poniedziałek, 23 lipca 2012

Cisza




Przedstawiam Wam bardzo dobry niemiecki film. Gatunkowo można go przedstawić jako dramat, thriller i kryminał. Opowiada historie ludzi, które łączy jedno tragiczne wydarzenie. W lipcu 1986 roku brutalnie zgwałcona i zamordowana zostaje mała Pia. Jej ciało sprawca porzuca w polu pszenicy. Fabuła filmu przeskakuje o 23 lata a historia znowu się powtarza, ginie następna dziewczynka. Oglądamy ten film z punktu widzenia matek ofiar, żon zabójców i świadka tragedii.

Największym atutem tej produkcji jest ciekawa fabuła i to, ze do końca nie jesteśmy pewni kto tak naprawdę jest morderca. Widzimy wyrzuty sumienia człowieka, który czuje sie winny chociaż to nie on był powodem krzywdy dziewczynek.

Jedyne co mogę mu ''zarzucić'' to to, ze trzeba się na nim porządnie skupić bo reżyser Baran bo Odar często stosuje retrospekcję i musimy starać się nadążać czy oglądamy rok 2009 czy 1986.



Film porusza ciężka tematykę gwałtów na dziecku, pedofilii. Pokazany jest z perspektywy osobnika, który ma wyrzuty sumienia z powodu tego jaki jest, żyje uważając siebie za potwora i mężczyzny, który z tym nie walczy i daje upust swojej chorej naturze.

Ogólna ocena filmu; 8/10.

piątek, 20 lipca 2012

Szczęściarz / The Lucky One

Film, o którym dzisiaj napiszę być może przypadnie do gustu fanom powieści Nicholasa Sparksa. A jeśli ktoś nie czytał  jego książek (sama muszę przyznać, że jeszcze nie zdążyłam, ale chcę to nadrobić), to z pewnością kojarzy niejeden tytuł, którego scenariusz jest właśnie na nich oparty. Dotychczas zekranizowane powieści Sparksa to kolejno: List w butelce (1999); Szkoła uczuć (2002, tytuł książki to: Jesienna miłość); Pamiętnik (2004); Noce w Rodanthe (2008); Ostatnia piosenka (2010); Wciąż ją kocham (2010) i film najnowszy, czyli Szczęściarz (2012). Jestem przekonana, że zdecydowana większość, o ile nie wszystkie, z tych tytułów są Wam doskonale znane. Trzeba też przyznać, że są to typowe wyciskacze łez, na które od czasu do czasu część z nas ma ochotę – i to nie tylko kobiety J.



Szczęściarz jest historią 25 – letniego żołnierza, Logana Thibaulta (Zac Efron), który wrócił do domu ze swojej trzeciej misji w Iraku. Jak się sam przekonał, normalne życie w spokojnym kraju nie jest wcale proste dla człowieka, który przeżył wojnę. Dlatego też postanowił wyruszyć na poszukiwania młodej kobiety, której fotografię znalazł na pustyni po jednym z ataków wroga. Zdjęcie to traktował jako swoistego rodzaju talizman i uznał, że chce osobiście podziękować owej dziewczynie za opiekę. Kiedy już odnalazł Beth (Taylor Schilling) nie potrafił powiedzieć wprost kim jest i dlaczego przybył, więc rozpoczął pracę w jej zakładzie opieki nad zwierzętami. Z czasem Logan i Beth się w sobie zakochują, a ich miłość nie jest pozbawiona przeszkód (to chyba oczywiste).





W związku z tym, że nie czytałam jeszcze książki, nie mogę określić czy scenariusz jest zgodny z fabułą powieści czy nie. Muszę się zatem skupić wyłącznie na filmie - a w nim podobał mi się sposób przedstawiania poszczególnych wątków. Nie było dziwnych niedomówień, czy natłoku zdarzeń i postaci, które tylko wprowadzają szum. Końcówka filmu nawiązuje do scen początkowych, co stworzyło klamrę zamykającą główne tematy. Dlatego też pod tym względem film mi się podobał. Jeśli jednak chodzi o samą fabułę, to Szczęściarz jest podobny do pozostałych zekranizowanych powieści Sparksa. Główną rolę odgrywa tutaj miłość, na którą czekają różne trudności i przeszkody do pokonania. Niełatwo jest mi pisać swoje opinie na temat konkretnego filmu, jeśli nie chcę zdradzić zbyt wielu szczegółów. Spoilery, zwłaszcza te nieoczekiwanie się pojawiające, zawsze są irytujące i psują całą zabawę z oglądania filmu, więc nie będę się bardziej zagłębiać w treść Szczęściarza.

Taylor Schylling

Jeśli chodzi o jedną z najistotniejszych kwestii - czyli obsadę, to przyznaję, że początkowo byłam sceptycznie do niej nastawiona.  Kiedy przeczytałam, że główną rolę zagrał Zac Efron  czułam się mocno zawiedziona. Aktora kojarzyłam przede wszystkim z serią High School Musical, której nigdy nie lubiłam. Na szczęście wystarczyło kilka pierwszych scen Szczęściarza i zrozumiałam, że Efron z HSM to już przeszłość. Sam wygląd fizyczny wiele zdziałał, bo dorosły Zac bez dziwnej grzywki, prawie wcale nie przypomina siebie z przeszłości. Całe szczęście. Jednak wygląd wyglądem, ale gra też się liczy – i tutaj już było trochę słabiej. Aktor nie potrafił przekazać wszystkich emocji. Myślę, że reżyser (Scot Hicks – Życie od kuchni;  Blask) zdawał sobie z tego sprawę i zastosował kilka sztuczek. Np. w jednej ze scen, w której Logan miał spiorunować wzrokiem byłego męża Beth, kamera była ustawiona w ten sposób, że Efron stał do niej bokiem, natomiast widzieliśmy dokładnie twarz drugiego mężczyzny. Drugi mężczyzna, czyli filmowy Keith (Jay R. Ferguson) poradził sobie świetnie pokazując początkowo zdziwienie, później zmieszanie przechodzące w strach – co miało być reakcją na ów groźny wzrok Efrona, którego mogliśmy się tylko domyślać. Mimo wszystko, to dobrze, że reżyser daje szansę młodym aktorom na to, by mogli się uczyć i rozwijać pracując przy różnych produkcjach, dzięki którym nie będą na zawsze przypisani jednej roli. Żeby było ciekawiej, jako przykład analogicznej sytuacji chciałam podać Daniela Radcliffe’a, który stara się zerwać z etykietą Harry’ego Pottera. Napisałam „żeby było ciekawiej”, ponieważ to właśnie Radcliffe miał początkowo zagrać rolę Logana Thibaulta. Natomiast Taylor Schilling, odtwórczyni roli Beth, jest aktorką, która wystąpiła dosłownie w kilku filmach oraz w serialu Szpital Miłosierdzia. Podobało mi się jak zagrała w Szczęściarzu, więc zapewne obejrzę jeszcze którąś z tych nielicznych produkcji z jej udziałem.

Dla zobrazowania, że wizerunek też ma znaczenie, z lewej Efron w Szęściarzu, z prawej w HSM:




Dziwi mnie, że do tej pory nie odbyła się polska premiera tego filmu, choć była zapowiadana na połowę czerwca, a później na połowę lipca. Zaskakujące jest to tym bardziej, że wcześniejsze ekranizacje powieści Sparksa cieszyły się sporym powodzeniem w naszym kraju. Zwłaszcza dwa filmy z 2010 roku, czyli: Ostatnia piosenka i Wciąż ją kocham zdobyły sporą grupę fanów.

Podsumowując: Szczęściarza polecam wszystkim tym, którzy mają ochotę na kino romantyczne, ale nie na komedię romantyczną. Film mnie nie zawiódł, jednak moim faworytem spośród wymienianych dzisiaj tytułów pozostaje Pamiętnik


wtorek, 17 lipca 2012

Kochanie, poznaj moich kumpli/ A Few Best Men


Kina zasypują nas w ostatnim czasie premierami komedii.  W związku z czym, bez dłuższego zastanawiania się, postanowiłam obejrzeć Kochanie, poznaj moich kumpli. Film jest efektem pracy scenarzysty  Deana Craiga (Zgon na pogrzebie) i mało znanego mi reżysera – Stephana Elliotta.



Krótko, o fabule: Anglik David (Xavier Samuel) w czasie swojej podróży po egzotycznych miejscach, spotyka na pozornie bezludnej wyspie australijską dziewczynę – Mię (Laura Brent III). Oczywiście szybko się w sobie zakochują i postanawiają wziąć ślub. Jednak najpierw wracają do swoich domów, by dopiero na dzień przed weselem znów się spotkać w bogatych posiadłościach dziewczyny. David przyjeżdża do narzeczonej wraz ze swoimi trzema przyjaciółmi, co jak nietrudno zgadnąć, prowadzi do serii skomplikowanych sytuacji.



Film jest oparty na typowej komediowej konwencji, a zatem: niewinny i beztroski wstęp -> fala śmiesznych (lub mających być śmiesznymi) sytuacji -> skomplikowanie się wątków, które wręcz stają się dramatyczne  ->  patetyczne zmierzanie ku zakończeniu (np. przyjaźń ponad wszystko, miłość jest najważniejsza) -> szczęśliwe zakończenie. Takich schematycznych fabuł widzieliśmy  już tysiące, jednak definicji komedii nie zmienimy, więc lepiej albo się z nią pogodzić, albo zupełnie zrezygnować z ich oglądania. W Kochanie, poznaj moich kumpli można znaleźć kilka naprawdę zabawnych momentów, ale film nie zaskoczy nas niczym nowym. Jak to często bywa, główni bohaterowie będą  usilnie starali się unikać problemów, co przyniesie zupełnie odwrotne efekty. Nie zabraknie też wątku ze zwierzakiem, będącym pupilem głowy rodziny. W tym przypadku jest to owca, która jest oczkiem w głowie ojca panny młodej. Poza tym dodano postać lesbijki tylko udającej lesbijkę oraz momentami śmieszną,  rozrywkową teściową Davida (Olivia Newton John !!!). Większość internautów porównuje Kochanie, poznaj moich kumpli z Kac Vegas. Rzeczywiście istnieje zauważalne podobieństwo tych dwóch filmów, przede wszystkim: perypetie czterech przyjaciół i wieczór kawalerski. Jednak znaczna większość Kochanie... opisuje już trwające wesele, na które pan młody się nie spóźni, a kaca ma tylko jeden z przyjaciół, więc to podobieństwo wątków nie jest aż tak bardzo irytujące.






Większość aktorów grających w filmie nie należy do najbardziej popularnych i rozpoznawanych gwiazd kina. Odtwórca roli Davida, czyli Xavier Samuel może być znany fanom Zmierzchu (lub osobom, które lubią kojarzyć gdzie danego aktora można jeszcze zobaczyć :) ), ponieważ grał w Zaćmieniu młodego wampira Rileya. Z kolei Laura Brent III - filmowa panna młoda - wystąpiła w Opowieściach z Narnii jako królowa Lilliandil. Najbardziej zaskoczona byłam, gdy okazało się, że wspomniana rozrywkowa teściowa Davida to Olivia Newton - John. Dla przypomnienia - to właśnie ona zagrała w 1978 roku u boku Johna Travolty piękną Sandy, w kultowym musicalu pt. Grease. Muszę przyznać, że oglądając Kochanie, poznaj moich kumpli wcale jej nie poznałam, dopiero po przeczytaniu obsady skojarzyłam nazwiska. 


Laura Brent III i Xavier Samuel


Olivia Newton - John

Jeśli ktoś planuje się wybrać na Kochanie, poznaj moich kumpli, nie powinien od filmu oczekiwać zbyt wiele. Naprawdę śmiesznych scen było dosłownie kilka (choć to w sumie zależy od tego, kto co uznaje za śmieszne), poza tym akcja nie zaskakuje niczym nowym. Na pochmurny dzień film się sprawdził, ale nie sądzę, abym do niego kiedyś powracała. 


sobota, 14 lipca 2012

Wyścig z czasem / In Time


„By garstka żyła wiecznie, tłum musi umierać”

Jaki paradoks! Kolejny film science fiction w ciągu miesiąca i w dodatku napiszę o nim jaJ Już tłumaczę dlaczego tak się stało: Po obejrzeniu Facetów w czerni 3 czułam wyraźny przesyt tą kategorią. Pomyślałam sobie wtedy, że raczej nie za szybko znów skupię uwagę na jakiejś wyimaginowanej, zupełnie nierealnej historii. Jednak kiedy ktoś gorąco poleca mi dany tytuł  zawsze chcę się przekonać, czy rzeczywiście jest on tak interesujący. W związku z tym, że tak właśnie było w tym przypadku,  nie mogłam się oprzeć i włączyłam sobie Wyścig z czasem.




Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości, której dokładna data nie została podana. Na pierwszy rzut oka świat jest całkiem podobny do naszego. Co prawda widzimy nowocześniejsze auta i kilka nieznanych gadżetów, ale słońce świeci normalnie, ludzie jedzą tak jak teraz, kursuje zwyczajna komunikacja miejska. Jednak, ponieważ na świecie żyje za dużo ludzi władze postanowiły wprowadzić nowy system, zgodny z darwinowską teorią, że przetrwają tylko najsilniejsi. Kluczową cechą tych realiów jest zmiana definicji ceny. To już nie jest wartość towarów i usług wyrażona w pieniądzu, a wyrażona w czasie. Świat bez pieniędzy musi być rajem? Uwierzcie mi, że zdecydowanie nie. Każdy człowiek po ukończeniu 25 lat przestaje się starzeć, ale za to włącza mu się (dosłownie) biologiczny zegar. Wygląda to tak, jakbyśmy się stali chodzącą, tykającą bombą, która nieustannie odmierza ile czasu nam pozostało. Czas jest wynagrodzeniem za pracę, zapłatą za to co sprzedamy, można też go bardzo łatwo ukraść komuś innemu (minus – nam też nietrudno go ukraść). Minutami i godzinami trzeba też za wszystko płacić, np. przejazd autobusem kosztuje 2 godziny, autostrada – miesiąc itp. Główny bohater tej historii, Will Salas  (Justin Timberlake), postanawia zmienić tę sytuację i sprzeciwić się panującemu porządkowi. Splot wydarzeń powoduje, że będzie mu w tym pomagać córka jednego z bogaczy - Sylvia Weis (Amanda Seyfried).







Jak widać, scenariusz jest typowy dla filmu science fiction. Jednak oglądając Wyścig z czasem trudno nie dojść do wniosku, że reżyser (Andrew Niccol) przedstawił nam alegorię współczesnych czasów. Wystarczy zamienić lata, godziny, minuty na dolary, euro czy złotówki, a całe fiction z filmu znika. Powiedzenia „nie mam czasu” czy „nie marnuj czasu” nabierają tutaj zupełnie innego, wręcz dramatycznego znaczenia. Im więcej czasu człowiek uzbiera – tym dłużej będzie żyć, bo umrzeć można tylko na dwa sposoby: albo poprzez morderstwo, albo przez wyzerowanie biologicznego licznika. Co dziwne, Wyścig z czasem można także zinterpretować jako wersję Robin Hooda  XXI (a może XXII) – wieku. Złych i bogatych trzeba okraść, by pomóc biednym i potrzebującym.

Muszę przyznać, że spodobał mi się pomysł na fabułę tego filmu. Historie ludzi, którzy dramatycznie starają się wieść normalne życie, a których losy nie zawsze leżą w ich rękach – zachęcają do refleksji nad tym, w jakim kierunku zmierza nauka i cały świat. Podobne spostrzeżenia miałam oglądając kiedyś Nie opuszczaj mnie. Mimo wszystko uważam, że Wyścig z czasem mógł być lepiej zrealizowany. Amerykanie często mają skłonności do wyolbrzymiania scen akcji, przez co treść traci na znaczeniu. Tak też było w tym przypadku. Momenty, w których Amanda Seyfried biega po dachach, wyskakuje z okien, pędzi co sił w nogach -  może nie wyglądałyby tak groteskowo, gdyby nie robiła tego wszystkiego w bardzo wysokich szpilkachJ. Dodatkowo Justin Timberlake chyba nie poradził sobie z rolą pierwszoplanową. Trudne sceny, w których musiał zagrać rozpacz, strach lub zaprezentować poker face nie wypadły szczególne efektownie. Zdecydowanie lepiej prezentował się w Social Network, a nawet w To tylko seks. Szkoda też, że jak w prawie każdym filmie, para głównych bohaterów musi stać się dosłownie parą. Kąpiel nago w jeziorze, w blasku księżyca to już zupełne przegięcie i zmarnowanie kilku minut taśmy filmowej.







Podsumowując: Pomysł na fabułę jest naprawdę bardzo ciekawy, tym bardziej, że nietrudno znaleźć w filmie różne metafory i odnośniki do naszego życia. Niektóre sceny śmierci (wspomniane wyzerowanie licznika) mogą nawet wzruszyć. Mimo ogólnego pozytywnego wrażenia, uważam jednak, że potencjał scenariusza był znacznie silniejszy, niż jego faktyczna realizacja. Pomimo to zachęcam do oglądania, choćby tylko ze względu na przewodnią historię.