Przedstawiam Wam bardzo dobry niemiecki film. Gatunkowo można go przedstawić jako dramat, thriller i kryminał. Opowiada historie ludzi, które łączy jedno tragiczne wydarzenie. W lipcu 1986 roku brutalnie zgwałcona i zamordowana zostaje mała Pia. Jej ciało sprawca porzuca w polu pszenicy. Fabuła filmu przeskakuje o 23 lata a historia znowu się powtarza, ginie następna dziewczynka. Oglądamy ten film z punktu widzenia matek ofiar, żon zabójców i świadka tragedii.
Największym atutem tej produkcji jest ciekawa fabuła i to, ze do końca nie jesteśmy pewni kto tak naprawdę jest morderca. Widzimy wyrzuty sumienia człowieka, który czuje sie winny chociaż to nie on był powodem krzywdy dziewczynek.
Jedyne co mogę mu ''zarzucić'' to to, ze trzeba się na nim porządnie skupić bo reżyser Baran bo Odar często stosuje retrospekcję i musimy starać się nadążać czy oglądamy rok 2009 czy 1986.
Film porusza ciężka tematykę gwałtów na dziecku, pedofilii. Pokazany jest z perspektywy osobnika, który ma wyrzuty sumienia z powodu tego jaki jest, żyje uważając siebie za potwora i mężczyzny, który z tym nie walczy i daje upust swojej chorej naturze.
Film, o którym dzisiaj napiszę być może przypadnie
do gustu fanom powieści Nicholasa Sparksa. A jeśli ktoś nie czytał jego książek (sama muszę przyznać, że jeszcze
nie zdążyłam, ale chcę to nadrobić), to z pewnością kojarzy
niejeden tytuł, którego scenariusz jest właśnie na nich oparty. Dotychczas
zekranizowane powieści Sparksa to kolejno: List
w butelce (1999); Szkoła uczuć
(2002, tytuł książki to: Jesienna miłość);
Pamiętnik (2004); Noce w Rodanthe (2008); Ostatnia piosenka (2010); Wciąż ją kocham (2010) i film najnowszy,
czyli Szczęściarz (2012). Jestem
przekonana, że zdecydowana większość, o ile nie wszystkie, z tych tytułów są
Wam doskonale znane. Trzeba też przyznać, że są to typowe wyciskacze łez, na
które od czasu do czasu część z nas ma ochotę – i to nie tylko kobiety J.
Szczęściarz
jest historią 25 – letniego żołnierza, Logana Thibaulta (Zac Efron), który
wrócił do domu ze swojej trzeciej misji w Iraku. Jak się sam przekonał,
normalne życie w spokojnym kraju nie jest wcale proste dla człowieka, który
przeżył wojnę. Dlatego też postanowił wyruszyć na poszukiwania młodej kobiety,
której fotografię znalazł na pustyni po jednym z ataków wroga. Zdjęcie to
traktował jako swoistego rodzaju talizman i uznał, że chce osobiście
podziękować owej dziewczynie za opiekę. Kiedy już odnalazł Beth (Taylor
Schilling) nie potrafił powiedzieć wprost kim jest i dlaczego przybył, więc
rozpoczął pracę w jej zakładzie opieki nad zwierzętami. Z czasem Logan i Beth
się w sobie zakochują, a ich miłość nie jest pozbawiona przeszkód (to chyba
oczywiste).
W związku z tym, że nie czytałam jeszcze książki,
nie mogę określić czy scenariusz jest zgodny z fabułą powieści czy nie. Muszę
się zatem skupić wyłącznie na filmie - a w nim podobał mi się sposób
przedstawiania poszczególnych wątków. Nie było dziwnych niedomówień, czy
natłoku zdarzeń i postaci, które tylko wprowadzają szum. Końcówka filmu
nawiązuje do scen początkowych, co stworzyło klamrę zamykającą główne tematy.
Dlatego też pod tym względem film mi się podobał. Jeśli jednak chodzi o samą
fabułę, to Szczęściarz jest podobny
do pozostałych zekranizowanych powieści Sparksa. Główną rolę odgrywa tutaj miłość,
na którą czekają różne trudności i przeszkody do pokonania. Niełatwo jest mi
pisać swoje opinie na temat konkretnego filmu, jeśli nie chcę zdradzić zbyt
wielu szczegółów. Spoilery, zwłaszcza te nieoczekiwanie się pojawiające, zawsze
są irytujące i psują całą zabawę z oglądania filmu, więc nie będę się bardziej
zagłębiać w treść Szczęściarza.
Taylor Schylling
Jeśli chodzi o jedną z najistotniejszych kwestii -
czyli obsadę, to przyznaję, że początkowo byłam sceptycznie do niej nastawiona.
Kiedy przeczytałam, że główną rolę zagrał
Zac Efron czułam się mocno zawiedziona. Aktora
kojarzyłam przede wszystkim z serią High
School Musical, której nigdy nie lubiłam. Na szczęście wystarczyło kilka
pierwszych scen Szczęściarza i
zrozumiałam, że Efron z HSM to już
przeszłość. Sam wygląd fizyczny wiele zdziałał, bo dorosły Zac bez dziwnej
grzywki, prawie wcale nie przypomina siebie z przeszłości. Całe szczęście.
Jednak wygląd wyglądem, ale gra też się liczy – i tutaj już było trochę
słabiej. Aktor nie potrafił przekazać wszystkich emocji. Myślę, że reżyser
(Scot Hicks – Życie od kuchni; Blask) zdawał sobie z tego sprawę i
zastosował kilka sztuczek. Np. w jednej ze scen, w której Logan miał spiorunować
wzrokiem byłego męża Beth, kamera była ustawiona w ten sposób, że Efron stał do
niej bokiem, natomiast widzieliśmy dokładnie twarz drugiego mężczyzny. Drugi
mężczyzna, czyli filmowy Keith (Jay R. Ferguson) poradził sobie świetnie
pokazując początkowo zdziwienie, później zmieszanie przechodzące w strach – co
miało być reakcją na ów groźny wzrok Efrona, którego mogliśmy się tylko
domyślać. Mimo wszystko, to dobrze, że reżyser daje szansę młodym aktorom na
to, by mogli się uczyć i rozwijać pracując przy różnych produkcjach, dzięki
którym nie będą na zawsze przypisani jednej roli. Żeby było ciekawiej, jako
przykład analogicznej sytuacji chciałam podać Daniela Radcliffe’a, który stara
się zerwać z etykietą Harry’ego Pottera. Napisałam „żeby było ciekawiej”,
ponieważ to właśnie Radcliffe miał początkowo zagrać rolę Logana Thibaulta. Natomiast
Taylor Schilling, odtwórczyni roli Beth, jest aktorką, która wystąpiła
dosłownie w kilku filmach oraz w serialu Szpital
Miłosierdzia. Podobało mi się jak zagrała w Szczęściarzu, więc zapewne obejrzę jeszcze którąś z tych
nielicznych produkcji z jej udziałem.
Dla zobrazowania, że wizerunek też ma znaczenie, z lewej Efron w Szęściarzu, z prawej w HSM:
Dziwi mnie, że do tej pory nie odbyła się polska
premiera tego filmu, choć była zapowiadana na połowę czerwca, a później na
połowę lipca. Zaskakujące jest to tym bardziej, że wcześniejsze ekranizacje
powieści Sparksa cieszyły się sporym powodzeniem w naszym kraju. Zwłaszcza dwa
filmy z 2010 roku, czyli: Ostatnia
piosenka i Wciąż ją kocham zdobyły
sporą grupę fanów.
Podsumowując: Szczęściarza
polecam wszystkim tym, którzy mają ochotę na kino romantyczne, ale nie na
komedię romantyczną. Film mnie nie zawiódł, jednak moim faworytem spośród
wymienianych dzisiaj tytułów pozostaje Pamiętnik.
Kina zasypują nas w ostatnim czasie premierami
komedii. W związku z czym, bez dłuższego
zastanawiania się, postanowiłam obejrzeć Kochanie,
poznaj moich kumpli. Film jest efektem pracy scenarzysty Deana Craiga (Zgon na pogrzebie) i mało znanego mi reżysera – Stephana Elliotta.
Krótko, o fabule: Anglik David (Xavier Samuel) w czasie swojej
podróży po egzotycznych miejscach, spotyka na pozornie bezludnej wyspie
australijską dziewczynę – Mię (Laura Brent III). Oczywiście szybko się w sobie zakochują i
postanawiają wziąć ślub. Jednak najpierw wracają do swoich domów, by dopiero na
dzień przed weselem znów się spotkać w bogatych posiadłościach dziewczyny.
David przyjeżdża do narzeczonej wraz ze swoimi trzema przyjaciółmi, co jak nietrudno
zgadnąć, prowadzi do serii skomplikowanych sytuacji.
Film jest oparty na typowej komediowej konwencji, a
zatem: niewinny i beztroski wstęp -> fala śmiesznych (lub mających być
śmiesznymi) sytuacji -> skomplikowanie się wątków, które wręcz stają się
dramatyczne -> patetyczne zmierzanie
ku zakończeniu (np. przyjaźń ponad wszystko, miłość jest najważniejsza) ->
szczęśliwe zakończenie. Takich schematycznych fabuł widzieliśmy już tysiące, jednak definicji komedii nie
zmienimy, więc lepiej albo się z nią pogodzić, albo zupełnie zrezygnować z ich
oglądania. W Kochanie, poznaj moich
kumpli można znaleźć kilka naprawdę zabawnych momentów, ale film nie
zaskoczy nas niczym nowym. Jak to często bywa, główni bohaterowie będą usilnie starali się unikać problemów, co
przyniesie zupełnie odwrotne efekty. Nie zabraknie też wątku ze zwierzakiem,
będącym pupilem głowy rodziny. W tym przypadku jest to owca, która jest oczkiem
w głowie ojca panny młodej. Poza tym dodano postać lesbijki tylko udającej lesbijkę
oraz momentami śmieszną, rozrywkową
teściową Davida (Olivia Newton John !!!). Większość internautów porównuje Kochanie, poznaj moich kumpli z Kac
Vegas. Rzeczywiście istnieje zauważalne podobieństwo tych dwóch filmów,
przede wszystkim: perypetie czterech przyjaciół i wieczór kawalerski. Jednak znaczna
większość Kochanie... opisuje już trwające wesele, na które pan młody się nie spóźni,
a kaca ma tylko jeden z przyjaciół, więc to podobieństwo wątków nie jest aż tak
bardzo irytujące.
Większość aktorów grających w filmie nie należy do najbardziej popularnych i rozpoznawanych gwiazd kina. Odtwórca roli Davida, czyli Xavier Samuel może być znany fanom Zmierzchu (lub osobom, które lubią kojarzyć gdzie danego aktora można jeszcze zobaczyć :) ), ponieważ grał w Zaćmieniu młodego wampira Rileya. Z kolei Laura Brent III - filmowa panna młoda - wystąpiła w Opowieściach z Narnii jako królowa Lilliandil. Najbardziej zaskoczona byłam, gdy okazało się, że wspomniana rozrywkowa teściowa Davida to Olivia Newton - John. Dla przypomnienia - to właśnie ona zagrała w 1978 roku u boku Johna Travolty piękną Sandy, w kultowym musicalu pt. Grease. Muszę przyznać, że oglądając Kochanie, poznaj moich kumpli wcale jej nie poznałam, dopiero po przeczytaniu obsady skojarzyłam nazwiska.
Laura Brent III i Xavier Samuel
Olivia Newton - John
Jeśli ktoś planuje się wybrać na Kochanie, poznaj moich kumpli, nie powinien
od filmu oczekiwać zbyt wiele. Naprawdę śmiesznych scen było dosłownie kilka
(choć to w sumie zależy od tego, kto co uznaje za śmieszne), poza tym akcja nie
zaskakuje niczym nowym. Na pochmurny dzień film się sprawdził, ale nie sądzę,
abym do niego kiedyś powracała.
Jaki paradoks! Kolejny film science fiction w ciągu miesiąca i w dodatku napiszę o nim jaJ
Już tłumaczę dlaczego tak się stało: Po obejrzeniu Facetów w czerni 3 czułam wyraźny przesyt tą kategorią. Pomyślałam
sobie wtedy, że raczej nie za szybko znów skupię uwagę na jakiejś
wyimaginowanej, zupełnie nierealnej historii. Jednak kiedy ktoś gorąco poleca
mi dany tytuł zawsze chcę się przekonać,
czy rzeczywiście jest on tak interesujący. W związku z tym, że tak właśnie było
w tym przypadku, nie mogłam się oprzeć i
włączyłam sobie Wyścig z czasem.
Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości, której
dokładna data nie została podana. Na pierwszy rzut oka świat jest całkiem
podobny do naszego. Co prawda widzimy nowocześniejsze auta i kilka nieznanych
gadżetów, ale słońce świeci normalnie, ludzie jedzą tak jak teraz, kursuje
zwyczajna komunikacja miejska. Jednak, ponieważ na świecie żyje za dużo ludzi
władze postanowiły wprowadzić nowy system, zgodny z darwinowską teorią, że
przetrwają tylko najsilniejsi. Kluczową cechą tych realiów jest zmiana
definicji ceny. To już nie jest wartość towarów i usług wyrażona w pieniądzu, a
wyrażona w czasie. Świat bez
pieniędzy musi być rajem? Uwierzcie mi, że zdecydowanie nie. Każdy człowiek po
ukończeniu 25 lat przestaje się starzeć, ale za to włącza mu się (dosłownie)
biologiczny zegar. Wygląda to tak, jakbyśmy się stali chodzącą, tykającą bombą,
która nieustannie odmierza ile czasu nam pozostało. Czas jest wynagrodzeniem za
pracę, zapłatą za to co sprzedamy, można też go bardzo łatwo ukraść komuś
innemu (minus – nam też nietrudno go ukraść). Minutami i godzinami trzeba też
za wszystko płacić, np. przejazd autobusem kosztuje 2 godziny, autostrada –
miesiąc itp. Główny bohater tej historii, Will Salas (Justin Timberlake), postanawia zmienić tę
sytuację i sprzeciwić się panującemu porządkowi. Splot wydarzeń powoduje, że
będzie mu w tym pomagać córka jednego z bogaczy - Sylvia Weis (Amanda
Seyfried).
Jak widać, scenariusz jest typowy dla filmu science
fiction. Jednak oglądając Wyścig z czasem
trudno nie dojść do wniosku, że reżyser (Andrew Niccol) przedstawił nam
alegorię współczesnych czasów. Wystarczy zamienić lata, godziny, minuty na
dolary, euro czy złotówki, a całe fiction z filmu znika. Powiedzenia „nie mam
czasu” czy „nie marnuj czasu” nabierają tutaj zupełnie innego, wręcz
dramatycznego znaczenia. Im więcej czasu człowiek uzbiera – tym dłużej będzie
żyć, bo umrzeć można tylko na dwa sposoby: albo poprzez morderstwo, albo przez
wyzerowanie biologicznego licznika. Co dziwne, Wyścig z czasem można także zinterpretować jako wersję Robin
Hooda XXI (a może XXII) – wieku. Złych i
bogatych trzeba okraść, by pomóc biednym i potrzebującym.
Muszę przyznać, że spodobał mi się pomysł na fabułę
tego filmu. Historie ludzi, którzy dramatycznie starają się wieść normalne
życie, a których losy nie zawsze leżą w ich rękach – zachęcają do refleksji nad
tym, w jakim kierunku zmierza nauka i cały świat. Podobne spostrzeżenia miałam
oglądając kiedyś Nie opuszczaj mnie.
Mimo wszystko uważam, że Wyścig z czasem
mógł być lepiej zrealizowany. Amerykanie często mają skłonności do wyolbrzymiania
scen akcji, przez co treść traci na znaczeniu. Tak też było w tym przypadku.
Momenty, w których Amanda Seyfried biega po dachach, wyskakuje z okien, pędzi
co sił w nogach - może nie wyglądałyby
tak groteskowo, gdyby nie robiła tego wszystkiego w bardzo wysokich szpilkachJ. Dodatkowo Justin Timberlake chyba nie
poradził sobie z rolą pierwszoplanową. Trudne sceny, w których musiał zagrać
rozpacz, strach lub zaprezentować poker face nie wypadły szczególne efektownie.
Zdecydowanie lepiej prezentował się w Social
Network, a nawet w To tylko seks.
Szkoda też, że jak w prawie każdym filmie, para głównych bohaterów musi stać
się dosłownie parą. Kąpiel nago w jeziorze, w blasku księżyca to już zupełne
przegięcie i zmarnowanie kilku minut taśmy filmowej.
Podsumowując: Pomysł na fabułę jest naprawdę bardzo
ciekawy, tym bardziej, że nietrudno znaleźć w filmie różne metafory i odnośniki
do naszego życia. Niektóre sceny śmierci (wspomniane wyzerowanie licznika) mogą
nawet wzruszyć. Mimo ogólnego pozytywnego wrażenia, uważam jednak, że potencjał
scenariusza był znacznie silniejszy, niż jego faktyczna realizacja. Pomimo to
zachęcam do oglądania, choćby tylko ze względu na przewodnią historię.