego druga, ta ciekawsza, część.

Aktorsko bez rewelacji, a nawet tak sobie. W sensie - na pierwszym planie. Nie lubię Garfielda, nie podoba mi się jego gapkowaty uśmiech oraz wzrok, drażni miałka barwa głosu. Za to ogromnym zaskoczeniem była rola Vince Vaughna! Sierżant Howell w jego wykonaniu, to kawał chłopa i solidny twardziel, ale z postępującą empatią i stałym uczuciem solidarności. Prawdziwy wódz i autorytet dla niedoświadczonych wojennie chłopaków.

Pomimo tych wszystkich sprzeczności i skrajności – mocne 7/10.

niedziela, 23 października 2016

Wołyń

szukam świata
w którym jedna jaskółka
czyni wiosnę
gdzie szewc
chodzi w butach
gdzie jak cię widzą
to dzień dobry
szukam świata
w którym
człowiek człowiekowi
człowiekiem

Na próżno szukać jaskółek w świecie Smarzowskiego. A jeżeli by były, to zostałyby od razu zamordowane, a kamera śledziła by wnętrzności ich brzuszków spadających z nieba.
Szewc chodził by bez butów po ludzkich szczątkach.
Jak Cię zobaczą, to kula w leb.
I lepiej liczyć na to, że Tarantino wyprodukuje serial animowany o misiach, niż szukać człowieczeństwa we "Wołyniu".

Ignorantem jest ten, kto powie, że to jest złe kino. Po serii śmierdzących pieluch z niespodzianką, jakie serwowali nam polscy twórcy filmowi w tym roku w końcu można wyjść z sali kinowej usatysfakcjonowanym. I jak przystało na filmy Smarzowskiego - z deprechą.

Osobiście wolę jak opowiada historie współczesne  (genialna "Drogówka" dla przykładu), ale doceniam prawdziwą wartość historyczną filmu "Wołyń".

Do stałej ekipy aktorskiej Wojtka (Smarzol Squad) dołączyła Michalina Łabacz. Trudno ocenić aktorkę po jednej roli. Ale gdyby się na to pokusić, to karie!a debiutującej 24-latki zapowiada się całkiem ciekawie.

Z minusów - film wydaje się za długi, chwilami mocno przeciągnięty.

Warto się na chwilę zatrzymać i zastanowić, czy nie mamy szczęścia rodząc się w Polsce współczesnej. Mimo bezrobocia, posranej polityki i rosnących problemów. Doceniam fakt, że nie znajduje głów w wiadrach i nikt nie pali tutaj dzieci w stosach siana. Jest to jedyna pozytywna myśl, z jaką wychodzi się z tego ponad dwugodzinnego seansu.

Podsumowując- ode mnie 8/10.  Ten film to cały Smarzowski, niezmienny - podobnie jak zła ludzka natura.

Pozdrowienia dla Mateusza, który był nijako inicjatorem powyższej recenzji. Filmy mają wywoływać dyskusje, nawet te bardzo zgodne :)

sobota, 22 października 2016

Dziewczyna z Pociągu / The Girl On The Train

  Jestem pewna, że kiedyś powiedziałam Agacie, że Paula Hawkins pisząc ''Dziewczynę z Pociągu'' zrobiła ukłon w naszą stronę. Spostrzegawcza, wiecznie dojeżdżająca transportem miejskim kobieta z bogatą wyobraźnią? To jesteśmy my! (Minus oczywiście problem alkoholowy).

 Rozumiem, że ktoś z tego filmu mógł wyjść nieusatysfakcjonowany. Trailery zapowiadały dość mocny thriller psychologiczny łamany na kryminał. A tutaj - wierna kopia książki.
Cały urok obu tkwi moim zdaniem w detalach.


  Zarówno w książce, jak i filmie bardzo podobało mi się spojrzenie przez pryzmat wszystkich bohaterek (bez ''bohaterów'', jest to literatura dość feministyczna). Tak, jak zapewne wiecie - nienawidzę, gdy przedstawia się świat jako czarno-biały (i pisze to akurat Monika). Tutaj do głosu dochodzą półcienie. Właściwie na tym to wszystko bazuje. Autorka bawi się naszą uwagą przez pół książki, a gdy myślimy, ze ''wiemy co i jak'' pociąga za nos w zupełnie odwrotnym kierunku.

  Gdy dowiedziałam się, że Emily Blunt ma zagrać Rachel byłam stanowczo na nie. Przed moimi oczami ukazał się obraz asystentki Mirandy Priestly w charakterze menela pod osiedlowym sklepem. To się nie mogło udać. A jednak! Dzięki naprawdę dobrej grze aktorskiej - swoją drogą, to chyba dość trudno zagrać kogoś pijanego? Czy nie lepiej się po prostu upić? - i dobrym specom od makijażu Emily wydała się bardzo wiarygodna. Sam problem alkoholizmu i przesadzania z daną używką jest dość trafnie pokazany. 

  Agata widziała ten film wcześniej. Powiedziała, ze nigdy (albo rzadko kiedy?) nie widziała tak wiernej ekranizacji. Ciężko się nie zgodzić. Poza tym, ze własnie aktorkę pierwszoplanową wyobrażałam sobie zupełnie inaczej, a w roli jednej z dwóch blondynek widziałabym Rosamund Pike, tak w każdej innej kwestii należy chylić czoła twórcom.

Absolutnie nie żałuję pieniędzy wydanych na bilet, a do samego filmu na pewno jeszcze kiedyś wrócę.

Ode mnie 7.5/10